
Zarzuty wobec książki - wygłaszane często zresztą gdzieś w prywatnych rozmowach - niestety często krążą wokół tego samego. Że Autor, znany redaktor naczelny, przyjaciel Noblistów, promotor i odważny wydawca trudnej często literatury, pyszni się nadto i puszy. Pisze o wypitej z pisarzami wódce na przykład. Nie mówiąc już o innych używkach.
Fakt.
Tak brzmi wstęp do rozdziału o Miłoszu:
Jeszcze długo po śmierci Czesława Miłosza, ilekroć zdarzało mi się przejeżdżać ulicą Dietla, ogarniało mnie poczucie absolutnej pewności, że jeśli skręciłbym teraz w ulicę Sebastiana, następnie w Bogusławskiego, wspiął się na pierwsze piętro i zadzwonił, usłyszałbym znajomy stuk laski, drzwi otworzyłyby się, a tubalny głos zadałby sakramentalne pytanie: "Panie Jerzy, czego się dziś napijemy?".
Ale - jak dla mnie - to jednak, a piszę to po przeczytaniu całości, margines. W rozdziale "Tropiciel Istotności" poza wspominanym alkoholem leje się także mnóstwo innych anegdot. O tym na przykład, jak Illg zaangażował się w zagospodarowanie mieszkania przy Bogusławskiego (co zresztą żona Illga miała mu za złe, bo "nigdy nie poświęcił [Illg] tyle uwagi urządzaniu żadnego z ich mieszkań"). Albo o tym, jak pięknie różnili się na dyskusjach osobowościowo Miłosz (preferował rozmowy poważne i wyczerpujące) i Szymborska (lubi, jak wiadomo, żarty, paradoksy, absurdalne anegdoty). Nie mówiąc o anegdotach - zawsze pysznych - z Szymborską w roli głównej.
Mało tego. Są tu znakomite opowieści o Stanisławie Barańczaku, wytrawnym akrobatą języka, czy o wspaniałej także w obiektywie Illga Susan Sontag.
Na osobną uwagę zasługuje Seamus Heaney. Irlandczyk. Laureat literackiego Nobla. Człowiek niebywale ciepły i sympatyczny. Czuć to było podczas jego występów publicznych w Krakowie. Bywał tu, na zaproszenie Illga właśnie, wiele razy. Gorzej, że - o czym jest także w "Moim Znaku" - kiedyś mu się przytrafiła mało zabawna historia. Choć, gdy się o niej czyta, trudno się nie śmiać. :-)
Postanowiliśmy, że Marie i Seamus Heaneyowie tym razem mieszkać będą prawdziwie po królewsku i udało nam się wynając dla nich na Wawelu apartament zajmowany niegdyś przez generała de Gaulle'a, dla którego ze względu na niecodzienny wzrost wykonano specjalnych rozmiarów łoże. Spuściłem Heaneyów z oka na kilka godzin przed wieczornym występem, powierzając opiekę nad nimi Adamowi Szostkiewiczowi, który był odpowiedzialny za doprowadzenie ich na czas do Dominikanów. Mija 17.00, publiczność wypełnia już szczelnie króżgani, a Heaneyów ani widu, ani słychu. Zdenerwowany trafiam w tłumie na Adama, który zeznaje, iż Seamus zwolnił go z obowiązków opiekuna, stwierdzając, że poradzą sobie i sami trafią do Dominikanów. (...) Okazało się, że do apartamenty de Gaulle'a wchodzi się osobną klatką schodową, która po południu została zamknięta. Królewska rezydencja stała się pułapką. Zdenerwowani Heaneyowie, sami w ogromnym gmachu, nie mogąc sięw żaden sposób wydostać, nie mając także skąd zadzwonić (nie było jeszcze telefonów komórkowych!), wzywali pomoc przez okno. Nieliczni przechodnie przemierzający dziedziniec wawelski ze zdziwieniem przyglądali się facetowi wykrzykującemu coś w obcym narzeczu z okna na wysokim drugim piętrze.
Można zazdrościć Illgowi szczęścia obcowania z ludźmi ogółowi niedostępnym. Można też zazdrościć barwności tych historii. Nie każdemu się zresztą udaje skolekcjonować taką ich ilość - skolekcjonować, a potem zmobilizować się i je po kolei opisać. Rozumiem też, że może przeszkadzać tonacja, w jakiej została napisana książka. Bez kompleksów, nadmiernego tłumaczenia się z każdej relacji, subtelnych rozróżnień między koleżeństwem zawodowym, przyjaźnią a podziwem. Owszem. Zazdrość jest jak najbardziej uzasadniona i może być szeroko udokumentowana.
Ja po przeczytaniu "Mojego Znaku" bardzo zazdroszczę Jerzemu Illgowi. Szczerze.













