piątek, 30 października 2009

mija 17.00

Wokół "Mojego Znaku" (Znak, 2009) Jerzego Illga rozgorzała dyskusja jeszcze przed premierą książki. Dyskusja, która nie wróżyła nic dobrego i która być może więcej mówi o specyfice polskiego odbioru, niż o samej książce.


Zarzuty wobec książki - wygłaszane często zresztą gdzieś w prywatnych rozmowach - niestety często krążą wokół tego samego. Że Autor, znany redaktor naczelny, przyjaciel Noblistów, promotor i odważny wydawca trudnej często literatury, pyszni się nadto i puszy. Pisze o wypitej z pisarzami wódce na przykład. Nie mówiąc już o innych używkach.

Fakt.

Tak brzmi wstęp do rozdziału o Miłoszu:

Jeszcze długo po śmierci Czesława Miłosza, ilekroć zdarzało mi się przejeżdżać ulicą Dietla, ogarniało mnie poczucie absolutnej pewności, że jeśli skręciłbym teraz w ulicę Sebastiana, następnie w Bogusławskiego, wspiął się na pierwsze piętro i zadzwonił, usłyszałbym znajomy stuk laski, drzwi otworzyłyby się, a tubalny głos zadałby sakramentalne pytanie: "Panie Jerzy, czego się dziś napijemy?".

Ale - jak dla mnie - to jednak, a piszę to po przeczytaniu całości, margines. W rozdziale "Tropiciel Istotności" poza wspominanym alkoholem leje się także mnóstwo innych anegdot. O tym na przykład, jak Illg zaangażował się w zagospodarowanie mieszkania przy Bogusławskiego (co zresztą żona Illga miała mu za złe, bo "nigdy nie poświęcił [Illg] tyle uwagi urządzaniu żadnego z ich mieszkań"). Albo o tym, jak pięknie różnili się na dyskusjach osobowościowo Miłosz (preferował rozmowy poważne i wyczerpujące) i Szymborska (lubi, jak wiadomo, żarty, paradoksy, absurdalne anegdoty). Nie mówiąc o anegdotach - zawsze pysznych - z Szymborską w roli głównej.

Mało tego. Są tu znakomite opowieści o Stanisławie Barańczaku, wytrawnym akrobatą języka, czy o wspaniałej także w obiektywie Illga Susan Sontag.

Na osobną uwagę zasługuje Seamus Heaney. Irlandczyk. Laureat literackiego Nobla. Człowiek niebywale ciepły i sympatyczny. Czuć to było podczas jego występów publicznych w Krakowie. Bywał tu, na zaproszenie Illga właśnie, wiele razy. Gorzej, że - o czym jest także w "Moim Znaku" - kiedyś mu się przytrafiła mało zabawna historia. Choć, gdy się o niej czyta, trudno się nie śmiać. :-)

Postanowiliśmy, że Marie i Seamus Heaneyowie tym razem mieszkać będą prawdziwie po królewsku i udało nam się wynając dla nich na Wawelu apartament zajmowany niegdyś przez generała de Gaulle'a, dla którego ze względu na niecodzienny wzrost wykonano specjalnych rozmiarów łoże. Spuściłem Heaneyów z oka na kilka godzin przed wieczornym występem, powierzając opiekę nad nimi Adamowi Szostkiewiczowi, który był odpowiedzialny za doprowadzenie ich na czas do Dominikanów. Mija 17.00, publiczność wypełnia już szczelnie króżgani, a Heaneyów ani widu, ani słychu. Zdenerwowany trafiam w tłumie na Adama, który zeznaje, iż Seamus zwolnił go z obowiązków opiekuna, stwierdzając, że poradzą sobie i sami trafią do Dominikanów. (...) Okazało się, że do apartamenty de Gaulle'a wchodzi się osobną klatką schodową, która po południu została zamknięta. Królewska rezydencja stała się pułapką. Zdenerwowani Heaneyowie, sami w ogromnym gmachu, nie mogąc sięw żaden sposób wydostać, nie mając także skąd zadzwonić (nie było jeszcze telefonów komórkowych!), wzywali pomoc przez okno. Nieliczni przechodnie przemierzający dziedziniec wawelski ze zdziwieniem przyglądali się facetowi wykrzykującemu coś w obcym narzeczu z okna na wysokim drugim piętrze.


Można zazdrościć Illgowi szczęścia obcowania z ludźmi ogółowi niedostępnym. Można też zazdrościć barwności tych historii. Nie każdemu się zresztą udaje
skolekcjonować taką ich ilość - skolekcjonować, a potem zmobilizować się i je po kolei opisać. Rozumiem też, że może przeszkadzać tonacja, w jakiej została napisana książka. Bez kompleksów, nadmiernego tłumaczenia się z każdej relacji, subtelnych rozróżnień między koleżeństwem zawodowym, przyjaźnią a podziwem. Owszem. Zazdrość jest jak najbardziej uzasadniona i może być szeroko udokumentowana.

Ja po przeczytaniu "Mojego Znaku" bardzo zazdroszczę Jerzemu Illgowi. Szczerze.

czwartek, 29 października 2009

na początek XXI wieku

O Festiwalu im. Conrada mówi prof. Michał Paweł Markowski, dyrektor artystyczny:

- "Gotowość do czytania to gotowość do przyjaźni" - pisze Pan w swojej najnowszej książce "Życie na miarę literatury". Jakim przyjacielem dla krakowskiej publiczności będzie festiwalowy patron, Joseph Conrad?

- Tym, co najlepiej charakteryzuje twórczość Conrada, jest nieugięte przekonanie, że najważniejsze dla człowieka rzeczy dzieją się w przestrzeni drobnych zdarzeń międzyludzkich oraz w pojedynczej świadomości zderzonej z niezrozumiałym światem. Choć wyczulony na wielkie polityczne kwestie swojej epoki, Conrad potrafił ująć je w formułę jednostkowych zmagań i dylematów. Właśnie dzisiaj taka postawa, która to, co globalne, łączy udatnie z tym, co indywidualne, jest szczególnie interesująca i potrzebna. Dlatego Polak, który zdobył sławę jako klasyk literatury angielskiej, jest naszym patronem. Te dwie, przeplatające się perspektywy (polska i światowa) dominują w programie festiwalu i dlatego festiwal adresowany jest w dużej mierze do ludzi młodych, dla których uzgodnienie tych dwóch perspektyw jest szczególnie istotne. Pamiętajmy jednak, że nie jest to festiwal poświęcony wyłącznie Conradowi, lecz wydarzenie czerpiące wiele inspiracji z jego twórczości. Twórczość Conrada zachęca do snucia pasjonujących narracji na temat nas samych, naszej tradycji i języków, jakimi się posługujemy, by wyrazić nasze niepokoje.

Więcej TU (dostęp płatny).

sobota, 24 października 2009

dwie setki mil/ między tobą a mną

Poeci podobno - jak powiadają niektórzy - myślą obrazami. Ale czy to oznaczałoby, że poeci języków obrazkowych myślą podwójnymi obrazami? Gdy czytam Ko Una, południowokoreańskiego poetę, jednego z gości Festiwalu Literackiego im. Czesława Miłosza, którego zbiór "Raptem deszcz" (Znak, 2009) ukazał się właśnie w Polsce, jestem pełen wątpliwości różnego rodzaju.


Na razie jednak czytam przede wszystkim o nim.
Baaaardzo po buddyjsku, baaardzo w skupieniu i baardzo powolutku. :-)))

Moskit

Ugryzł mnie moskit.
I bardzo dobrze.
Ależ tak, dzięki! Jak się tak drapię,
To czuję, że żyję.


Ko Un urodził się w 1933 roku w małej wiosce koreańskiej. Korea była wtedy pod japońską okupacją, a chłopak nauczył się języka od służącej z sąsiedztwa. Był niebywale chorowity, kilka razy otarł się o śmierć, ale i tak nie przestawał marzyć o tym, by zostać malarzem.

Plany zmienił, gdy w 1949 roku znalazł na poboczu i przeczytał książkę z wierszami Han Ha Wuna, który - jak pisze Ok-Koo Kang Grosjean we wstępie do polskiego wydania wierszy Una - był "trędowatym poetą uwielbianym przez Koreańczyków". Poruszająca lektura tych wierszy sprawiła, że Un postanowił zostać nie malarzem, a poetą właśnie.

Noc bez księżyca

Dziś księżyc nie wzeszedł,
ale dwie setki mil
między tobą a mną
świecą jasno przez całą noc.
Ten pies, który jutro umrze,
nie wie, co go czeka.
Ujada zawzięcie.

Lata 50. - potworna wojna koreańska - to czas strasznych doświadczeń dla wchodzącego w dorosłość Una. Wkrótce potem Un postanawia odnaleźć mnicha Hyech'o, poznać go osobiście i rozpocząć nowicjat pod jego kierunkiem. Mistrz Una niestety zakochał się po roku. Poeta był tym tak wstrząśnięty, że próbował odebrać sobie życie. Potem wędrował, zostając żebrzącym mnichem. W końcu znalazł nowego mistrza. Kilka następnych lat spędził w buddyjskich klasztorach na medytacji.

Pobyt w klasztorze nie przyniósł spokoju. Ko Un jeszcze kilka razy przeżywał głębokie zwątpienie, próbując odbierać sobie życie. Nadużywał alkoholu, cierpiał na bezsenność, ale równocześnie pomagał ubogim rodzinom, pisał wiersze i eseje. Oskarżony o udział w spisku trafił wreszcie, w latach 80., na pewien czas do więzienia. Tam po raz kolejny uczył się doceniać swoje życie.

Jętka jednodniówka

Trzystumilionowa część sekundy.
Tyle istnieje jedna cząsteczka.
To teraz pomyśl, jak nieskończenie długo trwa jeden dzień.
Za krótko?
Ech, ty chciwcu.

piątek, 23 października 2009

jakieś 5 centymetrów [rozmowa z Agnieszką Kosińską]

O Czesławie Miłoszu mówi jego osobista sekretarka, Agnieszka Kosińska. Mówi między innymi tak:

- (...) O czym Miłosz śnił?

- Miłosz śnił kolorowo i bogato. Gdziekolwiek i kiedykolwiek zasypiał. Moi znajomi fotograficy skarżyli się nawet, że Miłosz to trudny obiekt, bo jeśli nic się nie dzieje, co warte jest jego uwagi - natychmiast zasypia. Coś było na rzeczy. Wracając do snów: najczęściej śnił, że latał. Proszę wyobrazić sobie, Miłosz woła ze swojego pokoju, znaczy się już ruszamy do popołudniowych obowiązków, on leży z błogim uśmiechem Buddy i mówi: "Dziś znów latałem". Kiedyś po kilku kartkach, zarekomendowanej i przyniesionej przeze mnie do czytania "Polki" Gretkowskiej, zasnął i śniło mu się, że jest w ciąży. Innym znów razem mówił: "Śnią mi się same koszmary, nie chcę zasypiać. Pracujmy."

- A więc żelazny rytm pracy każdego dnia?

- Każdego. Kilka godzin dziennie. Jego myśl krążyła wokół utworu również wtedy, kiedy nie pracowaliśmy razem. Wtedy dzwonił do mnie, by się upewnić, czy też o tym myślę. Albo najczęściej w niedzielę wieczór, tuż przed moim przyjściem rano w poniedziałek, Miłosz dzwonił do mnie do domu z pytaniem, czy nie wzięłam jakiejś gazety (przez przypadek) albo czy nie mogę (przez telefon) powiedzieć mu, gdzie leży (u niego w domu) taka a taka książka. Chodziło o to, żebyśmy wspólnie ocalili nasz tygodniowy twórczy nieład, który w szale porządków zaprzepaścił demon porządków, jakim bez wątpienia była żona Carol, która ciągle układała, segregowała. Montowaliśmy wspólny front przeciwko Carol. Jednak często też Carol ze mną montowała wspólny front przeciwko Czesławowi, szczególnie kiedy on się zapracowywał, tyranizował nas i normalne życie nie było możliwe. Carol humanizowała otoczenie. To ona, zaraz po zamieszkaniu w Krakowie, postanowiła uporządkować gazon na podwórku kamienicy i teraz zamiast kamiennego wysypiska mamy ogród otoczony pięknym dzikim winem. Uparcie zostawiała swój rower na klatce schodowej, mając nadzieję, że za którymś razem nie ukradną. Kradli, ona kupowała nowy.

- Były też pewnie prośby o zakupy: "Pani Agnieszko, zeszyt A4 proszę kupić i niebieski długopis"?

- Zeszyty zwane na Bogusławskiego "kajetami", to osobna, godna Nabokova czy Pynchona, dygresja, zostawmy ją na inną okazję. Długopis - nigdy, Miłosz posługiwał się wyłącznie piórem. Rozmowy praktyczne z Czesławem Miłoszem wydają się bardzo śmieszne. Taki oto telefoniczny dialog: "Jak już Pani będzie w mieście, to proszę kupić ładunki". Ja na to: "Naboje?". On: "Tak, ładunki". No to ja: "Do Watermana czy Pelikana", bo takimi modelami pisał. On: "Do Watermana". Więc dopytuję: "Jaki kolor i krótkie czy długie". Odpowiadał posłusznie: "Kolor może niebieski albo black blue. A długość?, hm, no, ładunków". Na to ja: "Pytam, bo są krótkie i długie". On wreszcie: "No, długie, jakieś 5 centymetrów".

- Życie.

- Albo odbywał umówiony wywiad, do którego się starannie przygotowywał, zawsze wcześniej, zanim zgodził się na rozmowę, prosił o pytania, robił notatki, przypominał sobie przydatne lektury; potem wywiad autoryzowaliśmy, gotowy tekst rozmowy przesyłałam dziennikarzowi. Po kilku dniach Czesław dzwoni. "Pani Agnieszko, ja się martwię. Na pewno coś powiedziałem za mocno". Czasem mówiłam: "Panie profesorze, ale dlaczego za mocno?! Brzmiało dobrze. Czasem nie należy ważyć tego wszystkiego tak strasznie. Zresztą wszystko było przemyślane". A on: "No, dobra, dobra. I tak będą problemy, zobaczy pani".(...)

[Czesław Miłosz w Paryżu na początku lat 50. (c) by www.bu.umk.pl]

Więcej TU (dostęp płatny).

Przy okazji - dzisiaj rozpoczął się Festiwal im. Czesława Miłosza. Cieszą się w Krakowie ;-), ale także mogą się ucieszyć internauci: www.miloszfestival.pl.

poniedziałek, 19 października 2009

1969 / 1989 / 2009

Homoseksualne życie to nie tylko zamknięte kluby co sobotę czy parady równości raz do roku. To także pikiety, salony, osobowości, plotki, radości i tragedie, o czym piszą autorzy "HomoWarszawy" (abiekt.pl, 2009).

"HomoWarszawa" to taki specyficzny homoseksualny bedeker - przewodnik ("przewodnik kulturalno-historyczny" - tak brzmi dokładnie podtytuł), w którym znajdziemy smakowitości dotyczące wieli niepozornych miejsc. Smakowitości plotkarskie i to, co ważne, bez wybielania. W ten sposób na przykład natkniemy się na pikantne (!) historie dotyczące wojaków Kompanii Reprezentacyjnej Wojska Polskiego (strona 52) czy osobliwą imprezę pt. "gonienie pedała", w której za komuny uczestniczyła ponoć regularnie milicja w Skaryszaku, czyli Parku Skaryszewskiego (strona 120). Są tu poza tym, oczywiście, też miejsca bardziej kojarzące się z cywilizowanym czy mieszczańskim życiem gejów (bo już nie pedałów) XXI wieku: z popularnymi wśród snobów (nie tylko tęczowych) "Między nami" oraz "Utopią". Jak to mówią: dla każdego coś dobrego.

Autorzy zaproponowali cztery trasy, pomysłowo i zachęcająco je nazywając: Warszawski "Broadway", Na Homiczym Trakcie, Wśród Misiów i Dresów oraz Na Wysokich Obcasów (do książki doklejona jest mapka). Na zachętę wygląda to mniej więcej tak:

[(c) by abiekt.pl]

Jeśli dodać do tego całkiem obszerny indeks nazwisk i miejsc - to wychodzi na to, że homoseksualna Warszawa może poszczycić się całkiem bogatą historią. Dodam szybko, że specyfiką opisywania świata gejowskiego jest - podobnie jak w darkroomach, czyli miejscach spotkań na fastsex - demokratyzacja niemal absolutna. W świecie pożądania liczy się tylko... pożądanie. Dlatego w indeksie Białoszewski jest obficie na równi z Biedroniem, Nasierowski z Niemcem, a Warlikowski z Witkowskim. I tak dalej, i tak dalej.

"HomoWarszawa" jest tytułem nieco na wyrost, niestety. Lesbijskie wątki ledwie gdzieś tam pomrukują zza parawanu bogatych opowieści o gejach nazywanych na różne sposoby i różnie przedstawianych (brawa za historyczne smaczki!). Szkoda w sumie tego braku lesbijskich wątków, choć pewnie więcej to mówi o sytuacji lesbijek w ogóle, a nie o intencjach autorów książki, którzy - i to jest niewątpliwa wartość "HomoWarszawy" - "dopisali" nieistniejący fragment historii stolicy. I tego się trzymam, wybaczając kilka dziwnych sformułowań, wśród których największe wrażenie chyba robi na mnie zdanie następujące:

Witold Gombrowicz, to postać co najmniej równa literacką rangą Jarosławowi Iwaszkiewiczowi, a zdaniem wielu (także naszym), był największym polskim pisarzem ubiegłego stulecia.

środa, 14 października 2009

63.

Ewa Kuryluk przy okazji wydania "Frascati" opowiada o życiu. Swoim, ale nie tylko swoim. I mówi na przykład tak:

Pragnę raczej pokazać, jak mało wiemy - nie tylko o historii kraju i tajnych protokołach podpisywanych za naszymi plecami, o genezie powstań, rozbiorów, wojen. Równie mało wiemy o swoich rodzicach, dziadkach. A zresztą jest to, przynajmniej do pewnego wieku, naturalne.

Naprawdę?

Angielskie przysłowie powiada, że zaczynamy się interesować rodzicami dopiero po pięćdziesiątce. Dziecko to egocentryk, i takie musi być. Odkrywa świat i siebie, kumuluje wiedzę. Inaczej jest na starość, kiedy pamięć - czas za nami -wydłuża się, a czas przed nami skraca. Im bliżej końca - to sprawka biologii - tym wyraźniej rysują się lata wczesne. I to na nich skupia się uwaga. Poza tym łatwiej zrozumieć swoich rodziców i dziadków, kiedy się jest mniej więcej w ich wieku. Dziecko nie ma klucza do wieku, nie ma pojęcia na czym polega starość. Wczuć się w kogokolwiek jest łatwiej, gdy od danej osoby nie dzieli nas dystans - w tym wieku.

Proszę wybaczyć za wtrącenie, ale wynika z tego wszystkiego, że wiedząc więcej jednak wiemy mniej.

Lecz nie w tym rzecz. „Frascati" to książka, która - jak pan słusznie zauważył - pokazuje tkankę życia, naszą niewiedzę i trudność, by poznać fakty, a także to, że żyjemy w świecie schematów, stereotypów. I choć jedne są przełamywane, powstają stale nowe, blokując drogę do zrozumienia biegu wydarzeń - płynnych, nieuchwytnych, niepowtarzalnych. Bowiem w naszej ciekawej przyrodzie nic się nie powtarza. Każdy liść na drzewie jest inny, każdy człowiek, każdy los. Weźmy Holokaust. Pod przykrywką tego słowa kryją się miliony losów, z których każdy był inny. Jednolity jest jedynie stos trupów, stos włosów, stos złotych zębów.

Więcej TU.

niedziela, 11 października 2009

1945-1956

Pogoda jest już jesienna. Jest jakaś nieuchwytna mglistość w powietrzu, która sprawia, że wszystko wydaje się lekkie, jasne, zatopione w sobie i nie bardzo prawdziwe - notuje Jan Józef Szczepański 25 sierpnia 1945 roku. Właśnie ukazuje się pierwszy tom jego "Dzienników" (WL, 2009) obejmujący lata 1945-1956. To jedna z ważniejszych polskich premier tego roku i jedna z najważniejszych premier dziennikowych ostatnich lat.


Jan Józef Szczepański (1919-2003) przez wydawcę został określony jako "jeden z największych pisarzy polskich drugiej połowy XX stulecia", co nie jest określeniem błędnym, choć jeśli spojrzeć na recepcję jego twórczości - określeniem nieco na wyrost. Szczepański funkcjonuje bowiem, mam wrażenie, w wąskim kręgu odbiorców ceniących literaturę z najwyższej półki. Jako niejednoznaczny, wszechstronny, uwikłany, a jednocześnie wysmakowany jeśli o styl i myśl chodzi - Szczepański z całą pewnością jest pisarzem wymagającym.

Wydany właśnie pierwszy tom jego "Dzienników" stanowi doskonałe dopełnienie intelektualnego obrazu jego osoby.

Patrząc z tramwaju na wieczorny Kraków, oświetlony
, ruchliwy, podobny do dawnego, czuję, że to jest świat, w którym zaczyna się przyszłość, i nie żałuję już tego, co było i co nie wróci. (1 X 1945)

Pierwsze, co zaskoczy czytelników tego "Dziennika" to ton, który wyraźnie odznacza się już na pierwszych stronach. Całość zaczyna się w 1945 roku. Jan Józef pisze o sobie jak moralista i planista jednocześnie. Bardzo mocno się oceniając, wyznacza jednocześnie cele, które mają mu pomóc w rozwoju. Jest surowy, bezwzględny i mocno krytyczny. Choć ma jedynie 26 lat.

Nic nie zrobisz jeżeli będziesz nadal tak nie lubił samego siebie, jak dotąd. Musisz się zacząć sobie podobać, a najlepszy na to sposób, żebyś się spodobał komuś innemu. Zakochaj się! (17 IX 1945)

Potem sytuacja się rozkręca. Dowiadujemy się nie
co więcej o jego intelektualnej pracy. Oglądamy - jego oczyma - Kraków, a także obserwujemy na przykład perypetie wokół "Tygodnika Powszechnego", z którym Szczepański był mocno związany i zaprzyjaźniony. Dowiemy się także o jego przygodach z pisarstwem, orientem, miłościami, motorem (!), życiem rodzinnym.


[partia garibaldki (c) by szczepanski.wydawnictwoliterackie.pl]

Z okazji wydania tych "Dzienników" - na razie we fragmencie przedstawiającym dojrzewanie Szczapańskiego - wydawca uruchomił specjalny serwis internetowy, gdzie pod adresem http://szczepanski.wydawnictwoliterackie.pl/ znajdują się wspomnienia syna pisarza, Michała, a także tekst Krzysztofa Kozłowskiego oraz rozmowa z Krzysztofem Zanussim. A "Dzienniki" ze świetnymi indeksami nazwisk, w opracowaniu redakcyjnym Tomasza Fiałkowskiego (znakomite, przejrzyście sformułowane przypisy!) do kupienia w księgarniach. Lektura na kilka dobrych wieczorów.

Jednak warunkiem jakiegoś wewnętrznego postępu, a także twórczości jest miłość do ludzi. Tej miłości nie ma we mnie. (2 VI 1953)

piątek, 9 października 2009

1. książka Franczaka w WL

Jerzy Franczak, autor "Nieludzkiej komedii" (Wydawnictwo Literackie, 2009), opowiadał wczoraj w "Magnesie" m.in. o swojej konsekwencji, ale i grach z tradycją. I mówi tam tak:

- Toczę w tej powieści taki dość ostentacyjny dialog z tradycją. Tych nawiązań jest znacznie więcej , w samym tytule pobrzmiewa przecież, oprócz "Ludzkiej komedii" Balzaka, "Boska" Dantego i "Nie-boska" Krasińskiego. Nie jest to żaden hołd, nic mnie nie łączy z tymi pisarzami, nie jest też dla mnie szczególnie ważny ani Rousseau (imię bohatera kojarzy się z jego "Emilem"), ani nawet Cioran. Wskazując na nich, a także na innych (Ajschylos, Kierkegaard, Sartre...), staram się sugerować różne możliwości interpretacyjne. To rodzaj gry; odczyta ją ta część czytelników, która zada sobie trud podążania za rozsianymi w tekście tropami. I może ich zafrapuje, w jaki sposób historia mordercy ma się do hipotezy "stanu natury", ile tu pierwiastka dionizyjskiego, ile bojaźni i drżenia, ile rozpaczy, ile absurdu. Najważniejsze, że rozszyfrowanie tych nawiązań nie jest konieczne dla zrozumienia tekstu. Ta książka może funkcjonować na różnych poziomach: jako powieść grozy, jako portret psychologiczny, jako krytyczna rozprawa z rzeczywistością, wreszcie - jako medytacja nad nowoczesnym złem. Przed chwilą wzmiankowałem Dostojewskiego, a to właśnie ten gigant rzuca cień na moją komedię. Ale narrator załatwia się z nim obcesowo: tylko raz porównuje prokuratora do Porfirego Pietrowicza. A że kuzynka przychodzi do więzienia na widzenie z suczką o imieniu Sonia... Czy to hołd? Czy kpina? Powiedzmy, że gra - ale gra poważna, której stawka jest większa niż życie!

Całość tekstu dostępna jest TU.

czwartek, 8 października 2009

Fur Marcin, Herta Muller, 6.05.06, Kraków

Z literackim Noblem w tym roku bardzo miłe zaskoczenie. Zwłaszcza, że Hertę miałem zaszczyt poznać nie tylko z książek...

Oba moje z nią spotkania pamiętam ledwie, jakby przez mgłę, niewyraźnie. Pisarka zresztą też takie wrażenie sprawiała: nieco wycofanej, trochę przyczajonej, może nawet - o ile pamiętam - pochylonej czy przygarbionej lekko. Ale równocześnie, to już doskonale pamiętam, z mocnym uśmiechem i wyrazistą kolorystyką twarzy.

Podczas drugiego spotkania miałem całą godzinę. Sam na sam! ;-). Działo się to dokładnie w maju 2006 roku przy okazji promocji książki "Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie". O ile dobrze pamiętam, tuż przed moim wywiadem było z nią na ten temat spotkanie autorskie.

Bardzo mi zależało na tej rozmowie. Gorzej, że był problem z tłumaczem. Martin Woolf - spec od sytuacji skomplikowanych - wpadł więc na genialny pomysł, że porozumie się z Autorką w następujący sposób: on, jako że bieglejszy jest w języku Szekspira, zada pytania po angielsku; ona odpowie po niemiecku.

W rezultacie powstał wywiad, jeden z najcięższych w moim życiu, który do tej pory gdzieś w moim archiwum się czai. Niespisany i nieopracowany. Dzisiaj/wczoraj nie miałem śmiałości go otworzyć. Ale może to jednak dobry moment, by jednak się z nim zmierzyć???

wtorek, 6 października 2009

Wiek XX

Chyba wszyscy rozpoznają, prawda? :-)

A ten?


Albo ten???

Na pierwszym, wiadomo, Matka Boska Częstochowska. Na drugim - Chrystus Pantokrator, przykład rosyjskiego malarstwa współczesnego. Na trzeciej z kolei - Archanioł Gabriel, przykład XI-wiecznej sztuki macedońskiej.

Co łączy te wszystkie trzy reprodukcje?

Odpowiedź najbardziej kompetentną daje Renata Rogozińska w książce "Ikona w sztuce XX wieku" (Wydawnictwo WAM, 2009).

Ikona w perspektywie profesor poznańskiej ASP to pretekst do dyskusji o przemianach estetyki w XX wieku. Gdy się im przyjrzeć bliżej, to okazuje się, że nie tylko problematyczna jest granica pomiędzy tym, co sakralne (a więc zgodne z nauczaniem kościelnym) a religijne (a więc luźno powiązane z religią), ale również podziały dotyczące samej, pozbawionej duchowego wymiaru, definicji ikony. A współczesna sztuka komplikuje to jeszcze bardziej. To ona wszak nader chętnie korzysta, od dłuższego już czasu, z całego repertuaru środków - ironii, groteski, przeniesienia, odwrócenia - które nie tylko łamią twarde reguły gatunku, ale również nakładają się na dyskusję o stosunek artysty do świata i własnego dzieła.

Pisze o tym wszystkim Rogozińska, opierając argumentację swoją o historyczne przykłady i analizy poszczególnych artystów. Szczególnie interesuje się ona w swojej pracy polską recepcją, a także stosunkiem wybranych artystów do ikony. Wśród opisanych w specjalnym monografizującym rozdziale znaleźli się m.in. Małgorzata Dmitruk, Romuald Oramus, Jacek Dłużewski, Wojciech Sadley, Zbigniew Treppa, a także Jerzy Nowosielski, autor "Cerkwi" (1979):


Do książki dołączono płytę z reprodukcjami. Całość zresztą też jest dość obficie ilustrowana. To wszystko plus przejrzysty język opowieści Renaty Rogozińskiej stanowiło, muszę przyznać, dość niezłą zachętę dla tak niezorientowanych w temacie i posiadających raczej punktową wiedzę o sztuce jak ja do sięgnięcia po tę książkę. Z niezłym pożytkiem. Estetycznym i duchowym ;-)

niedziela, 4 października 2009

L.

Nike 2009 dla Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. Za "Piosenkę o zależnościach i uzależnieniach" (Biuro Literackie, 2009). To ci zaskoczenie ;-)


Lubię to:

XLVI. Piosenka o posunięciach

dzisiaj ponownie pytała o ciebie
matka lecz nie umiałem powiedzieć
nieprawdy ile razy można kłamać
i kłamać choć nie wyglądam na takiego

co ustawicznie buja w obłokach przestworzach
przyjmij od niej ucałowania albowiem dłuży się nam
twoja nieobecność jak nie przymierzając
natchnienie które rzutuje na każdy dobry wiersz

zasiedziałeś się w przemyskiem gdy ja jutro
uciekam w głąb Polski i klnę się do stu
tysięcy że w październiku będę gdzie indziej
choć na takiego co dał dupy nie wyglądam

850 tysięcy osób, w większości Żydów i Cyganów

"Frascati to idealne mieszkanie" - mruczy w książce Ewy Kuryluk mama narratorki. "Frascati" (WL, 2009) to też tytuł opowieści o miłości, odkryciach, życiu. Kolejnej w kolekcji autobiograficznych próz malarki, fotografki i performerki.


Mówiąc jeszcze inaczej w skrócie: "Frascati" to zbiór szkiców o poszukiwaniach prawdy. Od razu zastrzegam, że dla Kuryluk jest to oczywiście niemożliwy projekt, wymagający z jednej strony ogromnego wysiłku, a z drugiej narażony na niepowodzenie w tym sensie, że większość zdarzeń to zbiegi okoliczności i przypadki. Przypadek to zresztą jedno ze słów-kluczy dla tej opowieści.

Ewa Kuryluk, którą znamy z fotografii, instalacji, ale także książek ("Wiek XXI") przywołuje w tekście przede wszystkim dialogi z mamą. Spisywane są one w jednym akapicie, na jednym oddechu. Trochę na zasadzie halucynacji, trochę na zasadzie snu. Co najważniejsze: wyłania się z nich jakaś bliżej nieokreślona, ale zadziwiająca chmura wieści:
o ojcu, Karolu Kuryluku, "Łapce", który okazuje się człowiekiem nie tylko życzliwym, ot tak, po ludzku, ale również bohaterem i herosem ratującym Żydów przed Zagładą;
o mamie, Żydówce, która chciała, by przyszła malarka i pisarka została pianistką;
o Piotrusiu, czyli bracie narratorki, który ciężko chorował po śmierci ojca.

Autorka i narratorka zarazem rekonstruuje te wszystkie historie i opowieści w sposób nieciągły - jakby chciała naśladować dynamikę naszej pamięci, która siłą najsilniejszych wspomnień miesza chronologię, fałszuje nieco fakty, przesuwa znaczenia. I stawia akcenty nie na tym, co z jakiegoś bliżej nieokreślonego obiektywnego punktu najważniejsze - ale na tym, co budzi najsilniejsze emocje. Co budzi czułość, lęk i miłość. Co generuje strach przed śmiercią i odejściem najbliższych, które to odejścia - prędzej czy później - nastąpić muszą. Choćby nie wiadomo co.

[18-letnia Ewa Kuryluk z bratem i przyjaciółką w Zakopanem, 1963. (c) by www.kuryluk.art.pl]

czwartek, 1 października 2009

2 skandaliczne książki

Coś na odprężenie tym razem. "LO Story" (Prószyński Media, 2008) oraz "Dżus & Dżin" (Prószyński Media, 2009) Magdy Skubisz. W najnowszym, dzisiejszym, "Magnesie" rozmowa z nią.

- Ponoć pomyśl na pisanie pierwszej książki zrodził się przypadkiem. W którym momencie zdała sobie Pani sprawę, że to jednak nie żarty a poważna sprawa?

- Podczas pisania - w twórczości w ogóle - najpiękniejsze jest to, że można totalnie odlecieć, zatrzeć poczucie rzeczywistości. Ludzie odlatują na wiele różnych sposobów - piją, biorą, uprawiają sporty ekstremalne, hodują róże albo kury - ja napisałam książkę, bo opiekowałam się małym dzieckiem i nie mogłam pozwolić sobie na nic bardziej ekskluzywnego. Pisanie to przemiłe zajęcie w zaciszu domowym, nie wymaga nakładów pieniężnych, więc świetnie nadaje się na hobby dla młodych matek, jako czynność relaksująca pomiędzy karmieniem a zmienianiem pieluszek. A tak na serio, książka "wyszła" jako swoisty efekt uboczny mojej opieki nad synem. Nie widzę powodu, żeby robić z tego poważną sprawę; im poważniej i z zadęciem coś traktuję, tym bardziej mi nie wychodzi.

Więcej TU.