niedziela, 30 sierpnia 2009

5. ewangelia

Michel Faber zaskakuje. Pozytywnie. Tym razem z prozą lekką, rozrywkową, na jedną noc, choć prowokującą do dyskusji na dłużej. "Ewangelia ognia" (W.A.B., 2009) tylko pozornie jest taka lekka.



Theo Gripenkerl ma szczęście (albo i nie) znaleźć się w okolicznościach, które zamienią jego dość przewidywalne życie szarego językoznawcy z nadwagą w uwielbianą przez atrakcyjne agentki literackie i redaktorki (o fankach nie mówiąc) gwiazdę telewizji. W jednym z irackim muzeów odnajduje on tzw. piątą ewangelię. Nieduży tekst z dołożonymi opracowaniami zostaje wydany przez małą oficynę naukową i staje się niemal natychmiast bestsellerem.

Życie Theo się więc zmienia, ale wcale nie na lepsze. Ostatecznie pisarz przetrzymywany jest przez dwójkę terrorystów, którzy maltretują autora "Piątej ewangelii" podobnie jak dwa tysiące lat temu inni znęcali się nad nowotestamentowym bohaterem. Tekst odkryty przez Theo i tekst, w którym Theo jest bohaterem nakładają się na siebie. No, prawie się nakładają. Bo i kontekst, i sytuacja, i gatunek różne.

Zabawna, z werwą opowiedziana historia zadziwi wszystkich miłośników następcy Fabera, którzy kochają go za rozlany fabularnie "Szkarłatny płatek i biały". Ale niech pozory nas nie zmylą. Wsunięta między zdania i formę ironia oraz wyrażona wprost w niektórych obrazkach satyra to kąśliwy komentarz na współczesny stan rynku bestsellerów: byle jakie wydawnictwa, byle jakie książki, byle jaki kontakt z publicznością i - niestety - byle jakich czytelników. A, generalizując: im większe wyniki sprzedaży, tym gorzej.

Ale cóż.

Czasy obyczajów wydawniczych i osobowości Barbary Cartland chyba nie wrócą prędko ;-)))

czwartek, 27 sierpnia 2009

70-letni pisarz i 19-letni chłopak

Kilka całkiem przyjemnych chwil spędzonych nad książką "O miłości i śmierci" (Świat Książki, 2009) Patricka Sűskinda skutkuje różnymi refleksjami.

Stosunek do miłości autora "Pachnidła" nie jest jednak taki chłodny i wykalkulowany (...). Zdaje sobie on przecież sprawę z irracjonalnej natury zakochania. Niemiecki pisarz stwierdza na przykład: "Za miłość zawsze płaci się utratą rozsądku, rezygnacją z własnego 'ja' i wynikającym z tego ubezwłasnowolnieniem. Najczęściej rezultatem jest narażenie się na śmieszność, w najgorszym razie katastrofa o wymiarze światowym". W innym miejscu czytamy znowu: "W zakochaniu i w miłości objawia się spora porcja głupoty".

Po co się zajmować miłością zatem? Tu odpowiedzi nie są jednoznaczne, a raczej przychodzą z mądrości doświadczenia przeszłości i rozpoznania natury ludzkiej. Miłość to przecież jedna z najbardziej powszechnych tęsknot, czasem spełnionych, choć - fakt - nie zawsze.

Więcej TU.

I jeszcze załącznik dla tych, którzy JUŻ PRZECZYTAJĄ ;-)



piątek, 21 sierpnia 2009

odwalam czterdziestkępiątkę

Entuzjazm przechodził w rozczarowanie, śmiech w znużenie, a blask jakoś tak płowiał. Z każdą stroną. Ze smutkiem to piszę, bo książka jest autorstwa Michała Witkowskiego. "Margot" (Świat Książki, 2009) się nazywa, ale ani ten tytuł, ani nawet róż na okładce nie ratuje tego, co w środku.


Rzecz zasadniczo - gdyby ją streścić - jest o życiu obyczajowym ludzi w podróży. Życiu ciekawym, bez wątpienia. Dwa najbardziej błyskotliwe przykłady użyte przez Witkowskiego to: tiry (i cała z nimi otoczka związana), a także kariera (to także pewna droga w końcu) w show-bizie polskim A.D. 2008/2009. Tematy więc fajne, zwłaszcza pierwszy - dość oryginalny i przez literaturę polską jakoś niewyeksploatowany. A w sumie symboliczny. I przyznam szczerze, że pod tym względem książka Witkowskiego jest poznawczo rozwijająca. Cudne są obserwacje dotyczące hierarchii busiarzy, ich dość wątłego życia duchowego, a za to bogatego życia fizjologicznego (z seksem i lekko poprzesuwanym porządkiem dnia na czele). Dużo też ciekawych zwrotów i powiedzonek. Chociaż: kto wie, ile wymyślił z tego sam Witkowski. ;-)

Trochę gorzej i trochę już nudniej - przynajmniej jeśli o twórczą stronę całego "Margot-przedsięwzięcia" chodzi - jest w części, w której rzekomo ma być opisany świat show-bizu. To znaczy świat ów opisanym jest - z "Vivą!", Jolą Rutowicz, Robim Leszczyńskim i "Utopią" - lecz dowcip jakiś taki ni cierpki, ni słodki, fraza trochę przewidywalna, obrazowanie skąpe. Licho, jednym słowem mówiąc, wypada ta część, która powinna być może nawet lokomotywą całości.

Witkowski podobno miał pomysł, by całość była skierowana do masowego odbiorcy. Sam w sobie projekt to zły nie jest, ale czytając ten tekst, miałem multum wątpliwości, czy autor gotów był do tego jednak - bądź co bądź - trudnego zadania, jakim jest uśmiechanie się do tłumów. Owszem bowiem: język prosty, zdania krótkie, akapity błyskotliwe, emocje powszechne, refleksja ograniczona do minimum - te warunki zostały spełnione. Jednocześnie jest coś jednak nieautentycznego w tej fabule i konstrukcji całości. Mówiąc jeszcze dosadniej - jest to tak napisane momentami, jakby Witkowski Michał cieszył się tylko z pieniędzy, które dostanie od ewentualnych tłumów, które rzucą się na jego opowieść różem i blichtrem posypaną.

Płytka to radość, która płytkie historie napędza.

Z przykrością to piszę, nieustannie hołd oddając "Lubiewu", które - widzę to coraz mocniej - naprawdę wielką sprawą w dorobku Michała Witkowskiego było.

wtorek, 18 sierpnia 2009

maj 1918 roku

A może tak przenieść się do innej epoki ? Matura, rok 1918, małe prowincjonalne miasteczko. "Zbuntowani" (Czytelnik, 2009) Sandora Maraia.


Ta niewielka objętościowo książka (niewielka, ale czyta się ją dłużej od parosetstronicowych romansów!) to historia praktycznie jednego dnia z życia pewnej bandy. Chłopcy - w tym jeden wyraźnie będący alter ego pisarza - piją palinkę, palą papierosy, kradną dla samych kradzieży (!), a nade wszystko buntują się przeciwko prawom rzeczywistości starszych. Rebelianci albo anarchiści - mógłby ktoś powiedzieć. Choć jednocześnie chłopaki doskonale zdają sobie sprawę, że ta chwila się kiedyś skończy. Pójdą przecież - podobnie jak ich ojcowie i inni starsi mężczyźni - na front. Będą walczyć. Jak wszyscy. Tragiczny, albo tragikomiczny los.

Dorosłych nie określali żadnym szczególnym oznaczeniem. "Oni" - rozumiało się samo przez się, kim byli.

W "Zbuntowanych" poza oporem najbardziej urzekająca dla czytającego ten pochodzący z lat 30. ubiegłego wiek tekst jest fabularna atmosfera. Na wskroś mieszczańska, tradycjonalistyczna. Politycznie mało wywrotowa, ale urzekająca. Może także dzięki swojej anarchistycznej posypce.


No i - to już standard - dużo świetnych zdań do sztambucha. Jeden z moich ulubiuonych fragmentów brzmi tak:

Gra była dla niego przymusem, podobnie jak dla nich było nim prawo. Możliwe, że prawdziwe gesty życia aktor wykonywał tylko wtedy, gdy grał; oni też uważali swoje ukryte za codziennoscią życie za znacznie prawdziwsze od wszelkich realiów.

środa, 12 sierpnia 2009

Zegar na gmachu sądowym wybił 7 razy

O Bradburym mówią, że gigant. "451 stopni Fahrenheita" i "Kroniki marsjańskie" to dla nich główne argumenty. Czy teraz dołożą do tego kolejny: zbiór "Ilustrowany człowiek i inne opowiadania" (Świat Książki, 2009)?

Szczerze powiedziawszy: wątpię.

Ten zawierający 21 tekstów zbiór to przede wszystkim bowiem doświadczalny poligon pisarski. Bradbury wplatając w fabułę Adolfa Hitlera, Mesjasza, Charlesa Dickensa, Williama Szekspira, ale także typowe dla niego postaci amerykańskiej prowincji czy dziwne stwory (smoki itd.), nie mówi, ani nie pokazuje nic specjalnie nowego. Ot, całkiem gęsty koktajl pomysłów i zgrabnych akapitów. To nie jest mało, ale też gigantycznie dużo nie jest.

Choć warto te teksty z pewnością poznać.

W opowiadaniach Bradbury'ego lubię w sumie nie tyle wyobraźnię, co wręcz filmową czy telewizyjną umiejętność przerzucania się zdaniami w dialogach. Mało - lubię. Ja tej umiejętności mu chyba po prostu zazdroszczę. :-)

No i jeszcze coś - prawie dla Jerzego Pilcha, testera pierwszej strony. Bradbury ma niebywałą umiejętność pobudzania słuchowo-smakowo-zapachowego. Kilka przykładów tutaj:


Zegar na gmachu sądowym wybił siedem razy. ("Całe miasto śpi")

Fiorello Bodoni budził się co noc i wsłuchiwał w podszept statków kosmicznych na ciemnym niebie. ("Rakieta")

Wiszące w słońcu kawałki surowego mięsa zbliżały się do nich, tętniąc od upału. ("Krzyk kamienia")

Późną nocą usłyszał płacz dobiegający z trawnika przed domem ("Kobieta na trawniku")

I tak dalej, i tak dalej.


W sumie: dobry przykład tekstów do ćwiczeń z kompozycji opowiadań :-)

sobota, 8 sierpnia 2009

Lozanna, 30 stycznia 1997

Wakacyjnych lektur na upalne dni ciąg dalszy. Tym razem coś nieco bardziej zwiewnego: "Lekcja tańca" Katarzyny Krenz (WL, 2009).


W skrócie mówiąc - to lekcja nie tyle tańca, ale życia. Życia pełnego pasji (balet), świeżego (bohaterką jest ledwie nastoletnia, a potem dwudziestoletnia Julia), niepewnego, jak niepewny jest los.

Główna bohaterka o imieniu stworzonym do największych i zarazem najbardziej tragicznych namiętności jest miotana między realizowaniem swoich pasji (jest piekielnie konsekwentna, to trzeba jej przyznać) a tlącymi się nieustannie w tle emocjami: pierwszą miłością, poczuciem pustki i samotności. Pomocni okazuje się rodzina. Rolę przyjaciółki, ale też wielkiej artystycznej mentorki spełnia tu w spektakularny wręcz sposób cioteczna babka Julii, Tamara Parnell. W listach adresowanych do głównej bohaterki pisze ona o gorzko-słodkim smaku sukcesu i realizowania własnych ambicji. Pisze momentami bardzo ciekawie.

Ciepła, uspokajająca książka, jakiej życzymy sobie na ciepły, uspokajający wieczór letni :-)

I jeden z moich ulubionych fragmentów. Kodeks młodej Julii i jej przyjaciółki z klasy tanecznej:

1. Balet jest najważniejszy.
2. Na zniechęcenie i anemię najlepszy jest kogel-mogel (sprawdzona kuracja Galiny Ułanowej).
3. Na brak wiary pomaga lektura życiorysów wielkich tancerek (Maja Plisiecka została primabaleriną dopiero koło czterdziestki).
4. Regularny tryb życia i zdrowa żywność to podstawa (żadnych używek i hamburgerów).
5. Dyskoteki są szkodliwe dla rozwoju duchowego tancerki (w przeciwieństwie do filharmonii i opery, które są bardzo wskazane).
6. W czasie wakacji powinny obowiązkowo studiować encyklopedię tańca (jedno hasło dziennie).
7. Zimna woda hartuje i wzmacnia siłę woli.
8. Nic nie może przeszkodzić w drodze do celu.

piątek, 7 sierpnia 2009

ponad 350 tys. egzemplarzy [rozmowa z Małgorzatą Kalicińską]

Zastanawiało mnie, czy w tym wszystkim nie jest Pani za gładka? Że wiele rzeczy przychodzi za łatwo... zwłaszcza Pani bohaterom? Bo przecież przy naprawdę ważnych sprawach trzeba się jednak pomęczyć, prawda?

- Oczywiście. Czasami trzeba nawet iść pod prąd. Najprostszym przykładem jest tu rozstanie Gosi i Konrada, które burzy krew niektórym kobietom, bo sądzą one, że to jest za proste i za łatwe. Gosia i Konrad nie rozstają się z powodu dramatycznego zajścia. Tu zdrada nastąpiła po jednej i po drugiej stronie. Materiał zetlał, od lat żyli na wyspach.

Nie kochali się. Takie życie...

- W związku między ludźmi, w którym nie ma miłości, brakuje miejsca na zazdrość. Chyba, że zazdrość wynika z niedowartościowania. Wielu ludzi zżera zazdrość, ot tak po prostu - z łaski na uciechę. Ale nie Gosię. Ona miała po prostu na tyle odwagi, by zrezygnować z tego zimnego, chłodnego układu z przyzwoitym facetem, z którym było jej nie po drodze. Dla takiej dobrotliwej skądinąd Gosi jest rzeczą pocieszającą, że Konrad nie będzie sam, tylko z Adą. Kiedy ja to tłumaczę kobietom, to niektóre z nich mówią "aha". I tyle. Bo rozumieją. Ale są też takie, które mówią "ja tego nie rozumiem, tego bym nie przeżyła". Zastanawiam się - dlaczego?

Ano właśnie.

- Marzy mi się taka sytuacja, w której ludzie decydują się rozstać jak bohaterowie "Domu nad rozlewiskiem". Można się tak mądrze rozstawać przecież, z klasą. Chciałam stworzyć o tym osobną książkę z Hanką Lemańską, która pisała o tym "Jak, będąc kobietą w pewnym wieku, zniszczyć życie sobie i innym". Ale Hanka umarła. Muszę się więc kiedy indziej do tego zabrać, w innych warunkach.

Napisałaby Pani tam, że strach jednak często wiąże ręce.

- Myślę, że tak, ale dołożyłabym do tego jeszcze wyuczoną zawiść. Zazdrość jest bowiem dobrym uczuciem, a zawiść - złym. Tej zawiści uczymy się ze świata zewnętrznego. To chyba polska cecha.

Jest taki dowcip dotyczący Polaków. Pan Bóg zszedł z nieba, spotkał zapłakanego Francuza, posiadacza stada krów, które mu się pochorowały. Jego sąsiad ma tymczasem piękne, zdrowe stado. Pan Bóg spytał, co może dla Francuza zrobić. Ten od razu odpowiedział, że chce mieć taką samą hodowlę. Potem spotkał Anglika - i ten mu podobnie odpowiedział. Wreszcie Pan Bóg spotkał Polaka. Ten mu powiedział, że on ma dwie świnie, a Wiśniewski ma ich piętnaście. Bóg pyta, co może dla Polaka zrobić. A ten odpowiedział: "Spraw Panie Boże, by świnie temu Wiśniewskiemu wyzdychały co do jednej".

Straszne!

- To jest właśnie ta polska, wyuczona zawiść. Małe dziewczynki siedzą w domu, oglądają telewizję i ich ulubionym słowem jest "beznadziejne". "Ona jest beznadziejna!", "Popatrz jak ona beznadziejne śpiewa!", "Jaką on ma beznadziejną fryzurę!". Uczymy się tego od dzieciństwa. I to jest dopiero straszne. Matki nie reagują. Szkoda.

Więcej TU.

środa, 5 sierpnia 2009

ul. Lizbońska 2/62

Bez dwóch zdań warto przeczytać "Chamowo" Białoszewskiego (PIW, 2009). Jutro o tym w "Magnesie" a już dzisiaj na onecie. Stamtąd fragment:

"Jednym z głównych zarzutów ówczesnych krytyków pod adresem prozy Białoszewskiego było przerażająco w świecie silnych wrażeń i absolutnego zaangażowania brzmiące słowo: nuda. Bo i faktycznie, treści i rozrywek w błyskotliwo-bogatym stylu tej prozy czytelnik nie uświadczy. Zdania się ciągną i rwą jak makaron włoski, narracja przystaje, by przyjrzeć się mało istotnym szczegółom, a myśl Białoszewskiego ciągle gdzieś umyka – do innego świata, za którym tęskni narrator i który nie jest dostępny w rzeczywistości twardych zdań, zdecydowanych kropek i wyrazistych sądów. Trochę mgły, trochę sentymentu, banalne wnioski, zwykłe-niezwykłe przemijanie i proste czynności, o których tak ujmująco umie pisać Białoszewski. Dziwiąc się samemu sobie"

niedziela, 2 sierpnia 2009

Paryż-Tunis 2005/2006

Mocna rzecz, choć jednocześnie bardzo kameralna. Intymność spotyka się tu z tym, co polityczne. Obyczajowość - z pragnieniem bycia samą sobą. Choć w pewien sposób także dla innych. "Smak miodu" Salwy an-Nu-ajmi (W.A.B., 2009) robi wrażenie. Silne.


Ta niewielka objętościowo książeczka to 11 fragmentów fabularnie układających się w opowieść o przygotowaniach do referatu na temat erotyzmu. Śladów owego szuka narratorka w tekstach klasyków islamu. Czyta je ona na nowo - wydobywając niezwykłą zmysłowość, do której nie przywykliśmy w myśleniu o świecie muzułmańskim po 11 września. Ale nie o polityce to książka, choć polityczny aspekt też jest ważny. To książka o zapachach, wydzielinach, zmysłowych ruchach i posunięciach.

Obejmował mnie za zamkniętymi drzwiami, kiedy się żegnaliśmy, ale nie mogliśmy się rozejść. Całował mnie i całował, i nie mogliśmy się rozstać. Klękałam przed nim, przytulałam się do jego łona, chciałam, żeby wypełnił moje usta, prawie się dusiłam, a on się powiększał. Spijałam jego soki do ostatniej kropli, po czym podnosiłam oczy ku górze, by ujrzeć tę przepełnioną rozkoszą twarz, obserwować jego drgające ciało, podczas gdy on dłońmi mierzwił moje włosy.

I tego typu cytatów pełno w tej książce :-)

Gdy się przyjrzeć bliżej tekstowi, to prędko okazuje się, że, co pociąga najbardziej w "Smaku miodu", to nie tyle fascynacja obcym i niedostępnym nam. Myślę, że, generalizując, chodzi tutaj raczej o zderzenie zachodniej kultury racjonalizmu z wschodnią zmysłowością, którą odkrywamy w sobie - gdzieś przykurzoną, poukładaną, stłamszoną. Innymi słowy mówiąc: ta książka nie traktuje o czymś obcym, ale o czymś, co jest w nas, choć tak bardzo ściągnięte do gry pozorów grzecznego mieszczańskiego społeczeństwa. Stąd tak mocno uwodząca świeżość tego tekstu.

I stąd hit.

Bo najlepsze książki to takie, w których ktoś mówi za nas o czymś, czego sami czasem boimy się lub nie chcemy nazwać.