
Ów tytuł zaczerpnięty jest ponoć z opowiadania Ernesta Hemingwaya "The Short Happy Life of Francis Makomber". Tytułowa postać natomiast to aluzja do Oscara Wilde'a. Literackie skojarzenia w istocie ładne, choć kierują nas raczej w mylnym kierunku.
Bo Diaz to przede wszystkim pisarz z rozmachem, który narracyjnie szaleje niczym młody kot ;-) Rwany tok, mnóstwo dopisków, autoironiczne wstawki, zmiany perspektyw, a nawet przypisy (przypisy!). Szczególnego rodzaju przypisy, które mają nas zawstydzić, bo często dotyczą BARDZO WAŻNYCH SPRAW, O KTÓRYCH NIE MAMY POJĘCIA. Dotyczących, dajmy na to, Dominikany.
Bo co my wiemy o Dominikanie w sumie?
Fabuła - wymarzona, chciałoby się rzec. Startowa sytuacja, czyli zderzenie osobistej i egzystencjalnej frustracji zmieszane z nieokiełznanym pożądaniem drugiego ciała, przywodzi na myśl po trosze Rotha, po trosze Allena.
No i te dialogi. Absolutnie bezkompromisowe*.
I różne życiowe mądrości. O, na przykład taka:
Parę razy próbował ćwiczyć: unoszenie nóg, brzuszki, poranne spacery dookoła bloku, tego typu rzeczy, zauważał jednak, że wszyscy mają dziewczyny prócz niego i wpadał w rozpacz, wracał z powrotem do obżarstwa, "Penthouse'ów", gier wideo i użalania się nad sobą.
To bierzemy popcorn i do czytania, conie?
* - czytaj: dużo brzydkich i nieprzyzwoitych wyrazów ;-).












