wtorek, 31 marca 2009

7 wersji tego samego życia

Tym razem komiks. Trochę niedoceniona to sekcja w księgarniach polskich, a przecież ze swoją tradycją i swoimi arcydziełkami. Przykładem - z nowości oczywiście - "Fun Home. Tragikomis rodzinny" (Timof/Abiekt.pl, 2009) Alison Bechdel.


Bohaterka komiksu, Alison, usiłuje przepisać na nowo dziwne relacje ze swoim ojcem, który zginął śmiercią samobójczą. Oczywiście nikt nie podejrzewałby, że ułożony, spokojny, dostojny i uporządkowany nauczyciel... Ale jak się potem okaże, za powłoką idealnego porządku w domu, kryła się osobista tragedia, której ośrodkiem była tłumiona i skrywana przed rodziną homoseksualność. Alison dociera do niej o kilka lat za późno - przy okazji odkrywania własnej odmienności. Pomaga jej w tym literatura. Lektury czytane przez jej ojca staną się nicią, która połączy ojca i córkę.

O Alison Bechdel, autorce "Fun Home", możemy przeczytać na skrzydełku, że jest "uważną archiwistką swojego życia". W komiksie, skondensowanej opowieści, skleiła ona swój życiorys, przedstawiając siedem komplementarnych wersji w siedmiu rozdziałach. Emanuje z nich zarówno siła emocji, jak i spokój dojrzałej zgody na uczciwe przyjrzenie się samej sobie. Przyjrzenie się bez taryfy ulgowej. I bez tricków samooszukiwania się.

Bardzo życiowa to lekcja.

piątek, 13 marca 2009

10 cm męskiej nogi na obcasie ;-)

Zapomnijcie na chwilę o Witkowskim, Żurawieckim, Iwaszkiewiczu. Przypomnijcie za to sobie Almodovara i pomieszajcie go odrobinę z Pamukiem. Ale tylko odrobinę.

Co otrzymacie? Oto odpowiedź: "Zabójstwo proroków"(Prószyński i S-ka, 2009) Mehmeta Murata Somera.


Główną bohaterką i narratorką jest transwestyta, nieco zblazowana, świetnie wykształcona (informatyka nierzadko się przydaje w śledztwach), a nade wszystko na tyle urodziwa, że potrafi uwieść każdego - kiedy tylko chce i jak tylko chce. A że do tego wszystkiego ma całkiem dobre serce i jest społecznie zaangażowana, to jako śledcza musi się świetnie sprawdzać. No i sprawdza.

Ale co tam śledztwo. Czytając tę powieść, turlałem się ;-) ze śmiechu. Somer z dystansem i ciepłą ironią przedstawia tajemnice zamkniętego dla większości światka transwestytów. Groza życia na granicy prawa miesza się tu z dymem papierosów oraz lejącym się obficie alkoholem. I nie tylko alkoholem. Bawią się bowiem te dziewczyny, rzekłbym, bez ograniczeń.

Aż dziw bierze, że pochodzącemu z Turcji autorowi takich fabuł nic się jeszcze nie przytrafiło. Ale może to dowód na to, że coś się zmienia.

Albo... Że strażnicy moralności tradycyjnego porządku nie czytają książek.

Niech żałują!

niedziela, 8 marca 2009

25 krajów wydaje "Gargulca"

Andrew Davidson ze swoim "Gargulcem" (W.A.B., 2009) robi olśniewającą światową karierę. Spodziewał się? Oczywiście, że się nie spodziewał. Ale właśnie może dlatego - niejako z pasji socjologicznej niemal - warto przeczytać tę powieść i zastanowić się, co decyduje o współczesnym książkowym sukcesie.


Narrator tej powieści to raczej dość ponura postać. Jako były aktor porno z problemem alkoholowym nie ma się czym zresztą chwalić. Ciężki wypadek (tak się kończy, moi drodzy, jazda po alkoholu) skazuje go na pobyt w szpitalu, gdzie planuje samobójstwo. Ale wkrótce wszystko się zmieni - od momentu gdy na horyzoncie pojawi się niejaka Marianne Engel. Ona nie tylko pokazuje mu jak można pokochać siebie i świat, ale również po prostu daje dowody tej ponadczasowej - dosłownie i w przenośni - sile miłości.

Książkę się pochłania. Autor dba zresztą o to, by nasze zaangażowanie było wysokie od pierwszej strony (przypomina to tym samym np. Littella z jego "Łaskawymi"). Przenikliwy i niebywale błyskotliwy opis spalania ciała, kariera w porno-branży to tylko przynęty. Bo potem, gdy autor ma już pewność, że kupił uwagę czytelników, zaczyna się wejście w inny wymiar i świat: namiętności, innych kultur, odległych historii itd. I to jest moment, w którym gubimy rozeznanie, czy to się dzieje naprawdę czy tylko w naszej wyobraźni.

Co jakiś czas, podczas czytania "Gargulca", przychodziły mi skojarzenia z pisarstwem Umberto Eco. Podobny rodzaj świadomości struktury fabularnej. No i głęboki - jak na powieść - research. Wielki sukces w tym przypadku jest więc też rodzajem nagrody za ciężką pracę.

Książka ukazała się niedawno w Polsce. Ciekawe jak tu się przyjmie. Eco i Littell mają swoją szeroką publiczność. Czemu nie miałby jej mieć Davidson?

środa, 4 marca 2009

2. początek

Joannę Bator znałem przede wszystkim z tekstów o psychoanalizie. Po pierwszej lekturze (i bodaj wysłuchaniu jakiegoś referatu na konferencji) zapamiętałem to nazwisko. Teraz wraca ono do mnie w spektakularnej odsłonie, która się nazywa "Piaskowa Góra" (W.A.B., 2009).


Tytułowa bohaterka to dzielnica Wałbrzycha. Tam też w bloku zwanym Babel mieszka Jadzia Chmura ze swoją córką Dominiką. Ich rodzinne dzieje stanowią kanwę, wokół której skupia się uwaga narratorki. Bo poza tym bohaterów jest tu całe mnóstwo - mężowie i żony, ojcowie i matki, kochankowie i kochanki, sąsiedzi i sąsiadki, koledzy i koleżanki. Demokratycznie - jak to w świecie, gdzie rządzi różnorodność.

Powieść Bator to przede wszystkim pasja opowiadania, bajania, gawędy. Słowa tu się przelewają niczym ziarenka piasku. Podobnie historie. Jedna za drugą - bez wytchnienia, na bieżąco - w pomieszaniu słów, fraz, szaleństwie mowy. "Fiksum-dyrdum" to zresztą jedna z najczęściej pojawiających się w tej powieści fraz.

Dużo by pisać. Dużo dobrego.

Moim faworytem jest chyba rozdział XIV - poświęcony fenomenowi "Niewolnicy Isaury". Na przykład taki cudny fragmencik:

„Jadzia jest jedną z pierwszych, które widzą. Podskakuje niezdarnie, bo widok co rusz zasłania jej jakaś wyżej osadzona głowa. Samochód elegancki czarny podjeżdża. Otwierają się drzwi i najpierw pojawia się but w szpic zakończony, potem noga w beżowej nogawce, a za nią cały Leoncio jeszcze przystojniejszy niż w telewizorze. Apaszkę ma pod szyją zawiązaną, bordową, połyskliwą, drogą pewnie jak z Milanówka, że w Polsce taką to tylko homoniewiadomo zawiązałby, a jemu jakoś pasuje, chociaż prawdziwy męski mężczyzna. Już tłum Izaur czuje, co się dzieje, i zagęszcza się wokół samochodu, napiera. A za Leonciem – tak! – nóżka delikatna, szczupła, w koronkowym czółenku i nareszcie ona, piękna niewolnica o zębach wiewiórki i lekkim zeziku, wysmyka się na warszawski bruk. Jaka cudna!"


Zaryzykuję i napiszę to, choć dopiero początek roku: ta powieść to jeden z najważniejszych tekstów polskich, jakie ukazały się sygnowane datą 2009.

niedziela, 1 marca 2009

Minus 10

Ktoś może pamięta ten charakterystyczny kaszkiet w którym występował przy stolikach krakowskich knajpek? A może ktoś pamięta po prostu tę twarz?

(c) BAHighlife

Oto James Hopkin - Brytyjczyk, który na kilka lat pokochał Kraków. I który w tym mieście wpaść musiał na pomysł napisania "Zatopionej zimy" (Znak, 2009).


Napisałem "musiał", bo książka w dużej części rozgrywa się w Krakowie (ale nie tylko). Zasadniczo powieść rozpoczyna się od przyjazdu Josepha do mroźnego (jak dla Brytyjczyka - na pewno) miasta w południowej Polsce. Powód? Miłość, oczywiście. Ale namiętność do kobiety jest tu tylko fabularnym pretekstem. Bo tak naprawdę Joseph będzie musiał odpowiedzieć sobie na o wiele poważniejsze pytania dotyczące swojej prawdziwej przynależności.

Polacy czytelnicy będą automatycznie szukać śladów widzenia naszego kraju przez Przybysza z Zewnątrz. Od razu więc powiem, że lektura tej książki jest cenna z innych powodów: poetyckiej aury, wodnej metaforyki (oryginalny - bardziej adekwatny - tytuł to "Winter under Water"!), niespokojnego spojrzenia na świat...

Zaczarowana książka.