
Dziwna sprawa. Bo książka - przynajmniej na początku - to jakby znany z wcześniejszych powieści rytm wybijany w charakterystycznym Malickim stylu. Dopiero z czasem okazuje się, że spoza tej powłoki nieco neurotycznych obserwacji dziwnych napisów, przystanków, przebiegu podróży, ludzi (Marcin Świetlicki, Irek Grin, Monika Sznajderman rulez!) wyłania się coś gorzkiego. Coś bardzo gorzkiego.
Stąd koniec?
Robert Ostaszewski na okładce pisze, że to "książka bolesna, trudna i przejmująca". Sam Malicki mówi w wywiadzie tak: "To wszystko musiało się tak stać. Trochę z bólu, trochę z żalu, że sam zawiodłem, że miejsce mnie zawiodło, że wiązałem z tym idealistyczne odczucia... Ostatnia napisała się właśnie z tego względu".
Ale...
Coś się kończy, coś się zaczyna.
Stąd koniec?
Robert Ostaszewski na okładce pisze, że to "książka bolesna, trudna i przejmująca". Sam Malicki mówi w wywiadzie tak: "To wszystko musiało się tak stać. Trochę z bólu, trochę z żalu, że sam zawiodłem, że miejsce mnie zawiodło, że wiązałem z tym idealistyczne odczucia... Ostatnia napisała się właśnie z tego względu".
Ale...
Coś się kończy, coś się zaczyna.
Ja z rewizytą :-) Ani pierwszej ani ostatniej książki Malickiego nie przeczytałem i jakoś nie mogę się przekonać. Nie "leży" mi to, co publikuje choćby w artPAPIERZE.
OdpowiedzUsuń na zawsze