Dziś w "Dzienniku Polskim" M. Woolf prawi o szwedzkim fenomenie, czyli trylogii "Millenium" Larssona. Tu dla zachęty kilka akapitów:
Początek pierwszego tomu, "Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet", jest, delikatnie mówiąc, niemrawy. Jakaś roślina (Leptospermum rubinette), jak co roku, dociera do jakiegoś osiemdziesięciodwuletniego staruszka, co, na pierwszy rzut oka, nie zapowiada emocjonujących wrażeń godnych dalszej porywającej lektury. Okazuje się zresztą, że liściki z roślinną przesyłką przychodzą od dawna... Na kilku stronach narrator rozczula się nad sprawą. Ot, taki obrazek. Że coś jednak nie gra, dowiemy się pod koniec tego roślinnego prologu. Mężczyzna wybucha bowiem płaczem. Znaczy: coś się dzieje. Albo przynajmniej: coś się stać musiało. Kiedyś. Gdzieś. Z kimś.
Początki - zwłaszcza powieści kryminalnych czy thrillerów - lubią być udziwnione, ale niewiele mówią o całej fabule. W tym przypadku jest podobnie, choć nie do końca (o czym zresztą nie napiszę już więcej, żeby nie psuć radości odkrywania).
Kolejne rozdziały w każdym razie to przede wszystkim prezentacja dwóch głównych bohaterów. Najpierw poznajemy Mikaela Blomkvista, dziennikarza i wydawcę magazynu "Millenium" (stąd nazwa trylogii); dziennikarza uznanego, cenionego i niemylnego, któremu niestety powinęła się noga. Zaraz potem poznajemy Lisbeth Salander. Kobietę niezwykłą i ze wszech miar, by tak rzec, niedopasowaną. Tak opisaną na przykład w książce:
"Lisabeth miała na sobie czarny t-shirt z podobizną ET o potężnych kłach, podpisaną I am also alien, czarną wystrzępioną spódnicę, czarną krótką kurtkę ze znoszonej skóry, pas nabity ćwiekami, toporne martensy i prążkowane czerwono-zielone podkolanówki. Twarz zdobił makijaż, którego skala kolorystyczna mogła świadczyć o daltonizmie dziewczyny. Innymi słowy: była wyjątkowo strojna".
Prawda, że urocza? :-)
A reszta TU i TU.