środa, 30 września 2009

Mendoza, rocznik 1943 ;-)

Jeszcze na chwilę powracam do Eduardo Mendozy. W miesięczniku "Kraków" (wrzesień 2009) ukazała się właśnie rozmówka z nim o niepokojącym ;-) tytule "Czasem oczekiwania blakną". Tutaj fragmencik:

- Bohater Pańskiej ostatniej książki, Pomponiusz Flatus, ładnie mówi o micie: że to kłamstwo nieistotne, wymyślone przez poetów, by zbawić pospólstwo. I że filozof nie powinien zwracać nań uwagi. Tak się zastanawiam, czy pisząc książki, czuje się Pan bardziej jak poeta, czy jednak jako filozof?

- Właśnie nie wiem. Bo chyba jestem w połowie filozofem, a w połowie poetą. A gdybym musiał już wybierać, to chyba wolałbym zostać filozofem. Kocham mity, ale bardziej cenię studiowanie ich charakteru i dochodzenie do prawdy. Fascynuje mnie odpowiedź na pytanie, skąd one pochodzą i jakie uczucia wywołują w nas te konkretne historie. Bo przecież nie chodzi tylko o opowiedzenie historii, prawda? Ważne jest także, by opowiedzieć ją w taki sposób, dzięki któremu wydobywamy coś ze swojego wnętrza i czynimy to zgodnie ze swoją wolą. Sam pan więc widzi – ciągnie mnie bardziej w stronę filozofa niż poety...

- Doskonale to rozumiem, choć delikatnie pozwolę sobie zwrócić uwagę na to, że poeta ma ponoć władzę odkrywania lub zakrywania prawdy. Na przykład pod podszewką skrzącej się humorem powieści.

- A z tym się chyba nie zgodzę. Nie sądzę bowiem, by ktokolwiek miał taki rodzaj kontroli nad mitami. One się gromadzą w przeciągu wieków. Jest w tym coś mistycznego. Te opowieści oczywiście się zmieniają wraz z upływem czasu i zawsze jest ktoś, kto je kolekcjonuje. Tym kimś może być poeta, ale także rzeźbiarz, malarz, muzyk... Ale nikt tym nie zarządza. Nie wierzę w to.

- Wróćmy zatem to kwestii kłamstwa, poważniejszej, ale też i sporo o niej w książce. Pomponiusz na przykład prawi, że kłamać trzeba, gdy mamy do zrealizowania jakieś zadanie lub projekt i wtedy musimy zmieniać naszą tożsamość. Na marginesie - bardzo ładne wytłumaczenie, dlaczego się pisze książki. Swoją drogą: siadając do konstruowania fabuły, czuje Pan odpowiedzialność za czytelników?

- Oczywiście. Jednocześnie jednak staram się - na tyle, na ile potrafię - zapomnieć o czytelnikach. Każdą kolejną książkę piszę niejako więc w taki sposób, jakby była ona moją pierwszą. Staram się skupiać jedynie na konkretnej historii i charakterach. Gdybym miał się zastanawiać nad tym, czego spodziewają się czytelnicy po mojej książce – co będą myśleć, czy się śmiać, czy płakać – to by mnie paraliżowało. Praca nad powieścią to rodzaj formowania fabuły, charakterów i własnych oczekiwań wobec tego, czym ma być ostatecznie to, co piszemy. To bardzo trudny proces. Nie da się go zaplanować. Tym bardziej jednak nie da się zaprogramować, jak zareagują czytelnicy. (...)

wtorek, 29 września 2009

Przed 40. urodzinami

Czytam "nową" Aglaję Veteranyi zredagowaną przez Katarzynę Leszczyńską. Czytam też redaktorski wstęp dotyczący życiorysu. Czytam bardzo powoli, choć myśli mam szybkie. Tak chyba najlepiej się poznaje "Kto znajduje, źle szukał" (Czarne, 2009).


Książka składa się z kilku części. Najbardziej obszerny fragment to zbiór tekstów Aglai. "Nie mam nic do powiedzenia, ale mówię to wyraźnie" - zapis z jednej ze sławnych pocztówek zaprojektowanych przez Vereranyi - posłużył jako tytuł. Druga część to dwa wywiady i notatki do spotkania artystycznego PhiloThink w Baden. Trzeci rozdzialik to opowieść o Aglai. Teksty tu zawarte wygłosili m.in. Gabriele Markus, przyjaciółka, i Jens Nielsen, niegdyś student a potem partner Aglai, podczas wieczoru pożegnalnego w Teatrze Neumarkt w Zurychu. Wreszcie jest część tekstów-zabaw z przyjaciółmi, a zbiór domykają, jak to pięknie nazywa Leszczyńska, "upominki" literackie dla Aglai.

Ogromne wrażenie - z różnych względów - robi wstęp, który jest zarazem wprowadzeniem w biografię Aglai Veteranyi. To opowieść o jej rumuńskim pochodzeniu i wynikających z tego, gdy już osiedliła się potem na stałe w Szwajcarii, problemach tożsamościowych (nie tylko związanych z różnicy języka i kultury). O odrzucanych kilkadziesiątkrotnie (!!!) rękopisach jej tekstów. O morderczej pracy, w którą potrafiła zatopić się bez pamięci. O tym, jakim była wampirem energetycznym. O tym wreszcie, jak nieszczęśliwie nie doczekała swoich 40. urodzin.

Tych tekstów - włącznie z pierwszym, najbardziej "spokojnym", bo pióra redaktorki - nie czyta się bez emocji. Raz po raz odnajduję w nich coś niesamowitego, co przemawia do mnie bardzo mocno: ten rozpaczliwy rodzaj pretensji do świata o obojętność albo smutek splątany z niezgodą na przemijanie.

To także książka o tym, co czyha na tych, którzy zdecydują się przekroczyć granicę między literaturą a życiem. Granicę bardzo niebezpieczną, jak się okazuje.

czwartek, 24 września 2009

Podwójne, potrójne, poczwórne... życia bohaterów

Alain Mabanckou, autor "Kielonka" i "African Psycho" (Karakter, 2009), opowiada o gangsterstwie. Literackim gangsterstwie. Dzisiaj na łamach "Magnesu" w "Dzienniku Polskim":

- Gdybym miał w wielkim skrócie określić Pańskie książki, to użyłbym słowa "bunt". Co Pan na to?

- Bardzo mi to słowo pasuje. Moje postaci są bowiem faktycznie postaciami superzbuntowanymi. Żyją w społeczeństwie, które nie przyznaje im tego właściwego miejsca, choć przecież na nie zasługują. Z tego też względu muszą oni wymyślać swoje egzystencje. Stają się pijakami, seryjnymi mordercami, nieudacznikami. Wszystko dlatego, że zasady, wedle którego funkcjonuje społeczeństwo, decyduje o ich odrzuceniu. Jednak dodałbym, że moje pisarstwo nie tylko jest buntownicze, ale i chuligańskie. Chcę opowiedzieć w ten sposób o ulicach i miejscach w Afryce. Można zresztą powiedzieć, że dzięki temu narodziły się postaci, które dążą do rewolty.
(...)

Więcej (niestety za płatnym dostępem) TU.

środa, 23 września 2009

zegarek za 6 tys. złotych

Hanna Samson, autorka "Flesza", opowiada na portalu polityka.pl o popświadomości:

(...) Może po prostu nasze życie jest na tyle nudne, że musimy się podpierać innymi. Na przykład gwiazdami.

Nie wiem, czy tu chodzi o nudę. Sądzę, że gwiazdy stanowią jakieś punkty odniesienia. Patrząc na nie sprawdzamy, w jakim jesteśmy miejscu. Możemy cieszyć się, że nie jesteśmy gwiazdami, bo nie mamy oto takich problemów jak one. Ale możemy też myśleć sobie, że mam taki sam telefon jak gwiazda, więc jestem podobna. Możemy z tego robić różny użytek. Czasami czujemy się lepiej, a czasami się pognębiamy. Ale przede wszystkim czujemy się blisko tych gwiazd. Moje bohaterki bardzo przeżywają losy ludzi, o których czytają. Mówią na przykład o Angelinie Jolie - Angie. Jedna z nich traktuje ją jak siostrę... Te gwiazdy stanowią standard sukcesu i do nich się porównujemy, a nie tworzymy własnych standardów.

Jakieś to smutne, co Pani teraz mówi.

Ale o to chodzi w mojej książce. Że gdzieś gubimy własne punkty odniesienia, hierarchie wartości. Że nie my wyznaczamy kryteria w naszym życiu. My bierzemy to wszystko z zewnątrz. Te moje bohaterki bardzo się różnią od siebie, a jednak to, co jest wspólne, to wyobrażenie sukcesu i stylu życia.

Rozumiem je, bo z drugiej strony chcemy przecież być dopasowani i mieć poczucie, że uczestniczymy w grze, która się nazywa rzeczywistość.

Tyle że ta gra jest kiepska. (...)


Całość TU.

wtorek, 22 września 2009

18 maja 1690

Do bardzo niespiesznego czytania. I z wyraźnym wskazaniem, że to już TEN czas. Chłodnych wieczorów i nostalgii za ciepłem. Tak właśnie w skrócie sprawy się mają, gdy mowa o "Odruchu serca" (Albatros/Kuryłowicz, 2009) Toni Morrison.



"Odruch serca" to opowieść snuta na wielu poziomach i w wielu narracjach. Mówią, co ważne - ale i nie dziwne w przypadku Toni Morrison, kobiety. Niewolne, nierozumiane. Nieszczęśliwe też. Mające jednak dar pięknego, poetycznego opowiadania o sobie. Niemal religijnego.

Morrison podsłuchuje w ten sposób nastoletnią czarnoskórą niewolnicę czy sprowadzoną za pieniądze do Ameryki młodą żonę. Rzecz zasadniczo dzieje się w Stanach Zjednoczonych w XVII wieku, a więc na tle ważnych historycznych wydarzeń i przemian społecznych (niewolnictwo!). Fotografowana jednak przez narratorki rzeczywistość rozkrusza Wielką Narrację Przeszłości. Morrison, celowo, pisze o drobiazgach. A raczej "drobiazgach". Bo w czułości wobec detali kryje się i feministyczny bunt, i postkolonialny opór.

I jeszcze to pierwsze zdanie z książki:

Nie bój się.

PS. A jako bonus - krótki wywiad z Autorką o książce ze strony "The New York Times".

piątek, 18 września 2009

90.

Za chwilę, w październiku, ukaże się wznowienie "Tożsamości i różnicy. Esejów metafizycznych" (Znak, 2009) Barbary Skargi. Prof. Skargi, która dzisiaj odeszła w wieku 90 lat.



Mam starsze wydanie tej książki. Jeszcze z 1997 roku. Kupione bodaj w księgarni taniej książki w Krakowie przy Brackiej. "Druk z diapozytywów wydawcy: Drukarnia Platan, Kryspinów 189" :-).

Tam pozaznaczane kilka cytatów m.in. z tekstu tytułowego. Książkę czytałem dobrych kilka lat temu na fali intensywnego zainteresowania tożsamością (i różnicą też). Mało z tego rozumiałem, ale twardo zakreślałem. Wśród podkreśleń ołówkiem 0.5 mm między innymi zdanie takie:

Historia to dzieje zapominania o byciu.

To było coś a propos Hegla wyjaśnianego przez Heideggera.

I jeszcze gdzie indziej cytat z udziałem Kołakowskiego:

Gdyby nawet udało się psychoanalitykom wyjaśnić, w jaki sposób (...) animalne funkcje rodzą nasz psychizm, jak z pragnienia pożywienia lub seksu, obecnego w każdej istocie żywej, wyłania się pragnienie piękna lub czynienia dobra, to trawestując znaną wypowiedź Kołakowskiego zauważymy, że żaden pies, mimo obecności owych naturalnych pragnień ciała i zdobytej przez tresurę umiejętności ich powstrzymywania, nie napisał "Fenomenologii ducha".

Dziś, po latach, kartkuję ten pokreślony egzemplarz i trochę żałuję, że czytałem tak nieuważnie.

czwartek, 17 września 2009

1/3 kota

Sentymentalna podróż do rozgwieżdżonego Lema, o której już trochę pisałem, za chwilę się objawi w pełnej krasie w księgarniach. Tymczasem dzisiaj na stronach "Magnesowych" "Dziennika Polskiego" wywiad z autorem opowieści, synem pisarza, Tomaszem Lemem. Swój tekst o ojcu, w kategoriach literackich, określił on jako "film Bergmana podszyty wielkim poczuciem humoru". :-)


Fot. (c) Wydawnictwo Literackie

Ale najciekawsza musiała być odpowiedź dotycząca legendarnego pojazdu napędzanego psami i kotami.

Pojazd był nieduży. Pod maską, zamiast silnika, przypięty do samochodu znajdował się w uprzęży pies, a zamiast chłodnicy - kot. Pomiędzy nimi - sterowana przez kierowcę pedałem gazu - znajdowała się kurtyna, jak w teatrze. Dodając gazu odsłaniało się kota stopniowo. Założenie było takie, że pies, widząc całego kota, szybciej będzie napędzać samochód niż widząc np. tylko 1/3 kota. Dodatkowy napęd zapewniał kot uciekający przed psem. Był też wariant z kilkoma psami i kotami. Projekt najbardziej wyrafinowany został zaopatrzony w bieg wsteczny, oczywiście też koci. Prób realizacji nie było - już jako pięciolatek miałem świadomość, że zwierzętom mogłoby się to nie spodobać. Ale mało brakowało, a namówiłbym ojca na budowę poduszkowca.

Całość wywiadu - za wykupieniem dostępu na strony (niestety) - TU.

wtorek, 15 września 2009

25 zapalonych cygar kubańskich

Ktoś rozpoznaje? ;-))



Na pewno tak. W końcu superbohaterowie rządzą marzeniami i wyobraźnią nie tylko chłopców. Pół biedy, gdy idole czynią dobro. Ale co zrobić, gdy są wyrafinowanymi zabójcami, którzy mordują z zimną krwią, a swoje ofiary - tak się składa, że płci żeńskiej - przyozdabiają dwudziestoma pięcioma zapalonymi cygarami kubańskimi???
A tak właśnie czyni idol bohatera "African Psycho" (Karakter, 2009) Alaina Mabanckou.



Ale choć główny bohater książki Mabanckou próbuje doścignąć swojego superbohatera i Wielkiego Mistrza, Angoualimę, to tak naprawdę "African Psycho" jest superprecyzyjnie skonstruowaną powieścią z mnóstwem odwołań, cytatów i nawiązań. Już od samego tytułu począwszy, poprzez użyte gatunki, konkretne obrazki, na języku skończywszy - "African Psycho" dosłownie skrzy się frazą i tempem opowieści, a jednocześnie, po prostu, okazuje się przepyszną rzeczą do lektury. Do lektury, dodam, na wielu poziomach.

I jeszcze takie zdanie z książki:

To, czego muszę wkrótce dokonać, to rzecz konkretna i znacznie poważniejsza od wszystkiego, co piszę się w wymyślonych książkach, by dostarczyć rozrywki czytelnikom, jakby ci nie mieli lepszego zajęcia, niż psuć sobie wzrok, czytając słowa historii, które nie są nawet prawdziwe...

;-)))

PS. Gdyby ktoś miał ochotę... Autor jest w Polsce. Jeszcze jutro można go spotkać w Krakowie. Szczegóły TU.

piątek, 11 września 2009

4 typy ludzkie (i tylko jeden szczęśliwy)

Każdy z nas ma w sobie coś z wyścigowego szczura, hedonisty, nihilisty i osoby szczęśliwej - twierdzi Tal Ben-Shahar w książce "W stronę szczęścia" (Rebis, 2009). Ale najlepiej, mimo wszystko, być przede wszystkim szczęśliwym.



"W stronę szczęścia" to pośrednio poradnik w rodzaju "Sekretu" a także innych książek w stylu "Jak zmienić swoje życie i być naprawdę super!". Należy do niego więc podejść z dystansem i zastosować nawet momentami zasadę ograniczonego zaufania. Jak do wszystkich zamkniętych w trzygodzinnej lekturze i na kilkudziesięciu stronach podręcznikach "lepszego życia".

Z drugiej jednak strony nie będzie nam się trudno dać wciągnąć w autoterapeutyzującą narrację. Dzięki niej odkryjemy swoje słabe punkty (autodestrukcję, skłonność do nadmiernego poświęcania się tylko pracy albo pogoni tylko za przyjemnościami) i nauczymy się lepiej rozporządzać naszymi emocjami i życiem. Na przykład za pomocą tabelki, w której podsumowywać będziemy codziennie lub co tydzień nasze działania i przyglądając się im, postaramy się więcej czasu i energii poświęcać tym dobrym (tam wpiszemy odpowiednio jeden lub dwa "+"), a zmniejszyć zużycie energii na te mało produktywne (analogicznie wpiszemy "-" lub "--"). Prawda jakie to proste?



Okraszona różnymi opowieściami "z życia wziętymi" książka tego jednego z najpopularniejszych wykładowców na Uniwersytecie Harvarda zawiera również mnóstwo ćwiczeń i zadań domowych. Jasno opisanych, na ogól prostych i często - muszę to nawet ja przyznać - całkiem rozsądnie brzmiących. Wszystko, byśmy byli szczęśliwi. Od zaraz. Na zawsze. ;-)

wtorek, 8 września 2009

42 kg żywej wagi

"Awantury na tle powszechnego ciążenia" (WL, 2009) to nie tylko przeuroczy tytuł, ale i przeurocza książka. Autorem jest Tomasz Lem, natomiast bohaterem - ojciec Stanisław. Tak, ten Stanisław!



Zasadniczo jest to książka wspomnieniowa, czyli pełna anegdot i czułości zarezerwowanej dla narracji poświęconej najbliższej osobie. Tomasz Lem nie jest jednak ani nazbyt sentymentalny, ani też chyba bezkrytyczny. Pisząc w każdym razie o swoim dzieciństwie, częściej zdaje się wspominać urwisowanie Stanisława, a nie Tomasza - choć i ten, mimo deklaracji, że był spokojnym dzieckiem, umiał nieźle pokolorować życie zwariowanego taty.

Z książki o autorze "Solarisa" dowiadujemy się w ten sposób między innymi, że:
- Stanisław Lem (SL) miał do Hotelu Cracovia stosunek ambiwalentny. Z jednej strony lubił tamtejszą cukiernię, ale z drugiej "peerelowski klimat wzbudzał w ojcu niesmak". Pod Hotel Cracovia (...) podjeżdżają nawet syrenkami na kawę, przy tylnej szybie zostawiają np. pudełko od koszuli z PeKaO, z napisem złotym HOOKWAYS, w ostateczności - tygrysa albo "Paris-Match", a ten, kto przywozi ciotkę i utrzymankę wartburgiem, zajeżdża ślimakiem pod drzwi hotelowe, wyskakuje, spodnie, biała koszula, krawat, otwiera wszystkie drzwi auta, biega dokoła, potem odwozi pudło z tej koszuli HOOKWAYS na parking, wszystko po to, żeby wypić małą kawę po 3,50 zł sztuka,
- styl jazdy SL wystawiał na ciężką próbę cierpliwość małżonki a matki autora książki,
- piętą achillesową SL były buraczki,
- syn SL przygotowywał dla członków rodziny tzw. desery, których głównym składnikiem początkowo było mydło, a także płyn do mycia naczyć Ludwik i do prania Kokosal.

:-)))

Po takiej książce Owego Poważnego Pisarza jakoś inaczej się ogląda:



PS. A 42 kg żywej wagi ważył Bartek - potwornej wielkości bydlę, głowa jak ćwierć, już ma rok i 2 miesiące, a durne to to, że niech ręka boska! Każdego obcego oblizuje, wszystkich kocha, szczeka od rana do nocy.

niedziela, 6 września 2009

O 3. nad ranem

Myślę, że pisanie poezji jest, nawet jeśli wzięte w bardzo duży cudzysłów, elementem choroby psychicznej - mówi Ernest Bryll w książce "O trzeciej nad ranem" (Święty Paweł, 2009). To tom rozmów, które z twórcą przeprowadziła Izabela Górnicka-Zdziech.



"O trzeciej nad ranem" czytałem raczej jako zapis kilku błyskotliwych (jak zacytowane wcześniej) zdań i dość kosmetycznych pytań. "Kosmetycznych", bo jednak łagodnie wypowiedzianych w związku z bogatą przecież biografią Brylla. Z drugiej strony, trzeba oddać sprawiedliwość i powiedzieć, że w książce jest wszystko, co być powinno: o socrealizmie (i złudniej wierze Brylla w zdolność do modyfikacji systemu), roli modlitwy i Boga w życiu autora, poezji i pracy twórczej w ogóle.

Najciekawsze są może trzy ostatnie rozdziały. Niestandardowo pokazujące osobnego twórcę, jakim jest Bryll. To tam jest też kluczowy rozdział "O trzeciej nad ranem", w którym autor dokonuje spowiedzi sumienia. Ładne to i takie bardzo Bryllowskie: delikatne, upoetycznione, lekko metafizyczne i zarazem pełne dystansu i świadomości własnej odrębności.

I jedna interesująca obserwacja:

Prowadzę życie względnie porządne, unikając nawet towarzystw artystycznych, ponieważ z doświadczenia wiem, że pojedynczo fantastyczni artyści zebrani razem (a dotyczy to również profesorów) wytwarzają jakąś niewiarygodną głupotę, jakby nadmiar intelektu im wzajemnie szkodził.

Coś w tym jest. ;-)

czwartek, 3 września 2009

Kobiety w wieku od 20 do 40 lat ze średnim lub wyższym wykształceniem

Czarna komedia - ta nazwa gatunkowa jest całkiem na miejscu. Tak mógłbym określić najnowszą książkę Hanny Samson "Flesz" (W.A.B., 2009). Przerażająca to bowiem satyra na nas samych.



Książka składa się w zasadzie z samych dialogów. To wypowiedzi różnego rodzaju kobiet, które uczestniczą w badaniu fokusowym. Ma ono na celu wydobyć myśli, pragnienia, a także - po prostu - życie i poglądy przyszłych czytelniczek. Na rynek wchodzi bowiem pismo "Flesz". Kolejny magazyn o życiu gwiazd. Rzeczą naturalną jest więc posłuchać, czym żyją konsumentki. I czym będą chcieli żyć. Oraz jakie gwiazdy najchętniej widziałyby na łamach.

- Tylko nie Cichopek. Jej mam potąd.
- Przecież jest uwielbiana! Kilka miesięcy temu robiliśmy szeroko zakrojone badania, była na pierwszym miejscu!


Zasadniczy problem polega na tym, że poglądy wypowiadane przez bohaterki podczas pozornie przyjemnego spotkania przy soczkach i ciasteczkach niekoniecznie są poglądami samych bohaterek. To raczej klisze, skrypty, obiegowe sądy. Dlatego też pytane o opinie kobiety mówią jedno, a opowiadając o swoim życiu - często zaprzeczają samym sobie.

- Ja akurat nie mam, już paniom mówiłam. Po co mi prawo, jak nie mam poglądów?

"Flesz" momentami nawet śmieszy, choć prędko się okazuje, że ten śmiech ma gorzki posmak. To śmiech z płytkiej świadomości, czy raczej nieświadomości tego, czym jest popkultura. Samson dokonuje pewnego rodzaju psychoanalizy - rozpoznaje zjawisko i zostawia nas z tym. Byśmy przejrzeli się w tym lustrze i trochę zastanowili. Nad absolutnie wszystkim. Ale przede wszystkim - nad sobą i tym, czego NAPRAWDĘ chcemy.

Trudne to zapewne zadanie, ale wcale nie takie niewykonalne.