piątek, 27 listopada 2009

5 tysięcy znaków [wywiad z Marcinem Świetlickim, Gają Grzegorzewską, Irkiem Grinem]

I jeszcze a propos "Orchidei" - od dzisiaj w serwisie Polityka.pl rozmowa z trójką autorów. Tutaj fragmencik:

MW: Jak wyglądało to Wasze wspólne pisanie?

: Siedzieliśmy w trójkę.

IG: W „Mleczarni”.

GG: Na Kazimierzu.

: Irek w środku, Gaja po lewej, ja po prawej. Najpierw rozmawialiśmy, później zaczynaliśmy pisać. Pierwsze zdanie wynikało najczęściej z tej rozmowy.

GG: Albo ktoś przychodził z jakimś pomysłem.

IG: Albo ktoś przechodził i coś powiedział.

: A potem jak było już 5 tysięcy znaków to przerywaliśmy abstynencję i szliśmy pić.

IG: Gdyż my w pracy nie pijemy.

MW: Jasne!

IG: Słowo!

GG: Słowo!

: No, słowo!

IG: Ale nikt nam nie wierzy.

: Nikt!

(po chwili): No dobra. Jest jeden odcinek, którego nie pamiętam.

Całość w wersji soft TU i hard TU.

czwartek, 26 listopada 2009

grudzień 2007 r.

"Orchidea" (EMG, 2009) to wspólne dziełko Marcina Świetlickiego, Gai Grzegorzewskiej, Irka Grina. Krakowskie acz zabawne. :-)

(...) Prawda oczywiście leży zawsze gdzie indziej, a zabawa stanowi o smaku życia. Wiedzą o tym doskonale nie tylko autorzy, ale i bohaterowie książki. "Orchidea" zatem to spektakl dobrego humoru, pogrywki, skrząca się ironia i pisanie pod prąd wszelkim modom - włącznie z modą na poprawność polityczną. Sztywny gorset gatunku się rozluźnia, rzeczywistość przeplata się ze zmyśleniem (i to w podwójnym sensie - jeden z bohaterów jest zafascynowany bowiem second life'em), a absurdalne dialogi i zwroty akcji sprawiają, że trudno wycenić jakość całości.

Najzabawniejsze dla czytelników będzie jednak nie tyle rozgryzanie literackich odniesień (choć i to spore pole do popisu dla polonistów o zacięciu internacjonalnym), co aluzje do rzeczywistości powszechnie dostępnej. iPody, kultura emo, Prada, serial "Dynastia", Zwis i tak dalej, i tak dalej. Jeszcze więcej radości, ze względu na kontrowersyjność samego gestu portretowania wprost innych kumpli, sprawią aluzje czysto personalne. Na kartach tej książki pojawiają się mniej lub bardziej bezpośrednio - "jako żywo!", by zacytować język jednego z bohaterów "Orchidei" - Marcin Baran czy Paweł Dunin-Wąsowicz. Takimi odniesieniami ta fabuła gęsto się ściele (!) szczególnie od połowy, gdy autorzy przestali mieć związane ręce internetową publikacją. Pod koniec "Orchidei" pomieszanie bohaterów zmyślonych z realnymi sięga absurdu. (...)


Fragment tekstu, który w całości - za opłatą - dostępny jest TU.

niedziela, 22 listopada 2009

Kredytowa 5, Warszawa

W tym roku jednym z gości Festiwalu 4 Pory Książki - Pora na reportaż był Peter Godwin firmujący autobiograficzną opowieść "Gdzie krokodyl zjada słońce" (W.A.B., 2008):

Przyznam na początek, że czytałem ją jako kolejną książkę o relacjach między synem a ojcem. Relacjach trudnych, pełnych napięć, pragnienia czułości i zrozumienia ze strony syna i wysokich oczekiwań ze strony ojca.

Kazimierz Goldfarb, ojciec Petera, Żyd z Polski, zdołał uciec do Anglii tuż przed piekłem. W 1939 roku był zaledwie nastoletnim chłopakiem i na Wyspy wybrał się w celu doszlifowania języka angielskiego. Kiedy jednak wojna wybuchła we wrześniu, Kazio podjął decyzję pozostania poza granicami Polski. Tak rozpoczęło się jego nowe życie.

Wkrótce Kazimierz Goldfarb zmienia się w George'a Godwina i wraz z żoną Helen, lekarz, przeprowadza się na inny kontynent. Na terenach Południowej Afryki, w kolonii brytyjskiej, która potem przeobraża się w Rodezję, a wreszcie - pod koniec XX wieku - w świetnie (na początku) prosperujące Zimbabwe, rodzi się ich syn, Peter Godwin. Doskonale wykształcony (Oxford i Cambridge), służący w wojsku, prawnik i dziennikarz (jako freelancer opisywał dla anglojęzycznych mediów konflikty zbrojne z terenów Afryki) nic nie wie o przedwojennej przeszłości ojca. Odkrywa ją pewnego dnia, właściwie przez przypadek.

"Gdzie krokodyl zjada słońce" jest w pewnym sensie książką szpiegowską, ale także opowieścią o tym, że historia lubi się powtarzać. Bowiem podobnie jak kiedyś Kazimierz Goldfarb musiał opuścić Polskę, chroniąc się przed niekorzystnym wiatrem historii, tak i teraz -z początkiem XXI wieku, gdy w Zimbabwe zmienia się władza - jest prześladowany ze względu na kolor skóry. Biali Afrykanie stali się kozłami ofiarnymi odpowiedzialnymi za wszelkie zło, które dotknęło kraj.

Przykra to książka, choć sam Peter Godwin to postać kolorowa, z naręczem anegdot i historii niebywale ciekawych. W Bielsku-Białej, gdzie uczestniczył w spotkaniu w Książnicy Beskidzkiej, mówił o hiperinflacji w Afryce, o śmierci ojca, o strachu (tak się będzie nazywać zresztą jego najnowsza książka). Peter obecnie mieszka zresztą w Nowym Jorku, obraca się w towarzystwie celebrytów (jego żona jest naczelną amerykańskiego wydania "Marie Claire"; przy okazji: Victoria Beckham nie jest wcale taka zachwycająca na żywo!) i przymierza się do ekranizacji książki. Podobno już są jakieś realne w związku z tym projekty. Zważywszy na formę "Gdzie krokodyl zjada słońca" - coś z pogranicza pamiętnika, reportażu, eseju, powieści - ciekaw jestem, co to będzie za film.

PS. A tu Robert Mugabe w latach 70. Jeszcze przed tym, jak Zimbabwe zdobyło niepodległość. Kto by pomyślał, że tak namiesza za kilkanaście lat.

piątek, 20 listopada 2009

maksimum 2-3 tys. egzemplarzy [wywiad z Jerzym Illgiem]

Jerzy Illg mówi w rozmowie przy okazji książki "Mój znak" o Szymborskiej i Miłoszu:

(...) Sparingowali się w dyskusjach?

Szanowali. Chociaż ich konfrontacje były zabawne. Włącznie z dyskusją o tym, jak lata zimorodek. Bardzo żywiołowa debata. Pokazywali wtedy całe choreograficzne układy: że wślizguje się pod wodę albo że skacze po kamieniach. Było w sumie sporo wątpliwości. W końcu jednak Miłosz uciął tę dysputę, oświadczając zasadniczym głosem: „Przecież ja napisałem, że lata tak!”. No i to był koniec rozmowy. Bo skoro twórca i kreator napisał, że jest tak, no to rady nie było. Zwłaszcza że Szymborska miała wobec niego mnóstwo atencji. Do samego końca.

Wobec samej siebie Szymborska miała – i ma – mnóstwo dystansu. Tuż przed wyjazdem po Nobla do Sztokholmu odbywało się z nią spotkanie w Starym Teatrze. Tam właśnie jej przyjaciółka, prof. Teresa Walas, zaimprowizowała wywiad. Rzecz unikalna, bo Noblistka z zasady ich nie udziela. Szymborska mówiła wtedy, jak na przykład na targu, gdzie robi zakupy, zdarzyło się jej podsłuchać rozmowę dwóch kobiet. Jedna mówiła: „Pani, widziałam tę naszą kandydatkę na Nobla”. A ta druga: „No i co? No i co?”. Wtedy ta pierwsza, machając ręką, zaciągnęła: „Iiii!”. Tego typu sytuacje są dla niej zachwycające w swoim boskim idiotyzmie i absurdzie. Stąd jej „podsłuchańce” jako gatunek literacki. (...)

Całość TU.

środa, 18 listopada 2009

007

Nie wiem, o co chodzi, ale ostatnio czytam sporo literatury faktu. Leksykony, reportaże, encyklopedie ;-) Na przykład "Bond Leksykon" Kamila M. Śmiałkowskiego (Media Pascal, 2009):


Kamil M. Śmiałkowski to jeden z niewielu ludzi w Polsce, którzy poważnie traktują popkulturę. I chętnie do tego się przyznają w dodatku. Swoją pasją dzieli się na blogu www.slowem.pl, choć teraz zrobił przyjemność także i tym, którzy cenią tradycyjną formę przekazu. Wydał książkę o Bondzie.

Ten leksykon to majstersztyk sztuki leksykograficznej i graficznej w ogóle (zdjęcia, marginesy, a nawet sama czcionka - pychotka!). Hasła ułożone w porządku alfabetycznym zaczynają się od 00..., by brnąć dalej poprzez Alkohol ("Martini. Wstrząśnięte, nie zmieszane"), Broń, Czołówkę, Gadżety, GoldenEye, Jedzenie (!), Kobiety i Komiks (a jak!), Madonnę, Papierosy (bo Bond palił jak smok!), Politykę, Polskę (z Izabellą Scorupco - p007ską dziewczyną Jamesa Bonda), Rasizm, Teledyski, Turystykę (w Europie Bond był wszędzie poza Irlandią, Belgią, Danią, trzema krajami skandynawskimi, Rumunią, Węgrami i Polską), aż po powieść Żyje się tylko dwa razy. Są poza tym tu oczywiście nazwiska - aktorów czy reżyserów. Solidna robota, jednym słowem, okupiona cierpliwością benedyktyńską zapewne.

Wyszła książka na wskroś "maniacka" - w tym sensie, że ucieszy ona wszystkich maniaków, którzy nie omieszkają pewnie wyliczyć listę rozmaitych błędów (z maniakami tak bywa, że innym maniakom zawsze wytkną błędy). No chyba, że nie. Bo dokumentacja wygląda naprawdę imponująco.

Bond byłby dumny z dziełka.:-)

sobota, 14 listopada 2009

1/100 złotego

Bardzo, bardzo, bardzo krakowska książka. Bardzo. :-) "Alfabet krakowski Andrzeja Kozioła" (WAM, 2009).


"Właściwie książeczka ta powinna nosić inny tytuł - 'Subiektywny alfabet krakowski Andrzeja Kozioła'" - pisze autor we wstępie i słusznie pisze. Na książkę składają się bowiem króciutkie notki (jak je nazwać? anegdotki? nie za bardzo. szkice? też nie do końca. za krótkie. dogadywanki? ;-) chyba najbardziej. a może też trochę: skojarzenia) o postaciach, zjawiskach, słowach, miejscach.

Kozioł po Krakowie wędruje po swojemu. Jest więc trochę postaci z "Dziennika Polskiego", jest całkiem sporo Zwierzyńca, obiekty i miejsca do konsumpcji ;-), a także mnóstwo słów, o których dziś rzadko kto ma pojęcie. Jak na przykład: pyrla (proca) czy buzerant (homoseksualista).

Poza tym dowiemy się też stąd, że:
- precle to nie precle a bajgle (bo precle mają kształt ósemki, bajgle są okrągłe),
- glaca to łysina albo łysek (ale to jeszcze chyba niektórzy kojarzą),
- tajniacy sprowadzeni z prowincji rozpoznawalni byli w latach 70. po wpatrywaniu się w grającego hejnalistę na Wieży Mariackiej,
- hasło "przyjechali kowboje, każdy płaci za swoje" słyszało się przed budką z piwem lub w knajpie. "Żeby nie było wątpliwości, że nikt nikomu niczego nie zafunduje".

Podoba mi się. Zwłaszcza to ostatnie. ;-)

czwartek, 12 listopada 2009

na początku jest około 3000 stron [wywiad ze Steve'em Sem-Sandbergiem]

Steve Sem-Sandberg, który napisał książkę o Milenie Jesenskiej, mówi o Pradze początku XX wieku, dwuznacznym charakterze Jesenskiej, ale także o tym, jaką interesującą była ona dziennikarską. Mówi również tak:

paradoks całej sytuacji polegał na tym, że ów tytułowy obóz był miejscem, które poniekąd na Milenę Jesenską czekało. Na marginesie: obóz niewiele ją zmienił. Była taka jak wcześniej - ze swoimi złymi i dobrymi cechami charakteru. Nadając taki tytuł książce, chciałem opowiedzieć o jej pobycie tam, ale również przypomnieć, że tam właśnie kończyło się życie. Nie tylko dla niej.

Więcej TU. [dostęp niestety płatny]

wtorek, 10 listopada 2009

Warszawa, początek lat 50. dwudziestego wieku

Najpierw zobaczyłem to:



Potem, niemal natychmiast, sięgnąłem po to:


"Rewers" (W.A.B., 2009) Andrzeja Barta jest bowiem nie tylko świetnym scenariuszem do świetnego filmu, ale i świetną książką. A może lepiej: świetną historią.

Warszawa, lata 50. Sabina jest redaktorką działu poezji w wydawnictwie. Nieśmiała, zamknięta w sobie, po cichu marzy o księciu z bajki. Czasu zresztą wiele nie ma, o czym skwapliwie, niemal na każdym kroku, gorliwie przypominają jej mama z babcią. Być starą panną nie uśmiecha się nikomu, wiadomo. Dlatego kandydaci - nagabywani przez zaangażowaną rodzinę - pojawiają się i... znikają. Niemal natychmiast. Aż do momentu, gdy ciemną nocą z opresji uratuję Sabinę ON, wybranek serca. Przystojny jak marzenie mężczyzna, dla którego Sabina straci głowę. Przynajmniej do pewnego momentu. Bo potem...

Nie będę zdradzał całej reszty, bo odkrywanie - powoli, płatami - tej historii to jedna z przyjemności, jakie nas czekają. Zwłaszcza, że przeplatana nawiązaniami do systemu, wojny, a także obyczajowych przemian współczesności opowieść spięta jest klamrą współczesności. Książka Barta tym różni się od filmu, że opis jest gęstszy, słowa bardziej rwące, a ironia dosadna. Film, o którym - jak słyszę - mówi się, że jest połączeniem noir i tragikomedii jest uboższy chociażby o narratora, który ciągle dogaduje i wysyła sprzeczne sygnały. Jak to zresztą u Barta - nie od dziś. Nawet Jarek Czechowicz na swoim blogu (przy okazji - gratulacje!:-) ) napisał, że to opowieść bardzo dwuznaczna. Coś więc musi być na rzeczy. ;-)

Podziwiam Barta za dobre ucho, rodzaj narratorskiego rozdrażnienia, przewrotność w kreowaniu fabularnych sytuacji. A przede wszystkim może za to, że bez specjalnego nadęcia i ideologicznego brokatu, a za to z humorem, umiał opowiedzieć zajmującą i jednocześnie tak bardzo aktualną historię. Drżyjcie IPN-y i inni sierjozni tropiciele historii! ;-)

sobota, 7 listopada 2009

17 maja 1944

Znamy ją przez Franza Kafkę. Ale odtąd będziemy jeszcze bardziej. Dzięki Steve'owi Sem-Sandbergowi, autorowi "Ravensbruck. O Milenie Jesenskiej" (Czarne, 2009).


Książka szwedzkiego pisarza i dziennikarza składa się z plam, które - jak w jakimś śnie - mieszają się ze sobą i zlewają. Czasem trudno odróżnić ich właściwy odcień i rozpoznać zasadniczy kolor. Smutek to czy radość? Żal czy gniew? Z jednej strony jest to bowiem opowieść o zwyczajnym życiu, emocjach, miłościach, rozczarowaniach; rzeczywistości - mówiąc w skrócie - której doświadcza każdy (na ogół). Z drugiej jednak strony ta historia układa się w mroczną i tragikomiczną momentami narrację o osobie uwięzionej w obozie koncentracyjnym.

Jesenska, wybitna czeska dziennikarka, to nie tylko "przyjaciółka i tłumaczka Franza Kafki", ale przede wszystkim fascynująca kobieta, która potrafiła swojego ojca - szacownego praskiego profesora z początku XX wieku! - doprowadzić do szału. Umiała też oczarowywać, trudnych do oczarowania, mężczyzn. Posiadała niezwykły magnetyzm, który jednych przyciągał, a innych wręcz przeciwnie - odpychał.

Książkę Sem-Sandberga czyta się jako historię o tym, jak ulotne jest szczęście i jak przewrotny bywa los. Także o tym, że emocje, te między najbliższymi, bywają najsilniejsze - zwłaszcza jeśli o zranienie chodzi.

No i te jego zdania:

Uwielbiała siedzieć na nim, plecami oparta o jego pierś, zdziwiona, że mieści się w ciasnym zagłębieniu między jego udami a dłońmi: zakochani wpasowani w siebie jak dziecko w wanienkę lub jak dwa głębokie talerze w szafce, i przy słonecznej pogodzie koniecznie chciała się kochać w pobliży otwartego okna, za którym marszczona lekkim wiatrem woda płynęła w dali srebrzystym nurtem światła, a blask słońca gładził ciepłą dłonią jej gołe ramiona, kark i uda.

PS. Kto jest w Krakowie obecnie, tego zachęcam do dzisiejszego spotkania z Autorem. Szczegóły TU.

czwartek, 5 listopada 2009

MXZ3471

Macie ochotę na chwilę nieskrępowanego szaleństwa wyobraźni? Jeśli tak, to na czwartkowy wieczór proponuję "Braci Strach" (Skrzat, 2009) Katarzyny Turaj-Kalińskiej.


Spotkałem tę książkę (wraz z Autorką ;-) dzisiaj na 13. Targach Książki w Krakowie. To jedna z premier imprezy. Premier, która powinna zainteresować wszystkich (wiem, że to spora grupa) mierzących się czytelniczo z formą opowiadania.

Pretekstem do pisania "Braci Strach" wydaje się zachwyt nad absurdem świata, który nie przystaje do naszych oczekiwań i wyobrażeń. Narrator(ka) tych tekstów, ocierając się o jak-najbardziej-materialną-rzeczywistość (której zresztą porządkująca śmieci firma jest doskonałym emblematem) dziwi się światu. Po prostu. Trochę jak dziecko, trochę jak szaleniec. Ktoś w każdym razie nie z bajki nudnych profesjonalistów, którzy wszelkie niewygodne krzywizny czasoprzestrzeni zmietliby pod dywan. Albo rozpisali w nudnych tabelkach. W "Braciach Strach" dzieje się inaczej. Tu ciekawe są absurdy, szczypta - jak to się mówi - ironii, czasem lekkie obrzydzenie.

Brzmi to wszystko, przyznaję, nieco abstrakcyjnie, bo też i trzeba mieć dużo wyobraźni, by nadążyć za Turaj-Kalińską. Z drugiej strony niektóre z tych opowiadań zdają się dotykać rzeczywistości bardzo boleśnie. Tak jak na przykład "Lowelas w Berdyczowie Czasoprzestrzennym".

Rytm tych opowiadań jest jak rzeczywistość widziana w ich perspektywie: nieco porwany, z pozoru niekonsekwentny, czasem nawet cyklofreniczny. Myślę z drugiej strony, że - gdyby ktoś się pokusił - to dobry materiał do analizy psychoanalitycznej. Dużo tu nawrotów, natręctw, lęków, powtórzeń...

No i jeden z moich ulubionych fragmentów:

Tup! Tup! Tup! Tup! Łup! Łup! Łup! Łup-cup! Łup-cup! Łupu-cupu-łerd-cup! Merd-pierd-chłam-cham-łupu-cupu-tup!

;-)))

poniedziałek, 2 listopada 2009

71-letnia Sontag

O wspomnieniowej książce syna Susan Sontag "W morzu śmierci" (Czarne, 2009):

(...) Książka Rieffa to taki suplement do życia, które zaskoczyła śmierć. Rodzaj sprawozdania, owszem, ale sprawozdania pełnego dopisków na marginesach, z jednej strony odwołań do autorytetów i fascynacji (John Berger, Tomasz Mann, Simone de Beauvoir), a z drugiej – samooskarżania się i żalu za tym, co nieodwracalne, a przecież – chciałoby się – do naprawienia („myśmy nigdy nie okazywali sobie fizycznej czułości”). Naprawdę smutny to dokument, który pragnie się przepisać lepiej, wykreślić winę, zabalsamować żal, może trochę poprawić zachowania bliskich. Gorzej, że w tym zestawie do umierania nie ma przycisku „przewiń do tyłu”. W uwagach do sprzętu znajdziemy tylko radę: „życie toczy się dalej”. Banalną, ale innej nie ma. (...)

Więcej TU.