niedziela, 28 czerwca 2009

25 000 zgonów w 1995 roku w Kazachstanie

Tym razem najpierw materiał audiowizualny :-)



Klasyka, conie? Klasyka, klasyka. A za chwilę to nawet będzie historia. Co ja mówię: będzie to wykop archeologiczny. A stanie się tak, gdy wejdzie w życie projektowana ustawa o zakazie palenia w miejscach publicznych.

Na razie jednak o paleniu pomyślmy, a raczej poczytajmy bez uprzedzeń. Ukazała się właśnie niesamowita książka "Dym. Powszechna historia palenia" (Universitas, 2009), więc pretekst mamy bardzo miły:


Zredagowana przez zajmujących się międzykulturowymi badaniami humanistycznymi antologia to zbiór tekstów ujmujących kulturowy fenomen palenia z różnych perspektyw. Mamy więc szkic o kulturze tytoniu w Japonii, esej na temat palenia i związków towarzyskich, kilka słów o kokainie (czemu nie?!), całkiem przyjemny artykulik o dymie w kinematografii (temat rzeka!), a nawet niepokojąco brzmiące prace: "Uprzedmiotowienie Afroamerykanów w XIX-wiecznej sztuce tytoniowej" czy "W stronę homoseksualnej historii palenia".

Powiedziałbym: żyć nie umierać, ale jednak byłoby to - jak wiemy z danych medycznych - przekłamanie. Dziś obowiązuje przekonanie, że palenie zdrowiu szkodzi. Zdrowiu i życiu. Kiedyś oczywiście było inaczej. Tytoń leczył z różnych dolegliwości. Wierzono nawet, że uzdrawia z melancholii i syfilisu. Ech.

O tym wszystkim w cudnie kontrowersyjnym "Dymie". Plus - dla wielbicieli staroci - cudowne reprodukcje dawnych reklam. Takich na przykład:

piątek, 26 czerwca 2009

4. książka w katalogu

W powietrzu duchota i w zasadzie mocno ryzykuję, podsuwając pobudzającą zmysły prozę. Ale co tam! "Fruwająca dusza" (Karakter, 2009) Yoko Tawady nie może zbyt długo czekać. Trzeba się nią porozkoszować teraz. Natychmiast.

Opowieść Japonki, Tawady - która, nawiasem mówiąc, od ponad dwóch dekad mieszka w Niemczech - to zmysłowa podróż przez rzeczywistość zanurzoną w języku. Wszystko wydaje się z pozoru precyzyjne i zamknięte fabularnie. Risui opuszcza dom i trafia do Szkoły dla dziewcząt. Miejsca dziwnego, ale i fascynującego. Bohaterka ma zgłębiać tam tajemną Drogę Tygrysa. Dokonać ma się to poprzez kontakty z niesamowitą mistrzynią Kikyo oraz uważną, wielokrotną i wnikliwą lekturę mądrości Księgi. Uda się?

Szybko okaże się, że Risui to zbyt dociekliwa i zarazem krnąbrna uczennica jak na niepisane kodeksy. Zmysłowe otoczenie będzie zbyt wodzić ją na pokuszenie, by młoda kobieta miała zamknąć się tylko w literach. Sama chce być kimś, kto nazywa rzeczywistość. Tak rodzi się bunt. I tak rodzi się ta piękna, właściwa historia.

Nie da się z góry przesądzić, czy dwoje ludzi pasuje do siebie charakterami, czy nie. Sprawy, które zbliżają ludzi, i te, które ich dzielą, są jak niezliczone gwiazdy rozsiane po wieczornym niebie, i tak jak gwiazdy łączą się, tworząc konstelacje, tak przyjaźń między ludźmi pogłębia się wraz z upływem czasu

- to jeden z wielu fragmentów, jakie sobie wynotowałem w trakcie czytania Tawady. Kolejne akapity i poszczególne zdania z tej książki - mimo pozornego chłodu oznajmująco-relacjonującego trybu - przesączają się przez naszą wyobraźnię. Jak lepka magma pożądania i ekscytacji. Jak coś z pogranicza porządku/nieporządku rozumowego i zmysłowego.

Kolejny, świetny wybór wydawniczy Karakteru. Oby tak dalej!

czwartek, 25 czerwca 2009

22 990 km² [o "Wzgórzach Toskanii"]

W opowieści Máté i jego niemniej ważnej na kartach książki żony Candace raz po raz dają się słyszeć rozmaite tęsknoty. Część z nich to najzwyczajniej w świecie zmysłowe tęsknoty za - nie oszukujmy się - dobrym jedzonkiem. I w ogóle innymi wiktuałami, jakie oferuje mityczne życie na wsi.

Część z tęsknot to jednak pragnienie odmiany i autentyczności, które dotyka wszystkich znudzonych życiem od do, pomiędzy biurem, galerią handlową i spotkaniami w pośpiechu. "Tutaj spraw nie załatwia się zgodnie z prawem i zasadami, ale raczej rozpuszczając wieści, które potrafią przebrzmieć zaraz po tym, jak się pojawiły" - pisze Máté i zdanie to można uznać za symboliczne. Mieści się w nim bowiem poniekąd wszystko to, co opiewa wizerunek Toskanii stworzony przez sfrustrowanego życiem w miastach pisarza: ucieczka od rzeczywistości papierowych kubków, pędzącego zegarka, załatwiania wszystkiego zgodnie ze sztywnymi regułami wyłączającymi człowieka i jego indywidualność...

Doprawdy, Toskania namalowana piórem Máté, uwodzi urokiem innego życia. Pamiętajmy tylko o jednym: toskańskie opowieści Máté to baśń. I że Máté, jak wielu Amerykanów, ma prawdopodobnie doskonale opanowaną zasadę "keep smiling" - uśmiechu za wszelką cenę. Bez względu na pogodę i okoliczności.

Więcej TU.

środa, 24 czerwca 2009

tylko 7 stron o radości

Odłóżcie na chwilę tego nieszczęsnego Coelho, co? Wiem, że część z Was przeczytała go z ciekawości, a część, by się pocieszyć (swoją drogą: faktycznie zadziałało?). Mam tu jednak coś niemniej ciekawego. Tytuł: "Zrozumieć cierpienie". Autor: Vittorino Andreoli (Homini, 2009).

"Aby ból ustąpił radości" tak brzmi podtytuł tej książki. Ważny dla zrozumienia całości, choć - pozornie nieadekwatny. Bo rozdział poświęcony radości jest na końcu, a w dodatku liczy kilka stron. Zaledwie.

Wcześniej - z ogromną erudycją, jak na profesora i mieszkańca legendarnej literacko Werony przystało - Andreoli kreśli motyw cierpienia rozpięty między swoje profesjonalne doświadczenie a bogatą tradycję kultury Starego Kontynentu. Jest tu więc trochę historii z życia wziętych. Są tu także literackie nawiązania, filozoficzne skojarzenia, religijne wykładnie. Pod tym względem nie będziemy zawiedzeni.

Zawiedzeni możemy być wtedy, kiedy stoimy na przykład na stanowisku, że w życiu należy być przede wszystkim herosem. Heroizmu bowiem Andreoli nie lubi. Jest on zły, bo - zdaniem psychoterapeuty - zakłada naszą niezniszczalność i wszechpotęgę. Co jest złudne.

Andreoli nie lubi na podobnej zasadzie działań charytatywnych, które często - zwłaszcza w społeczeństwach zachodnich - są świetnym wytłumaczeniem, że "nie jestesmy wcale tacy źli". Nie jesteśmy? - zdaje się pytać ironicznie Andreoli. Tylko dlatego nie jesteśmy, że przez większość tygodnia okazujemy sobie pogardę, jesteśmy zachłanni, pyszni, egoistyczny, a raz w tygodniu idziemy nieść dobro?!

Dużo niepokojących pytań i jeszcze więcej niepełnych odpowiedzi. Nikt jednak nie obiecywał łatwych i szybkich recept na egzystencjalne bóle. I chyba o to też w tej opowieści chodzi.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

13 portretów [o "Krakowskim Szlaku Kobiet"]

Były żydówkami, katoliczkami, ewangeliczkami. Często niero-zumiane i zepchnięte na margines. Niektóre odważnie stawiały czoła przeciwnościom. Nie wszystkie jednak były na tyle silne, by walczyć. Te kobiety, żyjące pod koniec XIX i w pierwszej połowie XX wieku - często pod prąd swoich czasów i wbrew społecznym normom, to bohaterki wydanej właśnie książki "Krakowski Szlak Kobiet". Na ponad 130 stronach autorki sportretowały związane z Krakowem nieżyjące już bohaterki.

Więcej TU.

I jako bonus portret Marii Orwid, psychiatrki, emancypantki, Żydówki. Ważnej dla Krakowa. Jeden z bohaterek książki:

niedziela, 21 czerwca 2009

101 tekstów z lat 1973-2006

Będzie o lukrze i jego niepokojących wartościach energetycznych. ;-) Kto więc robi sobie przerwę od słodyczy (wiadomo: lato, plaża i te sprawy), niech wytrzyma do następnego postu. Ten bowiem będzie poświęcony Ryszardowi Kapuścińskiemu i jego "O książkach, ludziach i sztuce" (Czytelnik, 2009).Ów całkiem pokaźny (ponad 300 stron) tom zawiera notatki, wstępy, komentarze i inne fragmenty (prof. Nycz powiedziałby "sylwy") dotyczące twórców, którzy Kapuścińskim nie byli. Nie byli, ale... No właśnie. Mieli to szczęście, że on był nimi zafascynowany. Jako twórcami i/albo (?) jako ludźmi.

Powtarzam: jako twórcami i/albo jako ludźmi.

Piszę o tym jasno i wyraźnie, bo z książki ten podział wcale nie jest tak jasny i wyraźny. Kolekcja tych tekstów to w zasadzie jedna melodia nucona w jednym i tym samym pochwalnym rytmie.

Cenię autora tej książki za umiar i rzetelność.

Jeśli chcecie sprawić sobie przyjemność - przeczytajcie tę książkę!

Jest to malarstwo w sposób doskonały sprowadzone do jednej myśli, jeden pasji, jednej wizji.

I tak dalej, i tak dalej.


Pięknie, prawda?

No ba!


Ale, jak rozumiem, na podobną publikację z negatywnymi recenzjami Kapuścińskiego nie ma co czekać???

piątek, 19 czerwca 2009

nr 6 (63)

Strach pojawiać się na okładce "Lampy", bo - po ostatnim numerze z Wiedemannem i Płaczkiem - przesądni mogą mieć powody do uzasadnionych obaw. Z drugiej strony nie warto sugerować się jedynie okładką.


W najnowszej "Lampie" na przykład najciekawszy jest wywiad z Agnieszką Kłos, czyli Agniuszą.

Rozmowa niby o depresji, striptizach i blogowaniu - pięknych i chyba dość standardowych ;-) wyznacznikach twórczości roczników 70. i 80. - ale szybko okazuje się, że to rozmowa także i o czymś więcej.

Są tu bowiem rosyjscy masażyści, którzy badali czakramy Kłos.
Jest tu stara maszyna do pisania (!!!) z potwornego mieszkania przy ulicy Czerskiej.
Jest babcia, która nauczyła słuchania Radia Maryja.
Jest też poruszające poruszenie terapeutki, "dobrej mateczki pełnej słońca", która poruszyła się aktami i wzruszyła książką Kłos.
I wreszcie fragment o tym, jak Kłos chodziła na siłownię. W wieku lat 6 (słownie: sześciu).

Słowem kawał niezłej beletrystyki. ;-)

czwartek, 18 czerwca 2009

160 000 [o "Kryształowym Aniele"]

O tym, że najnowsza książka Katarzyny Grocholi, "Kryształowy Anioł", będzie i bestsellerem, i tekstem chwalonym przez krytykę - jestem wręcz przekonany.

Po pierwsze dlatego, że przyciągnie bohaterka i klimat. Grochola - jak czytamy w materiałach wydawnictwa - "powołała do życia nową bohaterkę, Sarę". Sara "boryka się z blaskami i cieniami codziennego życia. Trudno jej znieść nieobecność zapracowanego męża, marzy o dziecku i pracy, która będzie jednocześnie pasją. Życie nie szczędzi goryczy, ale w końcu, w najmniej spodziewanym momencie, Sara odnosi upragniony sukces".

Po drugie, książka - podobnie zresztą jak poprzednia (tak się składa, że też opublikowana w Wydawnictwie Literackim pod okiem doświadczonych z wysmakowaną literaturą redaktorów!) - jest językowo doszlifowana. "Zanim Sara, w przeddzień swojego niedoszłego ślubu, a było już późne popołudnie, ujrzała swojego przyszłego (niedoszłego) męża z nogami swej najlepszej przyjaciółki i (niedoszłej) druhny oplatającymi jego poruszające się rytmicznie biodra - była dość szczęśliwą kobietą" - tak brzmi pierwsze zdanie z tej powieści. A dalej - nie jest wcale gorzej.

Po trzecie wreszcie, wśród wielu polanych sosem naprawdę sprawnego psychologicznego rozpoznania wątków znów pojawiają się istotne kwestie społeczne czy kulturowe. Ot, chociażby sprawy ekologii czy zdrowego sposobu żywienia, których to promotorką jest główna postać tej książki.

A to tylko trzy, pierwsze z brzegu, powody, dla których ta powieść powinna być hitem tego lata.

Powinna być i będzie.

Więcej TU.

środa, 17 czerwca 2009

06.21, 11.12, 23.20, 13.00, 08.46, 11.40, 24.20

Są książki, do których nie rzucam się od razu. Są też takie, do których trzeba się przymierzyć. Na przykład, nomen omen, "Przymierzalnia" (Korporacja Ha!art, 2009) Jerzego Franczaka.


Nie wiem, czemu w zasadzie ta książka kazała na siebie czekać. Przecież po wszystkie pozostałe z Korporacji Ha!art rzucałem się wraz z tłumem. Witkowski, Pankowski, Dzido, Miller, Wiedemann, Kilmko-Dobrzaniecki, Chutnik, Pawluśkiewicz...

A Franczak?

A Franczak zawsze trochę taki na boku ;-) Mimo iż wykładowca (i to UJ), tłumacz (i to wytrawny), poeta (fakt, okazjonalny), Autor Bardzo Uczonych Książek.

"Przymierzalnia" to ni powieść, ni opowiadania. Nie wiadomo w sumie co. Proza. To słowo byłoby najlepsze, gdyby nie fakt, że określanie poszukiwania właściwej formy to tak naprawdę nie punkt wyjścia dla tej książeczki. To tak naprawdę cel. I to cel nieustannie oddalający się.

Tak to już jest, że jedno zdanie wymusza następne, każdy akapit dyktuje ciąg dalszy, słowa dobierają się w pary, chwytają za rączki i formują kolumny bojowe lub tańczą wokół mnie taniec kanibali.

Tańce słowne i fabularne odbywają się więc praktycznie na wszystkich stronach tej książki. Podśmiechuje się przy tym Franczak trochę z rzeczywistości, dźgając ją - ale bardzo subtelnie, jak na poetę przystało. Równocześnie, bardzo dosadnie wyrokuje słowami o rzeczywistości, by ostatecznie udowodnić, że bliżej mu do rzeczywistości utkanej ze słów - a nie rzeczywistości po prostu.

Słowem: poetyczna to książka. Prawie jak czytana niedawno przeze mnie Lipska.

Prawie ;-).

niedziela, 14 czerwca 2009

10 przygód

Magdalena Miecznicka, bezwzględna krytyczka literacka "Dziennika", napisała książkę. Dobrą książkę, wbrew ocenom mało - zdaje się - zorientowanych zazdrośników. Rzecz nazywa się przewrotnie. "Cudowna kariera Magdy M." (WL, 2009):


Podtytuł tego tekstu to "powieść współczesna", co smakuje trochę Balzakiem, a trochę trąci po prostu pozytywizmem. Faktycznie zresztą jest tu i opis obyczajowy, i pewna troska społeczna. Bohaterka powieści, Magda M., co ma być nawiązaniem do popularnego serialu, jest emblematem nowoczesnej polskiej kobiety. Spełniona w życiu zawodowym, otoczona gadżetami, ucieka przed samą sobą. I czyni to w zasadzie od pierwszego przebłysku świadomości tego, ile może być warta na rynku dóbr materialnych czy też erotycznych.

Byłaś zblazowana, lekko smutna, sypiałaś z gwiazdorem radiowym, który cię zdradzał, ale godziłaś się na to, byłaś już bowiem zupełnie pozbawiona złudzeń.

Kuszący świat zawodowych wyzwań i niemożliwych - ale tym bardziej właśnie pociągających - zadań przesłania rzeczywistość. To, co ma być prawdziwe, staje się ułudą. Ułuda wskakuje natomiast na miejsce autentyczności. Granice się przesuwają, hierarchie upadają, wartości tasują. Oto, jak żyją nowocześni bohaterowie nowoczesnej Polski.

Nie trzeba dodawać, że na miłość nie ma też tu miejsca. Po raz kolejny wyskakuje słowo-klucz: ucieczka.

Bo skoro w miłości chodzi o to, by się przenieść na inny tor, zgubić się sobie z oczu - to czyż nie najdogodniej (!) wybrać właśnie kogoś, kto jest jak najdalszy od naszego toru?

Sprawnie i pomysłowo napisana książka (drugoosobowa narracja!, nawiązujący do antycznych zasad podział na rozdziały, ironiczny flirt z obyczajową prozą) to dowód na to, że krytyczka wcale nie musi być tą sfrustrowaną, która innym wytyka błędy, a sama nie ma nic do powiedzenia. Bo ta krytyczka ma coś do powiedzenia. I to coś bardzo ważnego.

"Cudowna kariera Magdy M." to smutna opowieść stawiająca ważne pytania o wartość naszej pracy i miłości. Pytania, od których sami najchetniej byśmy uciekli. W siną dal. Albo chociaż do Acapulco. Na jakiś czas.

sobota, 13 czerwca 2009

Na małym ulicznym targu w Aleksandrii roku 1944

A wydawało się na pierwszy rzut oka, że to kolejna przede wszystkim Żydowska Historia Ludzka. Tymczasem jest zupełnie inaczej. "Wyjście z Egiptu" (Czarne, 2009) Andre Acimana to książka do czytania zarówno do głębszej refleksji nad tożsamością, jak i po prostu - do czytania...


Ta ponad 300-stronicowa opowieść to nic innego jak saga rodzinna. Przewrotna, opowiedziana bez poszanowania dla świętości tabu - ale tym bardziej cenna i wartościowa. Narrator patrzy na dzieje najbliższych bez fałszerstw, chętnie punktując konfabulacje. A tych konfabulacji jest dosyć sporo. Dzięki temu historia pewnych zamożnych żydów jest taka, jak powinna być ciekawa bajka: błyszczy się i mieni w słońcu gorącej Aleksandrii, do której zresztą bohaterowie przybyli z Konstantynopola na początku XX wieku.

Pociągnięte mocnymi kolorami charakterystyk i języka postacie, sprawna narracja, mnóstwo anegdot i duuużo zdań, które chce się cytować znajomym z miną pełną powagi lub wyższości pt. "ale facet wymyślił!" - oto główne walory tej książki.

Jakieś wypiski? Ależ oczywiście!

Kiedy się rodzimy, dostajemy od losu kilka kart, a dalej musimy już radzić sobie sami.

Nie ma nic bardziej odpychającego niż ta pokręcona i wynaturzona bezinteresowność, która dławi cię jak niespłacony dług i sprawia, że czujesz się człowiekiem nic niewartym, a w końcu podłym i niegodziwym.

I jeden obrazek. Bardzo ładny. Choć smutny nieco:

Po wejściu do domu moim pierwszym impulsem było zawsze zapalenie światła przy drzwiach; potem puszczałem się biegiem przez budzący lęk korytarz i włączałem światło w kolejnych pomieszczeniach - na werandzie, w kuchni, w salonie. W moim pokoju przekręcałem też gałkę radia, pragnąć ożywić dom i stworzyć iluzję, że wciąż roi się w nim od gości, którzy zaraz wyjdą ze swoich pokoi i dołączą do nas. Przez chwilę można się było nawet łudzić, że lada moment zjawi się jeszcze więcej osób.

piątek, 12 czerwca 2009

Zakaz wstępu dla dzieci poniżej 10. roku życia [wywiad z Kisielewskim]

W najnowszym wydaniu "Dziennika Polskiego" (Krakowianie i okoliczni pędźcie do kiosków ;-)), rozmowa o Leopoldzie Tyrmandzie. Niedawno ukazało się wznowienie jego "Życia towarzyskiego i uczuciowego". A wspomina go Jerzy Kisielewski. Tak, tak. Syn Stefana :-)

Wspomina go między innymi tak:

Jaki był, dotarło do mnie po latach. Odświeżając sobie jego prozę i zdając sobie sprawę, w ilu miejscach był i, że całe jego życie było idealnym wątkiem powieściowym. Myślę, że pod wieloma względami bardzo przypominał Waldorffa. Ten, swoim ubiorem, noszeniem się, wypowiadaniem się, wzbudzał w ludziach tęsknotę za okresem przedwojennym. Tyrmand także zaprzeczał rzeczywistości swoim strojem. Poza tym był jego legendarny jazz, a właściwie "dżazz", bo tak to słowo wymawiał.

Więcej TU.

środa, 10 czerwca 2009

Z perspektywy 20 lat

Gdy wszyscy politycznie świętują 20-lecie i zastanawiają się, czy było dobrze czy źle (Daj mi Pan spokój, się tym nie interesuje - mówi Pani, u której kupuję marchewkę), "Tygodnik Powszechny" - trochę pod prąd i trochę nie przejmując się chyba, że ma kłopoty finansowe (a pisanie o literaturze znaczy jeszcze większe kłopoty finansowe) - zrobił małe podsumowanie.

Literatura polska ostatnich dwóch dekad.

Temat wdzięczny, interesujący. Trochę wypowiedzi ankietowych (m. in. Jacek Dehnel, Kinga Dunin), prowokujący jak zawsze tekst prof. Markowskiego i rozmowa z prof. Czaplińskim. A skoro on, to przy okazji małe przypomnienie. W księgarniach, całkiem niedawno, ukazała się jego książka "Polska do wymiany. Późna nowoczesność i nasze wielkie narracje" (W.A.B., 2009):


Ta opowieść o opowieściach to połączenie błyskotliwości z ogromną pracowitością. Pracowitość sprawiła, że indeks książki mieni się od nazwisk, a w samym tekście gęsto nie tylko od streszczeń i kontekstów, ale również od nawiązań do krytyk, omówień i w ogóle szeroko pojętych zjawisk życia społecznego i kulturowego. Błyskotliwość zaś, nieco na innym poziomie, ujawnia się na przykład w ramie kompozycyjnej, która - jak sugerują tytuły - prowadzić ma nas od braterstwa, poprzez wolność, aż do równości. I tak dalej.

Co ważne: między omówieniem książek Bieńskowskiego, Chwina, Gretkowskiej, Ławrynowicza, Michalskiego, Nowakowskiego, Siemiona czy Sieniewicza pojawiają się kategorie społeczne, kulturowe, ekonomiczne, a więc także polityczne. Tym zresztą Czapliński się wybija na tle krytyków swojego pokolenia. Tym też wygrywa w moim prywatnym krytycznym rankingu :-)

Gorzej, że to kolejne socjologizująco-kulturowe dzieło w kolekcji prof. Czaplińskiego, nie zawiera faktycznych ocen. Możemy bowiem w zaciszu domowym psioczyć na kanon, narzekać w towarzystwie na grafomanów, którzy wybili się, a inni utalentowani są wciąż w cieniu - ale większość (bardzo nie lubię tego słowa, tak na marginesie) będzie chcieć rozstrzygnięć: who's HOT, who's NOT. Konkretnych. Z nazwiskami.

Całe szczęście, że Franaszek i Jankowicz, odpytujący Czaplińskiego wydobyli coś jakby suplement do tej książki...

To co? Gotowi? :-)

WHO'S HOT według prof. Czaplińskiego:

„Szczeliny istnienia” Jolanty Brach-Czainy,
„Zimne kraje” Marcina Świetlickiego,
„Nowoczesność i zagłada” Zygmunta Baumana,
„Płaskorzeźba” Tadeusza Różewicza,
„Absolutna amnezja” Izabeli Filipiak,
„W czerwieni” albo „Tryby” Magdaleny Tulli,
„Dukla” Andrzeja Stasiuka,
„Dom dzienny, dom nocny” Olgi Tokarczuk,
„Wojna polsko-ruska...” Doroty Masłowskiej,
„Lubiewo” Michała Witkowskiego,
„Żydówek nie obsługujemy” Mariusza Sieniewicza.

wtorek, 9 czerwca 2009

Nieskończone 26 lat

Andrzej Bursa to polski poeta - jak to się pięknie mówi - kultowy. Tak mniej więcej kultowy jak swego czasu kultowy był Rafał Wojaczek, a niedawno także Stanisław Czycz (choć do faktycznej kultowości tego drugiego ja mam kilka wątpliwości).

W każdym razie wiadomość o tym, że Bursa doczekał się swojego imiennego festiwalu - nie powinna więc nikogo zdziwić.


Przyznam od razu, że jako specjalista od penetracji prozy życia z poezją jestem na bakier. Co nie znaczy oczywiście, że czegoś tam nie poczytam. Od czasu do czasu przynajmniej. W końcu ukazują się jakieś nowości (obowiązki zawodowe), znajomi przysyłają swoje dokonania (obowiązki towarzyskie), a wyrzuty sumienia kierujące wzrok w kierunku biblioteczki z klasykami (obowiązki kulturowe) kończą się zanurzeniem się na kilka chwil w strofach. I rezultaty tych wycieczek czytelniczych na obcy teren bywają czasem bardzo przyjemne. Także w antycznym sensie przyjemne. ;-)

Z Bursą mam jednak pewien problem. Czy też, używając słów innego sortu, czuję pewną ambiwalencję. A najmocniej wyłania się ona w momencie czytania wierszy typu:

ja chciałbym być poetą
bo dobrze jest poecie
bo u poety nowy sweter
zamszowe buty piesek seter
i dobrze żyć na świecie

ja chciałbym być poetą
bo byczo u poety
bo u poety cztery żony
a z każdą dawno rozwiedziony
a ja lubię kobiety

ja chciałbym być poetą
może mnie przecież przyjmą
bo dla poety zakopane
nie trzeba wcześnie wstawać rano
a wstawać rano zimno

bo fajno jest poecie
nie musi w biurze ślipić
i fuk mu cała dyscyplina
tylko gitara i dziewczyna
i złote gwiazdy liczyć

i mylić się i liczyć
i liczyć wciąż od nowa
na ziemi w drzewie i błękicie
trudnego szukać słowa

i gniewać się i martwić
bo ciągle jeszcze nie to
i ciągle baczyć ciągle patrzeć
ja nie chcę być poetą.


A swoją drogą - zwracam uwagę na piękne sformułowanie "fuk mu cała dyscyplina". Czy ktoś z Szanownej Młodzieży ;-) będzie potrafił słowo "fuk" osadzić we właściwym kontekście?!

Oj, nie sądzę.
"zamszowe buty piesek seter"

poniedziałek, 8 czerwca 2009

15-lecie

W Krakowie świętowano 15-lecie Studium Literacko-Artystycznego, a przy tej okazji przypomniało mi się, że jedną z pierwszych książek, jakie kiedykolwiek z crative writing przeczytałem, napisała Izabela Filipiak. Rzecz nazywała się "Twórcze pisanie dla młodych panien" (W.A.B., 1999) i, oczywiście, zachwyciła mnie swego czasu do nieprzytomności.

Izabela Filipiak, sama będącą mistrzynią różnych gatunków, tu przede wszystkimi uczy, jak pisać.
Co robić z tytułami.
Jak dopracowywać bohaterki.
A jak z tym seksem w końcu.
I w ogóle.

Bardzo praktyczne porady bez Nadęcia Mądrzejszej, tylko w formie siostrzanego wyciągnięcia przyjaznej dłoni. Profesjonalistki, a jakże!

Co ważniejsze, książka Filipiak to szkoła życia. Bardzo poważna, ucząca odpowiedzialności i wyważona w zachętach do zabawy, która - jak już wiemy - koniecznym składnikiem egzystencji jest. O tym na przykład, że "przyjemności muszą poczekać", jak mówiła to bodaj Virginia Woolf.

I jeszcze Marguerite Duras. Też z tej książki (bo tam dużo cytatów!):

Niektórzy pisarze są okropni. Boją się pisać. Co odegrało rolę w moim przypadku, to było być może to, że nigdy nie bałam się takiego strachu. Napisałam książki niezrozumiałe i one były czytane.

Ech.

niedziela, 7 czerwca 2009

od 1958 roku w Polsce ani razu

Żyjemy w czasach wolnych wyborów, dlatego po złej biografii możemy połknąć antidotum w postaci biografii dobrej. Takiej na przykład jak napisał Gerhard Gnauck "Marcel Reich-Ranicki. Polskie lata" (W.A.B., 2009).


Biografia "papieża" literatury w Niemczech to spektakularna próba spojrzenia inaczej - niż chciałby tego sam opisywany - na życie krytyka. Gnauck rozplątuje doskonale splątane i w dużej mierze, jak sugeruje lektura autobiografii Reicha-Ranickiego, konfabulowane wątki biograficzne. Punkty widzenia filtrowane są przez kilka podstawowych kategorii. Obok polskości jest nią żydowskość i zaangażowanie polityczne. I to zaangażowanie, o którym jakoś mało do tej pory wiedzieliśmy. Mimo kilku opowieści autobiograficznych.

Komentarze i wnioski do tego politycznego i gorącego wątku zostawiam jednak na boku. Podziwiam też Gnaucka. Kontrowersyjność tematu sama aż prosiła się o publicystyczne ześlizgnięcie czy pójście w stronę wyrazistego komentarza. Autor biografii zrezygnował z tego, skupiając się na opisie i relacji - na tyle dokładnej i wiernej (czytaj: obiektywnej), na ile się dało. Bez resentymentów, bez podsycania czytelniczych emocji, bez ferowania sądów.

W mej pamięci zamiast niesmaku zostaje więc kilka pięknych obrazków zaznaczonych podczas lektury. Pięknych i strasznych zarazem.

Tu jedynie dwa przykłady z pierwszych kilkunastu stron:

Do wywiezionych, którzy znaleźli się tu nocą z 28 na 29 października [1938 roku], należał berliński maturzysta Marceli Reich. Miał ze sobą tylko pięć marek i aktówkę, a w niej zapasową chusteczkę do nosa i książkę, którą właśnie zaczął czytać - "Kobietę trzydziestoletnią" Balzaka.

I wreszcie - ucieczka z getta. Jest trzeci lutego. Policjant żydowski przyjmuje łapówkę i w odpowiedniej chwili woła: "A teraz idźcie przed siebie, szybko!". Marceli i Teofila przechodzą na aryjską stronę.

Taka to biografia. Kawał dobrej książki. Choć oczywiście Marcel Reich-Ranicki nigdy tego nie przyzna.

Tak to z nieprzejednanymi krytykami bywa ;-)

sobota, 6 czerwca 2009

Ponad 2000 tekstów [wywiad z Rajčić]

Zaczęło się od studiów slawistycznych w Belgradzie, gdzie czytając przekłady Petra Vujičicia, jednego z największych tłumaczy literatury polskiej, zaczęłam się fascynować translacją. W dorobku ma on około 2000 jednostek bibliograficznych. Wykonywał niezwykłą pracę. Dziennie - około 12 godzin. Nie miał rodziny, żył jak mnich. A dodam, że były to czasy, kiedy nie było komputera, i wszystko trzeba było samemu przepisywać - to słowa Biserki Rajčić, laureatki tegorocznej edycji nagrody Instytutu Książki Transatlantyk dla najlepszego promotora literatury polskiej za granicą. To ona jest też jedną z autorek 14 opowieści o Kapuścińskim.

Cała rozmowa z tłumaczką TU.

piątek, 5 czerwca 2009

14 tłumaczy

Ryszard Kapuściński ma stanowczo złe nazwisko do bycia światową gwiazdą. No bo jak je wymawiać? KAPUSZCZISKU? KHAPUSCINSZHKI? KEPUSHCHISHSKI? MISTER RICHARD KAPUCZYCKI?

Okazuje się jednak, że to nie przeszkoda. We Francji na przykład po dziś dzień cieszy się Kapuściński wielką estymą, czego dowodem jest obecność pisarza na znanych literackich blogach.

Czyja to zasługa? Tłumaczy, oczywiście. Czternastu z nich dało dowód swojej sympatii w książce "Podróże z Ryszardem Kapuścińskim. Część 2" (Znak, 2009):


To kontynuacja wydanej po śmierci Kapuścińskiego na początku 2007 roku książki trzynastu tłumaczy. W nowym tomie o pisarzu i reportażyście mówią m.in. Tomasz Barciński z Rio de Janerio, Ewa van den Bergen-Makała z Holandii, Diana Kuprel z Toronto czy Ksenia Starosielska z Moskwy. A więc: śmietanka. :-)

Oczywisty trop to czytanie tych tekstów, by dowiedzieć się czegoś jeszcze o Kapuścińskim. O tym, jak na przykład kreślił książki kolorowymi kredkami. Albo o tym, jak gwóźdź w knajpie ludowej w Udine wbił się wielkiemu pisarzowi w udo. Słowem: poważnie i anegdotycznie. Jak to często w przypadku takich książek bywa.

Jeszcze ciekawiej się robi, gdy czytam tę książkę, oglądając różne kultury, które pociągały Kapuścińskiego i dla których - jednocześnie - Kapuściński był magnesem. Najbardziej pouczające pod tym względem będą perypetie Ljubicy Rosić z Belgradu, gdzie "Cesarz" musiał z powodów politycznych czekać kilka lat na wydanie...

No, ale cóż. W końcu MISTER KAPUCZYCKI, choć jako człowiek życzliwy i serdeczny, bywał także ostry. A politycy potrafią bardzo uważnie czytać książki.

Wbrew pozorom. ;-)

czwartek, 4 czerwca 2009

Prawie 200 rozmów [wywiad z Garde]

Kilka lat temu przeprowadzałam wywiad w San Francisco z kimś, kto umierał na AIDS. Cieszył się życiem w pełni, chociaż był bardzo słaby. Umarł zresztą niedługo po naszej rozmowie. Na spotkaniu ze mną mówił o chwilach, które przeżył - gdy siedział i patrzył nieprzytomnie w ścianę, myśląc, że to koniec. Tak źle psychicznie się czuł. Ale te sytuacje oraz późniejsza śmiertelna choroba sprawiły, że gdy mnie spotkał, przekonywał: "Tylko nie siadaj przed ścianą i nie spędzaj życia na zamartwianiu się. To jest ostatnia rzecz, na którą możesz sobie pozwolić" - tak mówi Pia-Kristina Garde, której książkę przedstawiałem kilkanaście dni temu.

Całość wywiadu ze szwedzką autorką TU.

wtorek, 2 czerwca 2009

51 (albo 53) lata i to wcale nie koniec

Zła książka. Naprawdę zła. Chciałbym, by było inaczej, ale nie da rady. Oto, Drodzy Czytelnicy, przykład złej książki: biografia "Michela Houellebecqa" Denisa Demonpiona (Państwowy Instytut Wydawniczy, 2009).


Kiedy zobaczyłem, że ta książka ukazuje się po polsku, ucieszyłem się, bo Houellebecq - parafrazując klasyka - fascynujące pióro ma. A jak pióro fascynujące, to i biografia prawdopodobnie takaż sama. I być może tak jest. Ale z tej książki raczej się tego nie dowiemy.

Dowiemy się za to, owszem, że na przykład Houellebecq prawdopodobnie konfabuluje swój wiek. Prawdziwy rok urodzenia to 1956, a nie 1958 - jak podaje sam pisarz. Poza tym autor "Cząstek elementarnych" nosi nazwisko babci, a nie mamy, jak Pan Bóg przykazał. Co więcej, z mamą pisarz ma nader niekorzystnie emocjonalny układ, o czym Demonpion dość chętnie zresztą pisze.

Poza tym jest tu mnóstwo plotek, niedomówień, małych skandalików i troszku nudy. Zwłaszcza na początku, gdy młodzieńcze życie Houellebecqa piórem Demonpiona pisane wlecze się jak włoski makaron. I wcale wtedy nic nie zapowiada, że będzie to skandaliczna gwiazda mediów, "faszysta, stalinista, pornograf, nihilista, podglądacz dziewczyn, wielbiciel caberneta". Michel Houellebecq, jakiego znamy - jednym słowem. Z gazet, telewizji, internetu...

Problem w tym, że gdy zabieramy się do czytania biografii, chcemy dowiedzieć się czegoś więcej, niż bajeczek i sensacyjek. W każdym razie wiedzieć pod koniec czytania, czemu te bajeczki i sensacyjki służyły. Pod koniec czytania tej książki - nie wiemy jednak niczego. Poza tym, że Houellebecq to "bezlitosny obserwator swoich czasów i człowiek głęboko dotknięty bólem życia", który "nie jest sam", bo "towarzystwa dotrzymuje mu pies Clement, mały welsh corgi pembroke".

Książka brukowa. Żeby nie napisać: bruczana. Po prostu. Gorzej, że wraz z rozwojem fabuły czuć narastającą niechęć (?) autora do bohatera. A niechęć oznacza brak dystansu. A brak dystansu to gwarantowana porażka.

Szkoda.

poniedziałek, 1 czerwca 2009

4 praktyczne esejo-porady

"Jak być uczonym" (Znak, 2009) - to dobry tytuł na książkę. Pytanie zresztą samo w sobie bardzo frapujące. Ja odpowiedzi na nie niestety nie znam. Zna ją za to, oj doskonale zna ją, ks. prof. Michał Heller.


Spieszę więc wyjaśnić nielicznym niezorientowanym, że ks. prof. Michał Heller jest uczonym prawdziwym, pełnym i wręcz absolutnie koncesjonowanym. Jako laureat Nagrody Templetona (ponad 1,6 mln dolarów!!!) ma w każdym razie wyjątkowe prawo, by czuć się koncesjonowanym uczonym.

Ale pieniądze to oczywiście tu żart. To znaczy pieniądze nie są żartem, także jeśli chodzi o wciąż niskie nakłady na naukę polską, ale tym razem są, powiedzmy, tłem dla Ważniejszych Spraw.

Idzie mianowicie o coś takiego na przykład jak poznawcze przyjemności:

Czy to przyjemnie, że się coś wie? Ciekawe, że na ogół wcale się o tym nie wie, że się wie, to znaczy posiadanej wiedzy nie towarzyszy świadomość jej posiadania.

Pięknie prawi Pan Profesor, prawda? ;-)

Ale i tak moim ulubionym rozdziałem książki są "Uwagi o etyce i metodyce pracy naukowej". A konkretnie jeden z punktów, wdzięcznie nazwany "ślęczenie przy biurku", jako element pasji naukowej.

Oj, skąd ja to znam...

~ na okładce zaś fragment obrazu Petrusa Chrystusa "Święty Hieronim" (ok. 1435). Bo cierpliwość bywa pożyteczną sprawą. Nie tylko w nauce.