czwartek, 30 lipca 2009

trójca nieświęta

Wywiad z Dariuszem Żukowskim o jego "Miłości morderców" dzisiaj w "Magnesie". Groźne pytania, groźne odpowiedzi. ;-)

Czytając "Miłość morderców", miałem wrażenie, że jest tam wiele smutku i pesymizmu.

- Pesymizm poznawczy wynika z moich lewicowych poglądów na świat. Sądzę, że nie ma prawd uniwersalnych. Nietzsche, Freud i Marksm, ta, jak to się mówi, "trójca nieświęta" miała poniekąd rację. Ludzie mają swoje cząstkowe prawdy - konstruują cząstkowe odpowiedzi na temat tego, co widzą wokół siebie. Sami tworzą sensy, które nadają elementom rzeczywistości. Człowiek chce wierzyć, że widzi świat takim, jakim jest naprawdę, ale zawsze będzie to tylko obraz fragmentaryczny.

Więcej TU.

wtorek, 28 lipca 2009

jej fascynacja Baudelaire'em pojawiła się dopiero w latach 1900-1909

Tajny przepis na to, co zwykło się nazywać rozpustą, zapewne rozczarowałoby niejednego słuchacza, lecz nie mnie - pisze Colette w powieści (no, powiedzmy, że powieści) "Czyste, nieczyste". W ramach wakacji odrabiam zaległości i właśnie po tę książkę sięgnąłem. Z pożytkiem zmysłowo-poznawczym. :)

W sprawie słowa "powieść" należy się wytłumaczenie. "Czyste, nieczyste" to rodzaj kolażu z notatnika, reportażu, powieści autobiograficznej, a czasem nawet powiastki filozoficznej. Osobno interesująca - jak dla mnie - była sama narratorka. Nieco zblazowana, nieco przemądrzała, na świat spoglądająca z arystokratycznego dystansu. Gardzi nim, a jednocześnie jest nim zauroczona. Trudno się zresztą temu dziwić. Bohaterkami i bohaterami tej prozy są podrywaczki, uwodziciele. Homo, hetero, bi, innoseksualni. Gender-queer, choć bez gender i bez queer, bo i czasy nie te, i tak zwany dyskurs nie ten.

Ta książka być może w ogóle nie powinna się ukazać. Autorka, członkini belgijskiej Akademii Literatury oraz Akademii Goncourtów, nie zawsze spotykała się uznaniem krytyki, a zwłaszcza krytyki nastawionej na czystość obyczajową w sztuce w ogóle. Niespokojne pióro Colette zbyt często drążyło nieprzyzwoite tematy, by - nieczyste raczej niż czyste - "Czyste, nieczyste" mogły cieszyć się dobrą reputacją w świecie Wysokiej Kultury Frankofońskiej.

A jednak!

Przy kobiecie grzesznej i zdystansowanej, u której boku czuje się pewny, mężczyzna zawsze będzie skłonny do wyznań.

Aż dziw, że to nie przeszło jeszcze przez naszą lokalną obyczajówkę. ;-)

sobota, 25 lipca 2009

Jest 1000 sposobów, trzeba uruchomić mózgownicę

Czas na debiut, choć momentami trudno uwierzyć, że to debiut. Dariusz Żukowski w "Miłości morderców" (Znak, 2009) jawi się raczej jako dojrzale piszący, a nie jako wczesny eksperymentator. Choć i eksperyment nie jest mu obcy.


Wydana w prestiżowej serii Znak-Proza (wcześniej tutaj m.in. Diaz, a niebawem nowy - hura, hura! - Klimko-Dobrzaniecki) książka to zbiór sześciu opowiadań. Każde inne, każde na swój sposób egzotyczne, (prawie) każde ponure. Narrator Żukowskiego krocząc dostojnie metaforycznymi zakrętasami zdań nie ma bowiem specjalnie dobrej opinii o człowieku. Radzi natomiast być pokornym i bacznie obserwować siebie nawzajem. Jak na antropologa - serdecznego, ale i bacznego podglądacza - przystało. ;-)

Trudno streścić te opowiadania. Zresztą nie to jest tu najważniejsze. Metafizyczna aura, niespokojne menadry fabuły, ukryte w pozornie przejrzystych frazach bohaterów tajemnice sprawiają, że Żukowski ucieszy tych, którzy lubią klimaty literatury fantastycznej. Z drugiej strony, jest w tej prozie wyraźny głos buntu wobec rzeczywistości i próba wskazania na słabe punkty projektu pt. 'nowoczesność'. Niepokorna zatem, choć momentami przejmująco bardzo smutna to proza.

I jak zwykle wypisanych kilka dobrych zdań do sztambuch . Dzielę się pierwszym z brzegu:

Czy przejrzystość wzbudzała aż taki lęk, że trzeba ją było udziwnić, zapełnić fantomami, żeby dać sobie z nią radę? Przecież to tylko trochę płaskiego terenu i czyste powietrze.

Otóż to!

środa, 22 lipca 2009

zielony torino copue 380

"Odpychająca i jednocześnie wciągająca. Bo "Auschwitz" Gustavo Nielsena budzi skrajne emocje już od pierwszych stron. Dokładnie w momencie, gdy orientujemy się, że mamy do czynienia z jednym z najobrzydliwszych bohaterów literackich – tak obrzydliwych, że aż trudno od niego odciągnąć uwagę.

Powieść zaczyna się od mo
nologu myśli Berto. Przez kilka linijek leje się jego nienawiść do wszystkiego, co żywe, cielesne, zmysłowe, ładne, powabne... To, co piękne, wydaje się temu bohaterowi bowiem obrzydliwe. Berto twierdzi, że zło czyha na każdym kroku i czai się ono wszędzie. Być może jednak dlatego właśnie główny bohater tej książki ceni sobie sprawy ulotne i nie mające w gruncie rzeczy większego znaczenia: szybkie auta, wymodelowane sylwetki, przygodne randki. Co do randek – przytrafiła mu się jedna taka właśnie. Po kilku stronach strasznego wstępu mamy okazję mu towarzyszyć. Impreza się skończyła, on i ona przenieśli się do mieszkania, akcja trwa. Szybko, sprawnie i klasycznie: bez satysfakcji dla niej, ale za to wystarczająco dobrze dla niego. Życie jest obrzydliwe, ale idzie jak po maśle, tak?

Otóż, rzecz w tym, że właśnie nic nie idzie jak po maśle. Przypadkowo
spotkana w klubie randka coś knuje. Wzięła zużytą (!) prezerwatywę i schowała ją w lodówce (!) zamiast, co przecież robi miliony innych w podobnych sytuacjach, wyrzucić po prostu. Potem niby on wraca do siebie, wszystko toczy się swoim starym rytem (dość nudna praca przerywana kolejnymi podbojami i szpanerską jazdą zielonym torino coupe 380), ale jednak coś nie gra. Miliony plemników pozostawione na pastwę przygodnej randki zaczynają coraz bardziej go niepokoić. Podobnie jak nachodzący policjant, a potem mały chłopiec, na którym Berto się odegra za wszystkie okrucieństwa, które go spotkały. Odegra, dodam, z nawiązką. Tak straszną, że nie będziemy mogli przez kilka stron przełknąć śliny...".

Więcej TU.

I jeszcze mały bonusik;-)

sobota, 18 lipca 2009

23-letniego Wilbera spektrum świadomości

Mam duży dystans do proroków, którzy oczarowali miliony (patrz: Coelho, Brown), dlatego Wilbera obchodziłem dość szerokim łukiem. Ale w końcu po zachętach się skusiłem i przeczytałem "Spektrum świadomości" (Czarna Owca, 2009):


Wilber z wykształcenia jest biochemikiem. Gdy jednak skończył studia w wieku 23 lat, zapragnął zajmować się psychologią Wschodu i Zachodu. Zgłosił się wtedy po odpowiednie stypendium. Niestety bez zadowalających rezultatów. Pomysłu nie porzucił. Niejako na marginesie przygotowywania pracy magisterskiej, napisał książkę, która miała mu potem przetrzeć ślady do dalszej pracy w swojej dziedzinie. Tą pracą była - wydana dopiero po 33 próbach, jak czytamy we wstępie! - książka "Spektrum świadomości" właśnie.

Cały pomysł wykładu zaprezentowanego w tym tomie opiera się na dwóch kierunkach - sprzecznych, wydawałoby się, i znoszących się wzajemnie, a jednocześnie nierozerwalnych i komplementarnych. Ewolucja i inwolucja. Kierunek na zewnątrz i kierunek do wewnątrz. Wszystko po to, by - w wielkim skrócie mówiąc - rozpoznać różne stany świadomości i żyć w pełni, a nie tylko na jednym poziomie, np. materialistycznym czy poprzez realizacje się w jakiejś określonej roli kulturowo-społecznej. Łączy w ten sposób Wilber wątki nauk psychologicznych i terapii Wschodu i Zachodu. Freud i joga, indywiduum i kosmos, nauka i religia itd. itd. Co więcej, całość układa mu się w iście naukową formułę.

Wilber w "Spektrum świadomości" kusi i wciąga, a jednocześnie odpycha i wzbudza mnóstwo wątpliwości. Skłania do zadawnia pytań o jakość naszego życia, a jednocześnie prowokuje do tego, by spytać i jego: "kimże ty jesteś, żeby być tak zadowolonym z samego siebie?". I, co gorsze, odpowiedź na to pytanie także i nam sprawiać będzie trudność. Wystarczy popatrzeć na zdjęcie mistrza (60-letniego obecnie!):


To nie fotomontaż. To połączenie ideału wschodniego mózgu z zachodnim ciałem :-)

piątek, 17 lipca 2009

rozdział 10 i inne tej książki

O książce Jelinek "jesteśmy przynętą kochanie!" na artpapierze autor tego bloga pisze następująco między innymi:

Dwuznaczna & ambiwalentna. A poza tym. Dosłownie metaforyczna. Ponętnie odpychająca. Zdradziecko uwodząca. Precyzyjnie bałamutna. Genialnie błaha. Wszystko na raz & wszystko pojedynczo. Bo „jesteśmy przynętą kochanie!” nie należy przeczytać raz. Należy przeczytać ją dwa razy. Najpierw po to, by dostrzec jej geniusz. Następnie po to, by w geniusz zwątpić. Wątpić bowiem nie jest niczym zdrożnym. I do tego przecież namawia Jelinek. Nie tylko w tej książce. Czyżbyśmy złapali ją na czymś? Czy raczej ona nas złapała na czymś? Hm.

Wiem jedno: żałosny się jakoś czuję po tej lekturze. Źle to czy dobrze? Trudno powiedzieć. I na tym chyba główny problem (zachwyt) z Jelinek polega.

Więcej TU.

czwartek, 16 lipca 2009

Wyrzucony z K-9 [wywiad ze Spencerem Quinnem]

Wakacje i rozleniwienie w pełni, a tymczasem ja przepytuje (ale bez naciskania!) autorów przeczytanych książek. Na przykład Spencera Quinna, autora "Na psa urok":

Po rozmowie ze swoją kotką (!) usłyszałem, że niemożliwe jest, by jakikolwiek pies został bohaterem książki. Głaskana pod szyją usiłowała mi wmówić, że psy łatwo ulegają wpływom, mają naiwność wpisaną w genach, poza tym są mało rozgarnięte i w sumie nie takie znowu inteligentne. Wspomniałem jej, że bohater Twojej książki - pies Chet - jest inny, ale nie chciała mi wierzyć. Zaproponowała, bym prowokacyjnie zapytał Ciebie, cóż takiego innego jest w tym "bohaterze". Więc pytam.

- Przede wszystkim nie wydaje mi się, by Chet był tak bardzo różny od innych psów. Wiadomo, nie jest on inteligentny w ludzkim (czy kocim) sensie. To, co on wnosi, to innego rodzaju wartości, takie jak odwaga, wierność i lojalność. Ale także optymizm. No, a poza tym mamy też jego wspaniałe poczucie smaku. Czy raczej - mówiąc po psiemu - zapachu. Jedną z kluczowych uwag, które tu należy poczynić, jest fakt, że Chet jest prawdziwym (chociaż zmyślonym) psem, a nie: mówiącym psem czy człowiekiem w psim kostiumie. Jest też psem, który prowadzi narrację w mojej książce. Psy mają bowiem wewnętrzną narrację swoich żywotów. Mało tego: wychodzi na to, że Chet okazuje się zapalonym gawędziarzem ubóstwiającym opowiadanie historii.

Całość dostępna TU i TU*.

*jak zwykle pomylone nazwisko i pomieszany lead, ale nieustannie serdecznie i czule pozdrawiam redakcję onet.pl.

niedziela, 12 lipca 2009

Jak w 1975 roku (i później) bawiono się

Gdyby Stanisław Barańczak prowadził bloga "książki najgorsze", to byłby hit. Lektura tomu o tym samym tytule (Znak, 2009) to szaleństwo języka, precyzja argumentacji, powaga złośliwości, a przede wszystkim kawał niezłej rozrywki.


Barańczak przez lata, na ogół pod zmyślnymi pseudonimami (Feliks Trzymałko i Szczęsny Dzierżankiewicz), pisał o książkach najgorszych, czyli na ogół o milicyjnych kryminałach, w których nie tylko roiło się od absurdów fabularnych i charakterologicznych, ale i pulsowały pod tkanką akcji niebezpieczne potworki językowe i stylistyczne. Ta druga sprawa zresztą chyba Barańczaka-poetę boalała najbardziej. Dlatego w jego krytykach najstraszniej brzmią cytaty, które mówią same za siebie: że dana książka to kit.

Niejako przy okazji Barańczak pozwalał sobie na ocenę sytuacji polskiego rynku wydawniczego. Dlatego przy każdym adresie bibliograficznym jest ilość wydrukowanych egzemplarzy (padają zresztą tu zdumiewające liczby: bywało bowiem i 200 tys. egzemplarzy w pierwszym rzucie), są też kosmiczne oficyny (np. Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej), no i rozpacz poety, który nie tylko nie mógł wtedy liczyć na druk, ale czasem miał w ogóle związane usta; o czym, rozpasani faktyczną wolnością słowa dzisiaj, zdarzy się nam zapomnieć. "Książki najgorsze" więc to także przykład tego, jak nie mówić, by powiedzieć jak najwięcej.

No, ale tak na pierwszym miejscu to bardzo poręczny bat na grafomanów. Aż miło się czyta :-)

sobota, 11 lipca 2009

31 rozdziałów

Wakacje, wakacje, wakacje. Nie radzę więc kombinować z Mannem i Joyce'em (kiedy indziej się wykażemy!), tylko sięgnąć po coś przytulnego. "Na psa urok" Spencera Quinna (WL, 2009).



Wydawnictwo reklamuje tę książkę jako kryminał, ale trochę nietrafiona wydaje się to etykieta, bo choć napięcie, zagadka i takie tam oczywiście w tej książce są, to jednak najważniejszy jest bohater i jego osobowość. Chet mianowicie, mieszaniec labrador, jest psem bystrym, chociaż wyrzuconym z elitarnego ośrodka K-9, gdzie szkolone są psy dla policji. Teraz, niejako w roli freelancera (podziwiamy i współczujemy), działa z Berniem - stanowczo mało rozgarniętym śledczym... No, ale od czego jest pies.

Pies-narrator to świetny pomysł, choć biedny musi być Quinn, bo teraz wszyscy wielbiciele czworonogów będą konfrontowali to, co napisał z tym, czego oni sami doświadczyli. A jest co konfrontować. Spokojnie mogę powiedzieć, że Quinn zna się na sprawie, to znaczy: zna się na psach i widać, że dość głęboko przebadał temat. Na próbkę jeden cytat. Pierwszy z brzegu niemal:

Szczekałem? Oj. Pewnie na Iggy'ego. Potem: królik z białym ogonkiem stojący całkiem nieruchomo na czyimś trawniku, strasznie biały ten ogonek w świetle księżyca. Aż mi się sierść zjeżyła na grzbiecie.

:-)

PS. Skoro jesteśmy wśród poważnych miłośników zwierząt (a nie tylko książek), to: http://www.zabilimipsa.pl/
.

czwartek, 9 lipca 2009

8 mln sprzedanych egzemplarzy (albo i wiele, wiele więcej)

Dziś w "Dzienniku Polskim" M. Woolf prawi o szwedzkim fenomenie, czyli trylogii "Millenium" Larssona. Tu dla zachęty kilka akapitów:

Początek pierwszego tomu, "Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet", jest, delikatnie mówiąc, niemrawy. Jakaś roślina (Leptospermum rubinette), jak co roku, dociera do jakiegoś osiemdziesięciodwuletniego staruszka, co, na pierwszy rzut oka, nie zapowiada emocjonujących wrażeń godnych dalszej porywającej lektury. Okazuje się zresztą, że liściki z roślinną przesyłką przychodzą od dawna... Na kilku stronach narrator rozczula się nad sprawą. Ot, taki obrazek. Że coś jednak nie gra, dowiemy się pod koniec tego roślinnego prologu. Mężczyzna wybucha bowiem płaczem. Znaczy: coś się dzieje. Albo przynajmniej: coś się stać musiało. Kiedyś. Gdzieś. Z kimś.

Początki - zwłaszcza powieści kryminalnych czy thrillerów - lubią być udziwnione, ale niewiele mówią o całej fabule. W tym przypadku jest podobnie, choć nie do końca (o czym zresztą nie napiszę już więcej, żeby nie psuć radości odkrywania).

Kolejne rozdziały w każdym razie to przede wszystkim prezentacja dwóch głównych bohaterów. Najpierw poznajemy Mikaela Blomkvista, dziennikarza i wydawcę magazynu "Millenium" (stąd nazwa trylogii); dziennikarza uznanego, cenionego i niemylnego, któremu niestety powinęła się noga. Zaraz potem poznajemy Lisbeth Salander. Kobietę niezwykłą i ze wszech miar, by tak rzec, niedopasowaną. Tak opisaną na przykład w książce:

"Lisabeth miała na sobie czarny t-shirt z podobizną ET o potężnych kłach, podpisaną I am also alien, czarną wystrzępioną spódnicę, czarną krótką kurtkę ze znoszonej skóry, pas nabity ćwiekami, toporne martensy i prążkowane czerwono-zielone podkolanówki. Twarz zdobił makijaż, którego skala kolorystyczna mogła świadczyć o daltonizmie dziewczyny. Innymi słowy: była wyjątkowo strojna".

Prawda, że urocza? :-)

A reszta TU i TU.

wtorek, 7 lipca 2009

16/17

Podwójny - a zatem sparowany, prawda? - numer "Krytyki Politycznej" znów wywrotowy. No bo jakże mogłoby być inaczej! Kiedy Jedna Strona zastanawia się, jak spiąć koniec z końcem i przynajmniej na poziomie oficjalnych zapisów (bo pod kołdrę - w myśl Tej Strony - nie zaglądamy przecież), o tyle Druga Strona zadaje pytanie: "Jeśli nie monogamia, to co?". Pytanie rozpaczliwie aktualne.


Nie będę streszczał całego numeru, bo po pierwsze - wszystko jest na właściwych stronach, po drugie - za dużo i za gęsto, a po trzecie - nie wszystko jeszcze przeczytałem. :-)

Niemniej jednak.

Niemniej jednak zacząłem po bożemu (wiem: to źle! ;-)) od wywiadu Sierakowskiego z Houellebecqiem. Wywiadu, który mnie specjalnie ani z jednej, ani z drugiej strony nie zaskoczył, ale jak zwykle w przypadku francuskiego pisarza - przygnębiająco nastroszył. Wynika momentalnie z niego bowiem dość ponury obraz rzeczywistości opartej w pewnym stopniu na nigdy nie zaspokojonych żądzach i pretensjach. Niby wiedziałem to od dawna, ale jakoś Houellebecq ma zdolność dotkliwego nazywania rzeczy po imieniu.

- Jestem brzydki; próbowałem wszystkiego, chirurgii plastycznej, nie zadziałało; turystyki seksualnej na Jamakce - wstydzę się tego, próba samobójcza.

- (...) Uważam, że ludzie rozwodzą się zbyt łatwo.

- Teraz praktycznie nie można mieć dzieci, bo rodzice muszą pracować, a w domach nie ma dziadków. Dlatego ludzie nie mają dzieci. Dlatego też zachodnie państwa przestaną istnieć.


Na szczęście jest też kilka świateł. Na przykład:

- Pana książki - uszczęśliwiają?
- Tak, oczywiście.

Myślę, że jak na pisarza, takie słowa to dość dużo. W sumie: bardzo dużo.

niedziela, 5 lipca 2009

magiczna granica 3 sekund

Nie mam czasu. Nie, przepraszam, jest jeszcze gorzej. Nie pamiętam wolnej niedzieli. Żeby tego było mało: czytam i się załamuję. Wszystko przez to: "Czas. Przewodnik użytkownika" Stefana Kleina (W.A.B., 2009):


Zacząć wypada od tego, że czas jest obecnie towarem deficytowym. Na Zachodzie przynajmniej. Jak opowiadał bowiem kiedyś Ryszard Kapuściński, w Afryce na przykład można się umówić z kimś na godz. 12 i przyjść o godz. 17. I co? I nic. Po prostu. Tu jest awantura o każde 5 minut. Taka rzeczywistość. Rzeczywistość, dodajmy, bardzo wroga spóźnialskim. ;-(

Ale oczywiście czas to sprawa o wiele bardziej skomplikowana. Klein wyjaśnia, jak "działa" czas przyglądając się mu od wielu stron. A to od takiej, jak go spostrzegamy w naszym umyśle; a to także od tego, jak świat nam się zmienia, gdy patrzymy na niego przez wąski pryzmat czasu. W książce pada dużo stwierdzeń oczywistych. Wtedy na przykład, gdy autor pisze, że inaczej czas płynie w mieście, inaczej na wsi. Jest też jednak dużo prowokujących stwierdzeń. O tym na przykład, że "teraz" nie istnieje (!).

Mnóstwo psychologii, czy wręcz medycyny i nauki szeroko pojętej, trochę historii i filozofii, ale także przykłady z literatury. Nie obcy Kleinowi jest zatem Tomasz Mann czy - co cieszy piszącego te słowa szczególnie - Joyce Carol Oates. Ta ostatnia pięknie pisała:

Czas jest żywiołem, w którym istniejemy. Albo on nas unosi, albo w nim toniemy.

Co prawda, to prawda.

sobota, 4 lipca 2009

6 razy Londyn

Letnich przyjemności ciąg dalszy. Tym razem fenomenalna Virginia Woolf. Ukazały się bowiem w polskim przekładzie "Widoki Londynu" (Prószyński i S-ka, 2009).

Virginia Londyn kochała. Uwielbiała jego wielkomiejskość, brytyjskość, nieswojskość. Czuła się wyśmienicie, gdy mogła drążyć swoje tunele uliczkami i pasażami. Z ambiwalentnym entuzjazmem przyglądała się również Londynowi nowoczesnemu i jego przemianom - dość gwałtownym w pierwszej połowie XX wieku.

Londyńskie portreciki z wydanej właśnie książki były pisane w zasadzie trochę z pasji, trochę z racji zarobkowych. Publikowano je pierwotnie w magazynie "Good Housekeeping" (!) na przełomie lat 1931-1932. W świecie, który wchodził w kolejną fazę ekonomicznego kryzysu i w przeddzień najstarszniejszego konfliktu zbrojnego XX wieku, Virginia Woolf potrafiła z finezją i gracją przyglądać się różnym, dosłownie, fenomenom. Na przykład domom wielkich ludzi, "zakupionym dla narodu i zachowanych w całości, z krzesłami, na których siadali, i filiżankami, z których pili, z ich parasolami i komodami". Albo opactwom i katedrom. I formułować zdania w charakterystycznej dla siebie poetyce: "Przystań, pomyśl, podziwiaj, zważ na swoje postępowanie - tak nam zawsze doradzają i tak nawołują te stare tablice".

Smakowita i urokliwa przekąska między arcydziełami. Doprawdy.

czwartek, 2 lipca 2009

13. po raz drugi [wywiad z Schulze]

O "Komórce" Ingo Schulze'a już pisałem. Teraz czas na rozmówkę. Fragment poniżej. A całość TU i TU.

Rolą sztuki jest w ogóle przyglądanie się rzeczywistości tak, by móc wykazać w niej pęknięcia. Należy przystanąć, zastanowić się i uzmysłowić sobie pewne sprawy. Proszę zauważyć, że zarówno w życiu codziennym, jak i w literaturze do powiedzenia czegokolwiek skłania nas sytuacja, w której zdarzy się coś niecodziennego. To jest moment zatrzymania i refleksji nad tym, co robię i jaka jest moja w tym rola. Opowiadanie "Komórka" jest jednym z wcześniejszych. Tam człowiek dopiero się zaprzyjaźniał z tą techniką. Badał ją i zastanawiał się, co w niej tkwi. My, mam na myśli moje pokolenie, jesteśmy w trakcie zapoznawania się z tą techniką. Natomiast dla moich dzieci to już część życia. To jest faktycznie bardzo ambiwalentne urządzenie, bo z jednej strony może ratować życie, a z drugiej zniszczyć więzi międzyludzkie.

środa, 1 lipca 2009

2 153 600 (?) mieszkańców

Przyjemnych książeczek nigdy za mało. Skwar i upał doskonale współgrają z przyjemną, łatwą narracyjką. O ile jeszcze książeczka niewielka objętościowo i formatowo - możemy czuć się usatysfakcjonowani.

Wszystkie te warunki spełnia "Paryż śladami pisarzy" (Noir Sur Blanc, 2009) Jeana-Paula Caracalli.

Pomysł na tę książeczkę był, zdaje się, banalnie prosty i dość przyjemny. Chodziło o prześledzenie perypetii mieszkaniowych i lokalizacyjnych wybranych pisarzy, którzy mieli to szczęście, że z Paryżem - na krócej bądź dłużej - związali się. Jest tu więc Stendhal, miłośnik Włoch, który w Paryżu czuł się z początku obco i mało komfortowo, a o ludziach mówił: "Wolę wroga niż nudziarza". Obok pojawia się Balzac, pochłonięty marzeniami o sławie i miłości, ale też poszukujący w pewnym momencie swojej biografii "gustownego pałacyku z dziedzińcem i ogrodem". I jeszcze Flaubert, który w Paryżu czyni notatki z myślą o "Szkole uczuć". Jak na pisarza-dokumentalistę przystało.

Caracalla wędruje po Paryżu bez napinania muskuł pamięci i ścięgien skrupulatności. Zorganizowana przez niego wędrówka to raczej spacer czy marsz, a nie maraton. Ta książeczka nie jest więc gotowym przewodnikiem, a bardziej zachętą do spojrzenia na miasto (i literaturę) nieco inaczej.

Nic wielkiego a cieszy.