czwartek, 30 kwietnia 2009

114 opowiadań o tym samym...

To już koniec. Maciej Malicki opublikował powieść "Ostatnia" (Czarne, 2009) i, jeśli wierzyć jego deklaracjom, ten tytuł to nie żarty. To ma być jego OSTATNIA książka.



Dziwna sprawa. Bo książka - przynajmniej na początku - to jakby znany z wcześniejszych powieści rytm wybijany w charakterystycznym Malickim stylu. Dopiero z czasem okazuje się, że spoza tej powłoki nieco neurotycznych obserwacji dziwnych napisów, przystanków, przebiegu podróży, ludzi (Marcin Świetlicki, Irek Grin, Monika Sznajderman rulez!) wyłania się coś gorzkiego. Coś bardzo gorzkiego.

Stąd koniec?

Robert Ostaszewski na okładce pisze, że to "książka bolesna, trudna i przejmująca". Sam Malicki mówi w wywiadzie tak: "To wszystko musiało się tak stać. Trochę z bólu, trochę z żalu, że sam zawiodłem, że miejsce mnie zawiodło, że wiązałem z tym idealistyczne odczucia... Ostatnia napisała się właśnie z tego względu".

Ale...

Coś się kończy, coś się zaczyna.

wtorek, 28 kwietnia 2009

60 lat temu w Warszawie...

"Życie towarzyskie i uczuciowe" (mg, 2009) to książka, która w drugiej połowie lat 60. ubiegłego wieku wywołała ogromny skandal w środowisku literackim. Nic dziwnego. Leopold Tyrmand w bezwzględnie ironiczny i kąśliwy sposób wytknął większość wad tzw. twórczej inteligencji.


Ukończona w 1964 roku opowieść Tyrmanda to niemal 500 stron potoczystej narracji o tym, jak - w gruncie rzeczy - żałosne może być życie ludzi pióra czy kamery w czasach komunizmu. Nie brak tu ironii, gorzkich sentencji, nieprzyjemnych podsumowań. Musiało jednak się tak stać, skoro głównym tematem tej opowieści jest na przykład permanentne pragnienie posiadania więcej, bycia kimś więcej...

Taki sposób przedstawienia rzeczywistości przez pisarza nie spodobał się nikomu - ani artystom, których aluzyjnie portretował w powieści Tyrmand, ani władzy, która wydała zakaz publikacji "Życia towarzyskiego i uczuciowego". Książka się w końcu ukazała, ale dopiero w roku 1967 w Paryżu. Tyrmand dokonał już wtedy wyboru: emigracja.



Gdy czyta się Tyrmanda z perspektywy roku 2009, wiele z jego obserwacji wciąż wydaje się świeżych. Znaczyć to może, że albo piszące tę książkę pióro jest na swój sposób genialne, albo, że mechanizmy zachowania niektórych przedstawicieli zawodów twórczych wcale się nie zmieniły.

I jeszcze ciekawostka: wydawnictwo mg wznowiło książkę w cyklu "Biblioteka wykształciucha" :-)

środa, 8 kwietnia 2009

Ponad 2,5 tys. stron zapisów rozmów

"Legendy o krwi. Antropologia przesądu" (W.A.B., 2008) to owoc projektu totalnego. Książka szalona i przekraczająca normy - w wielu sensach tego słowa.

Powodów, dla których Joanna Tokarska-Bakir zdecydowała się zrealizować swój książkowy pomysł, było kilka. Postać ks. Stanisława Musiała i obrazy wiszące w katolickich kościołach w Sandomierzu - to dwa z najważniejszych pretekstów. Poza tym chodziło o zrozumienie, odtworzenie pamięci, wyłonienie z tła, ukazanie tego, co jest nieuchwytne, niewyrażone, a często rozmyte, skazane na strącenie w niebyt obojętności.

Antropologia przesądu w tym wypadku odnosi się do historii o krwi, którą rzekomo mają pożądać Żydzi. Tokarska-Bakir odtwarza je z dawnych dokumentów, a także z przekazywanej z pokolenia na pokolenie opowieści ustnych wciąż żwywych w Sandomierzu. Odtwarza, strukturyzuje, porządkuje. Układa w schemat. Powtarzalny i dostępny. Mniej przerażający? Niekoniecznie. Ale uchwytny. Wreszcie.

"Legendy o krwi" to, powtórzę jeszcze raz, książka szalona. Szalona, dodam, w (po)nowoczesnym sensie. Także ze względu na etyczno-metodologiczną stronę całego przedsięwzięcia. Autorka balansuje przecież na granicy historii, socjologii, antropologii, literaturoznawstwa, filozofii.

A co być może najważniejsze - pisze pięknie. Przepięknie.