piątek, 29 maja 2009

26 języków

Junot Diaz to gwiazda. Tak go przedstawia wydawca. Powody są. Dwa najważniejsze to: tłumaczenie książki na 26 języków oraz Pulitzer 2008. A tytuł? Z pewnością frapujący: "Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao" (Znak, 2009):


Ów tytuł zaczerpnięty jest ponoć z opowiadania Ernesta Hemingwaya "The Short Happy Life of Francis Makomber". Tytułowa postać natomiast to aluzja do Oscara Wilde'a. Literackie skojarzenia w istocie ładne, choć kierują nas raczej w mylnym kierunku.

Bo Diaz to przede wszystkim pisarz z rozmachem, który narracyjnie szaleje niczym młody kot ;-) Rwany tok, mnóstwo dopisków, autoironiczne wstawki, zmiany perspektyw, a nawet przypisy (przypisy!). Szczególnego rodzaju przypisy, które mają nas zawstydzić, bo często dotyczą BARDZO WAŻNYCH SPRAW, O KTÓRYCH NIE MAMY POJĘCIA. Dotyczących, dajmy na to, Dominikany.

Bo co my wiemy o Dominikanie w sumie?

Fabuła - wymarzona, chciałoby się rzec. Startowa sytuacja, czyli zderzenie osobistej i egzystencjalnej frustracji zmieszane z nieokiełznanym pożądaniem drugiego ciała, przywodzi na myśl po trosze Rotha, po trosze Allena.

No i te dialogi. Absolutnie bezkompromisowe*.

I różne życiowe mądrości. O, na przykład taka:

Parę razy próbował ćwiczyć: unoszenie nóg, brzuszki, poranne spacery dookoła bloku, tego typu rzeczy, zauważał jednak, że wszyscy mają dziewczyny prócz niego i wpadał w rozpacz, wracał z powrotem do obżarstwa, "Penthouse'ów", gier wideo i użalania się nad sobą.

To bierzemy popcorn i do czytania, conie?

* - czytaj: dużo brzydkich i nieprzyzwoitych wyrazów ;-).

środa, 27 maja 2009

13 szczęśliwa

"Komórka" (W.A.B., 2009) to nie tylko dobry tytuł na zbiór opowiadań, ale też słowo-klucz do rozumienia tego, w jak beznadziejny sposób mijamy się dzisiaj.


Zbiór opowiadań Ingo Schulze'a, nagradzanego i chwalonego niemieckiego prozaika, który właśnie krąży po Polsce z literackim tournée, zbiera dobre recenzje tu i ówdzie ;-). Zasadnicze walory książeczki to: ładnie napisana, dotkliwa, błyskotliwa, a jednocześnie mówiąca coś bardzo ważnego o emocjach.

Takie tam ludzkie sprawy, chciałoby się rzecz.

Ale (często jest jakieś ale). Zdradzę więc szczerzę, że nie zawsze sobie radziłem z komunikacją w tych opowiadaniach i światem przedstawionym. Schulze robi coś takiego w tych małych fabułkach, co rozprasza i zamiast skupiać na ogarnianiu całości - wyławiałem pojedyncze swoje małe skarby. Na przykład takie:

Los to po prostu życie, które należy zmienić. Ale rzadko się to zdarza.

Odrobina cierpliwości przynosi często większą korzyść niż garść dobrych pomysłów.

Ważne wydarzenia w rzeczywistości dzieją się zawsze dosyć szybko i przeważnie mimochodem.

Takie tam ludzkie zdanka, chciałoby się rzecz. A jednak.

poniedziałek, 25 maja 2009

potrójny koncert Beethovena, C-dur op. 56

Ewa Lipska napisała powieść.
Też mi wiadomość!

Ewa Lipska napisała dobrą powieść.
Doprawdy, zdziwiony nie jestem.

Tylko czemu ona nazywa się "Sefer" (Wydawnictwo Literackie, 2009)?

Teoretycznie wyjaśnienie jest proste: Sefer to nazwisko bohatera, psychoterapeuty, mieszkańca Wiednia, który śladami rodzinnej historii postanawia wyruszyć do Krakowa. Motywacja psychologicznie prawdopodobna, zawód bohatera pociągający, ale najważniejszy dla wielu czytelników będzie cel: Kraków. I to z tego powodu Kraków dzisiaj pobiegł do PWST (także po to, by nazajutrz przeczytać z imprezy relację).

I tu dochodzimy do sedna. Ewa Lipska napisała powieść, by trochę o Krakowie - niekoniecznie metaforycznie - opowiedzieć. Stąd też nieco felietonowy styl i forma tej prozy. Stąd też wiele aluzji i podtekstów - np. o pewnej pisarce, o czym zresztą wspominałem w innym miejscu.

Skrzy się ta książka humorem, dowcipnymi puentami, o erudycji i smaku (muzycznym i literackim!) nie wspominając, choć - no, niestety, niestety - unosi się ponad tym wszystkim duch, że tak powiem, krakówkowy. Rozumiem chyba tę strategię. Zresztą Ewa Lipska damą jest, a damie nie wypada. Ale czasem podjazdy są tak wyraźne a pretensje tak gorące, że chciałoby się przeczytać nazwiska, miejsca, godziny. Ale gdy już dochodzi do takich momentów, Ewa Lipska, zgrabnie niczym tancerz na lodzie z dawnej epoki, która nie znała telewizyjnego ekshibicjonizmu i bylejakości - umyka w bok. I przystępuje do następnej puenty.

Także zachwycon jestem.

Ale jako plotkarz ;-) - zawiedzon także delikatnie.

niedziela, 24 maja 2009

16 cyfr

Jeffery Deaver ponoć bardzo lubi Polskę. Opinia to raczej mało weryfikowalna, bo Deaver jest w wywiadach profesjonalistą, jakich mało. Tak czy owak liczą się czyny, a Deaver po raz kolejny odwiedził nasz kraj. Przyjechał tu na warszawskie targi podpisywać "Rozbite okno" (Prószyński i S-ka, 2009):


To jego kolejny w bogatej kolekcji (ponad 20) thriller psychologiczny. Rzecz dotyczy tym razem kwestii pomylonej identyfikacji czy - uwaga kulturoznawcy! modne słowo! - tożsamości. Oskarżonym o zabójstwo, jakiego dokonano na kobiecie w Greenwich Village, jest Lincoln Rhyme, kuzyn Arthura. Mimo rodzinnych animozji, ten ostatni postanawia zabrać się za dochodzenie. Słowem: kolejna akcja w toku.

Poszukujące mocniejszych niż tylko sprawnie skrojone dialogi i umiejętność budowania psychologicznego napięcia wrażeń (obie sprawy Deaver załatwia fachowo) czytelniczki ucieszą się z unoszącej się ponad fabułą otoczki dyskusji nad tym, jakie są granice naszej tożsamości.

Często powtarza się mit, że nasze ciało rozebrane na części jest warte cztery i pół dolara. Nasza cyfrowa tożsamość jest warta znacznie więcej [Robert O'Harrow Junior, "No Place to Hide"]

No, ale ta książka to przede wszystkim dobra lektura do pociągu. Na kilka godzin podróży. Zwłaszcza, gdy korzystamy z usług Polskich Kolei Państwowych. Na niektórych przynajmniej trasach. ;-)

czwartek, 21 maja 2009

60 lat później

Świadectw o wojnie jest dużo. Za dużo. Wojna, wspomnienia, ofiary stają się wręcz czasem gadżetami pamięci. Ale przestają nimi być, kiedy otwieramy księgę egzystencji pojedynczych osób. Tak jak zrobiła to Pia-Kristina Garde w "Świadectwie skazanych na śmierć. Sześćdziesiąt lat później" (Czarne, 2009).


Ta książka to opowieść o tych, których historia nie oszczędziła. Sponiewierani, poniżeni trafili podczas drugiej wojny światowej do obozów koncentracyjnych. Po jej zakończeniu wyszli i odpowiadali (wybrana grupa osób) na pytania w ankiecie, która miała być dokumentem dla potomnych. Dokumentem strasznym, ale koniecznym. Byśmy nie zapomnieli.

Pamięć bywa jednak złudna. Sami wiemy tyle, ile chcemy. I ile do siebie dopuszczamy. Garde po sześćdziesięciu latach postanowiła sprawdzić siłę pamięci swojej, a przede wszystkim uczestników tamtej ankiety. Postanowiła ich odszukać. Udało się jej to z... różnym skutkiem. Niektórzy uzupełnili opuszczone wcześniej w ankiecie miejsca, doprecyzowując swoje emocje i pamięć, inni - nie chcieli w ogóle rozmawiać. Nie chcieli, bo trauma tamtych czasów zamknięta została na kłódkę ucieczki od pamięci, która może mieć zabójczą dla emocji siłę.

Wartością tej książki dla mnie jest jej zwykłość. Żadnej martyrologii, żadnej polityki pamięci, żadnej histerii politycznej poprawności. Bohaterowie mówią czasem rzeczy, których nie chcielibyśmy usłyszeć i których boimy się usłyszeć. O tym na przykład, że - jak mówili niektórzy ocaleni - Hitlerowców należy wytępić, wykastrować. Każdego z osobna. Bez taryfy ulgowej nawet dla dzieci.

I to zdanie, o którym osobno warto pamiętać - nie tylko w kontekście wojny:

Doszłam do przekonania, że nie możemy zmienić świata. Zmianę musimy zacząć od nas samych. Muszę zacząć od siebie i pokonać to, co w mojej duszy jest mniej dobre.

poniedziałek, 18 maja 2009

6 tomów (pierwszej części)

Prof. Tadeusz Gadacz wedle niektórych źródeł jest spod znaku Wagi. I za to ma metafizycznego plusa u autora tego bloga. Ale to tylko anegdota. Bo poważniejszy, solidniejszy i mocniejszy powód do Spotkania z prof. Gadaczem wygląda tak:


Pierwszy z zaplanowanych kilku (na pewno sześciu w pierwszym cyklu) tomów monumentalnego projektu napisania historii filozofii XX wieku. Prof. Gadacz nie dość, że sam przeczytał wszystkich opisywanych, nauczył się oryginalnych języków, to w dodatku prześledził korespondencje, notatki i inne marginalne teksty dotąd przez poważnych badaczy raczej ignorowane.

Dzięki temu wszystkiemu w pierwszym wydanym niedawno tomie (Znak, 2009) dowiadujemy się na przykład, że choć Ortega y Gasset zgadzał się zasadniczo z koncepcją mówiącą, że "pociąg seksualny jest podstawą, na której wspiera się kolumna duszy, nie był jednak zwolennikiem Freuda". Albo że Edyta Stein zwracała się do biskupa, by mogła do swojej prywatnej biblioteki włączyć dzieła Bergsona.

Przede wszystkim jednak "Historia filozofii XX wieku. Tom 1" to systematyczny wykład o filozofii życia, pragmatyzmie i filozofii ducha. Prof. Gadacz prowadzi przez labirynty myśli, jasno i przejrzyście zapoznając z istotnymi wątkami współczesnej refleksji filozoficznej.

Jak on to wszystko napisał? Pozostanie jego słodką tajemnicą. Ja wiem jedno: wszystkiego nie przeczytacie za żadne skarby! Ale będziecie tam wielokrotnie zaglądać, smakować fragmenty i dziwić się, jak zachwycająco piękna potrafi być filozofia.

sobota, 16 maja 2009

"Stawia na szesnastkę"

Zmiana jakości radykalna. Po wypłukanych z treści dialogach Brownowskich czas na książkę przejmującą i dotkliwą. Jak huragan w czasie spokojnego, słonecznego dnia.

"Dzieci bohaterów" (Karakter, 2009).


Autor tej książki, urodzony przeszło pół wieku temu, Lyonel Trouillot, pisarz haitański, pisząc "Dzieci bohaterów" chciał ponoć - jak sam pięknie mówi - "zrozumieć i pokazać, jak tworzy się osobowość". Zadanie obrał sobie trudne, zwłaszcza, że postaciami jego opowieści są mieszkańcy slumsów.

Colin i Mariela to dzieci. Nieszczęśliwe, kopnięte przez los, zbuntowane. I to w tragiczny sposób. Ofiarą ich gniewu stanie się bowiem ojciec.

Brał z życia rzeczy najgorsze, a mówił o najlepszych. Mój własny ojciec był bydlakiem, który potrafił być łagodny jak baranek - mówi narrator książki, Colin. A w innym miejscu jeszcze takdoprecyzowuje swoje przekonania: Śmierć Corazona stanie się naszym początkiem: Józefiny, Marieli i moim.

Dla Trouillota zdarzenie to stanowi pretekst do podjęcia wysiłku odszukania siebie i rozrysowania splotu różnych możliwych odpowiedzi na pytanie, czemu musiało się to dokonać. Jednolita narracja zbija w niemal histeryczny sposób myśli i skojarzenia, jakie towarzyszą Colinowi po śmierci ojca. Ostre obrazy przechodzą jeden w drugi. Język buzuje emocjami: gniew, bunt, żal, niepokój i wielka ochota na odmianę, która w tym wypadku może oznaczać tylko odmianę na jeszcze gorsze.

Niby opowieść o bolesnym procesie budowania tożsamości, ale w gruncie rzeczy "Dzieci bohaterów" to także mocny głos będący oskarżeniem o obojętność wobec tragedii Innych.

Życie?

Niestety.

piątek, 15 maja 2009

80 mln egzemplarzy

Zważywszy na fakt, że wciąż łudzę się przekonaniem, że z literatury można żyć, to w oczywisty sposób zainteresować się musiałem bestsellerowym Danem Brownem. Trochę z racji obowiązków zawodowych, trochę z ciekawości. A że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, to... "Anioły i demony" (Albatros/Kuryłowicz-Sonia Draga, 2009) okazały się czytelniczą porażką, jakich mało.


Napiszę krótko: unudziłem się trochu. Owszem, były momentami porywające fragmenty, które czytałem z zachwytem godnym ucznia, który podpatruje, jak sprytnie udało się mistrzowi zbudować atmosferę czy zgrabnie poprowadzić narrację, ale - niestety - odrzucał mnie wielokrotnie język, metafory, prostota, która nie dostarczała wcale radości, a tylko potęgowała poczucie, że tracę czas zamiast zająć się czymś poważniejszym.

- Masz jakiś pomysł?
Potrząsnął przecząco głową.
- Rogalika?
Na widok jedzenia jego nastrój nieco się poprawił.
- Pewnie. Dzięki. - Zaczął łapczywie jeść.

Rozumiem: luz, fan, literacka impreza, chwile bez zobowiązań. Lubię to, a jakże. Czasem trzeba. Równowaga w życiu musi być. ;-)

Ale w tym wypadku otoczka fabularna wydała się banalna (nie będę mówić co i jak, bo temat przewałkowany na milion sposobów), a teksty momentami tak durne, że oczy się same zamykały. Ze wstydu.

W krótkofalówce na chwilę zapanowała cisza.
- On wciąż jest na linii.
Oliviettiego jakby poraził piorun.
- Nadal utrzymuje połączenie?
-
Tak. Przez dziesięć minut próbowaliśmy go namierzyć, ale bez rezultatu. Musi wiedzieć, że nie zdołamy go złapać, gdyż nie chce się rozłączyć, dopóki nie połączymy go z kamerlingiem.
- Przełącz go - polecił kamerling. - Natychmiast!
Olivetti odwrócił się do niego gwałtownym ruchem.

80 mln sprzedanych egzemplarzy, 51 języków. No dobrze. Sukces niewątpliwie spory, ale raczej dowodzi skuteczności machiny promocyjnej amerykańskich wydawców. I hegemonii języka angielskiego. No i tego, że Brown trafił na swój czas i swoich czytelników. Bo raczej niczego innego. Przynajmniej ja niczego specjalnego nie dostrzegam w tekście.

- Cześć, chłopaczku - powiedziała ustawiając ostrość na mężczyznę wychodzącego właśnie z kościoła.
- Co to za elegancik?
Zrobiła zbliżenie.
- Pierwszy raz go widzę - odparła. Wyostrzyła twarz mężczyzny i dodała:
- Ale chętnie jeszcze raz go zobaczę.


Zieeeeeeeeew. ;-)


A najgorsze (?), że to wcale nie koniec. To dopiero początek. Bo dziś do kin wchodzi TEN FILM.

wtorek, 12 maja 2009

W 1914 roku działo się...

No to czas na małe radości. :-) Za chwilę bowiem w księgarniach w Polsce pojawi się nowa Virginia Woolf z książką "Pokój Jakuba" (WL, 2009) w tłumaczeniu niezastąpionej w naszym kraju w kwestiach Woolfowych, Magdy Heydel. Wyraźnie promująca książkowe rzeczywistości okładka wygląda tak oto:

Że Woolf czytać należy, wypada i że to sama przyjemność - o tym nie będę nikogo przekonywać, bo to w tym miejscu byłoby nie na miejscu. ;-)

Napiszę tylko tak: Virginia przez całe życie pisała w zasadzie jedną swoją opowieść - utkaną z dostrzegania bolesności życia codziennego, jego ulotności, kruchości, a zarazem rozkoszności. Brzmi bardzo sentymentalnie, owszem, ale Virginia wcale sentymentalna nie była, o nie! Nikt kto decyduje się na śmierć z własnego wyboru nie może być sentymentalny przecież, prawda?

"Pokój Jakuba" zasadniczo - tak przyjęło się przynajmniej sądzić w krytyce anglosaskiej - jest opowieścią o wojnie i męskości. Akcja rozgrywa się na początku XX wieku, a ważnym momentem oświetlającym fabułę ma być śmierć tytułowego bohatera, Jakuba Flandersa. Śmierć na wojnie, niestety i jest to w tym sensie oskarżenie bezsensu wojny.

Jednocześnie nie jest powieść martyrologiczna w żadnym wypadku. To wszak, przypominam, Virginia Woolf a nie Tadeusz Borowski! Drobne i miłe zdarzenia, przebłyski egzystencji w spacerze po wrzosowiskach, chwile i smaki uchwycone w słowa. Oraz Woolfowski pacyfizm.

No i kobiety. Trudno, żeby nie.

- Hm, ja też nie wiem - powiedziała Betty żartobliwie i zwyczajnie, i któż zaprzeczy, że taka myślowa pustka w połączeniu z obfitością, z matczynym dowcipem, z opowieścią starej babci, z dziwactwami, z chwilami zaskakującej śmiałości, dowcipu i sentymentalizmu - któż zaprzeczy, że pod wszystkimi tymi względami każda kobieta jest milsza niż którykolwiek mężczyzna?

niedziela, 10 maja 2009

01-03, czyli Wiedemann bez tajemnic

Będzie skandal. :-) I dlatego muszę o tym napisać, choć tym razem nie o książkę chodzi, a o tekst - nomen omen - "Prawda" Adama Wiedemanna z najnowszego, majowego (5/762) numeru starego, zasłużonego i chyba niedocenianego przez niektórych jednak miesięcznika "Twórczość".


Tekst zasadniczy liczy 45 stron. Pełno tu nazwisk, pseudonimów dobrze na ogół znanych w środowisku (bo poza nim "Frytka" będzie się inaczej kojarzyć), miejsc, zdarzeń, a nawet kwot pieniężnych. Jest na przykład zawiedziony mniejszym niż Adam powodzeniem u kobiet Wojciech Kuczok czy spotkany w pociągu w mało filozoficznych okolicznościach (Adam leciał do toalety za potrzebą) Cezary Wodziński. Jest też Piotr Marecki (a jakże!), Renata Kopyto (oszczędzona przez Wiedemanna) oraz wcale nie taka duża (ilościowcy będą zawiedzeni!) liczba seksualnych partnerów narratora. Narratora, poskreślę, który w tym przypadku jawnie utożsamia się z autorem.

Uprzedzając pytania: tak, są oczywiście także rozmaite pikantne szczegóły.

Jest, jednym słowem, ostro.

I jeśli tylko ta wieść rozejdzie się po zainteresowanych ludziach - to sprzedaż "Twórczości" powinna lekko skoczyć do góry ;-)


Ale...

No właśnie. Wiedemann nie byłby Wiedemannem, gdyby nie znalazły się też tam takie fragmenty:

Człowiek sam w sobie nie jest niczym nadzwyczajnym, dopiero ta jakaś głupia, bezceremonialna bliskość z innym przemienia go w rodzaj skarbu, i wcale nie chodzi o to, że jest skarbem dla kogoś, jest obiektywnie rzecz biorąc, skarbem. Na czym to właściwie polega, że ktoś staje się dla mnie ważny, ważniejszy od innych, chociażby tylko trochę ważniejszy, niezależnie od jakichkolwiek chęci czy też decyzji. Dlaczego czyjeś zdanie się liczy, a czyjeś inne wcale, wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi. I jak taki ktoś może nagle przestać mnie obchodzić, co też się przecież zdarza, wcale nie tak rzadko. Tak sobie pomyślałem i koniec, bo przecież nie ma na to żadnych odpowiedzi.

I jak można nie lubić Wiedemanna? :-)

piątek, 8 maja 2009

45 eko-fragmentów

Każda jego jest książka jest inna. I każda trafia w ważny i aktualny temat. Oto zręczny pisarz i odważny publicysta w jednym - Michał Olszewski i jego "Low-tech" (Wydawnictwo Literackie, 2009).


Ta powieść jest, hm, dziwna. Nie tylko dlatego, że otacza ją - poniekąd słusznie - eko-aura. Także dlatego, że sposób narracji i charakter opowieści jest poplątany i wcale nie tak jednoznaczny, jak wynika z opisu na okładce. A czytamy tam:

W mieście K. doświadczony rewolucjonista M-sk jeszcze raz rusza na barykadę. Głosi swój radykalny manifest, wzywając do odrzucenia wszystkiego, co według niego zbędne... W mieszkaniu M-skiego trudno znaleźć nowoczesny sprzęt. Wystarczają mu materac, popielniczka z puszki po piwie, w wannie woda do wielokrotnego użytku. Szybko tworzy się wokół niego grupa wiernych wyznawców. Wśród nich pojawia się obiecujący młody architekt Cfiszen, który wydaje się świetnym materiałem na kolejnego ucznia...

Tymczasem ta opowieść to przede wszystkim - ja przynajmniej miałem takie wrażenie - świat poskładany z kawałków drobnych narracji i małych obrazków. Opowiadacz w tej książce jest kolekcjonerem, który zbiera pojedyncze słowa, zdania, pasaże literowe. Potem je przepisuje i w ten sposób dzieli się zachwytem z innymi. Dużo tu, jednym słowem, poezji codzienności.

Pisał o książce Jacek Dukaj, który okazuje się czytelnikiem nie tylko bacznym, ale i surowym (badrzo zresztą dobrze!). Pisał też Jarosław Czechowicz, którego - mam wrażenie - bardziej niż książka i sposób narracji, odrzuciła sama idea...

Mnie - przyznam szczerze - książka momentami nudziła po prostu. Zawsze powtarzam, że jestem człowiek prozaiczny, a ta poetyckość - w różnych postaciach - bywała męcząca.

Ale jednak co zaś do eko-idei, to, pomijając rewolucyjną aurę tej książki i w ogóle na marginesie "Low-tech", ja akurat uważam, że świat by nic nie stracił, gdybyśmy się tego i owego poduczyli o naszym środowisku. Wręcz przeciwnie. Wiele byśmy zyskali.

poniedziałek, 4 maja 2009

W I w. n.e.

Znany w Polsce chyba najbardziej z "Przygód damskiego fryzjera" Eduardo Mendoza nie dość, że publikuje u nas swoją nową książkę, "Niezwykłą podróż Pomponiusza Flatusa" (Znak, 2009), to na dodatek... przyjeżdża na spotkania. Hura, hura, hura! :-)

Mendozę do Polski zaprosił Znak, który twardo wydaje kolejne jego książki, a nawet podarował pisarzowi niedawno nową - przecudnej urody - oprawę graficzną. Komikosowo-kolażowo-kolorowy lifting hiszpańskiego autora sprawia, że to obecnie jeden z najlepiej wyróżniających się pisarzy na rynku polskim. Kolejny plus dla promocji Znaku.

Spotkania odbędą się w trzech miastach, o czym szczegółowo przeczytamy na odpowiednich stronach wydawnictwa. Niektórzy nawet - mowa oczywiście o rozpieszczanych jak zawsze w tych przypadkach dziennikarzach :-> - będą mieli możliwość porozmawiania z autorem w cztery oczy. Będzie ciekawie. Bo podobno nieśmiały to autor i taki raczej powściągliwy. Przynajmniej prywatnie.

Książkowo bowiem - szaleje. W jego powieściach iskrzy zarówno humor, jak i złośliwostki - te najgorszego typu, bo wypowiadane ze śmiertelną powagą. Nie brakuje także niewybrednych aluzji - zwłaszcza dotyczących sfery życia seksualnego.

No i ten Jezus u Mendozy... Blond dwunastolatek, który wynajmuje detektywa. Pomyślałby kto?! ;-)

sobota, 2 maja 2009

60 lat bez kilkunastu dni

Absolutnie doskonała biografia Trumana Capote'ego pióra Geralda Clarke'a (PIW, 2008) ukazała się u nas dopiero kilka miesięcy temu. Jakoś odkładałem jej czytanie ciągle na później. I wziąłem ją do ręki kilka dni temu w zasadzie przez przypadek.


Każda strona to perełka. Nie żartuję. Clarke tak solidnie zapoznał się ze wszystkimi relacjami, listami, przeprowadził kilkaset wywiadów (w tym dziesiątki z samym głównym bohaterem), przejrzał gazety i dokumenty, że gdy Capote jedzie do Paryża czy Wenecji, dowiadujemy się o aktualnych trendach w modzie czy cenach hoteli.

O samej narracji dotyczącej Capote'ego nie będę pisał - bo to po prostu, jeśli wierzyć innym, solidna i rzetelna praca. Ale Clarke to także jeden z nielicznych biografistów, którzy bardzo uważnie przyglądają się postaciom i wydarzeniom z drugiego planu. Jest poza tym bardzo spostrzegawczym obserwatorem ludzkiej psychologii. Ot, choćby fragment dotyczący Carson McCullers, jednej z przyjaciółek (na początku - bo potem było gorzej) Trumana:

Gdy się poznali, nie skończyła jeszcze trzydziestu lat, ale przeszła już kilka poważnych chorób i podobnie jak wielu ludzi cierpiących na chroniczne dolegliwości uważała, że ma niemal królewskie prawo do dysponowania czasem oraz uwagą swojego otoczenia.

Prawda, że bystrzak? ;-)

Książka to także piękny mini album ze zdjęciami tego celebryty literatury światowej XX wieku. Jest też na przykład i to sławne zdjęcie z pierwszego wydania "Innych głosów, innych ścian":


I jeszcze bonusik z youtube (a potem część druga).

Niesamowity ten Truman, co? :-)