"Midas rodzimego show-biznesu". Nie, też źle.
"Ilona Łepkowska, po prostu". Tak, już lepiej.
W ten sposób przedstawiono ją w książce "Ł jak Łepkowska" - wywiadzie-rzece Andrzeja Opali.

Książka ta oczywiście w żadnym wypadku nie jest propozycją beletrystyczną (chociaż, kto tam wie!), natomiast dość dobrze przybliża fenomen Łepkowskiej. I, zaryzykuję tezę, nieco ociepla jej wizerunek.
Jest tu trochę zwierzeń, wspomnień z dzieciństwa (ojciec - dość zdyscyplinowany, matka - nieco wycofana), odrobina zwierzeń z życia prywatnego (choć trzeba też przyznać, że Łepkowska nie omawia szeroko np. kwestii eksów), opowieści o córce i o pierwszych krokach w branży. O tym, jak była statystką u Wajdy (przeurocza zresztą scena!) i o tym, jak popłakała się z lęku przed tym, jak zostanie przyjęty film "Och, Karol". Film, który wyprodukowany w 1985 roku, jeszcze w 2009 roku był w stanie zgromadzić w telewizyjnej Jedynce ponad dwa i pół miliona widzów...
Poza tym oczywiście sporo dowiadujemy się o kulisach powstawania hitów. "M jak miłość" czy "Barw szczęścia". O pracy z aktorami czy współscenarzystami.
Ja stosuję wobec moich autorów socjotechnikę. Na przykład w "M jak miłość", na wysokości dwieście pięćdziesiątego czy trzechsetnego odcinka byłam już bardzo znużona i uważałam, że nasz czas się właściwie kończy. Na początku każdego spotkania zespołu scenariuszowego wypowiadałam następującą sekwencję: "Moi drodzy, uważam, że jest beznadziejnie, już nie ma co wymyślać, bo zjadamy własny ogon. Ja osobiście nie mam żadnych pomysłów, jak to pociągnąć, zabijcie mnie, ale naprawdę nie mam i skończmy tę nierówną walkę, bo będziemy schodzić z ekranu, mając co tydzień o milion widzów mniej...".
I to było, przyznaję, bardzo mobilizujące, podrywało mój zespół, doprowadzało do eksplozji pomysłów.
Łepkowska, choć raz po raz opowiada o swoich sprytnych zabiegach, sportretowana jest w książce jako osoba niezwykle zdystansowana do tego, co robi. To, że nie oszalała w związku z sukcesami swoich seriali, zawdzięcza pewnie niebywałej pracowitości i solidności, którą wyniosła z domu. Scenarzystka przyznaje, że z trudem wypoczywa (budzi się codziennie o godz. 7), ciągle wpada na jakieś pomysły albo przyjmuje zlecenia. I dopracowuje. Bo jest perfekcjonistką. Prawie nigdy nie odpuszcza, a kiedy musi - jak sama przyznaje - przychodzi jej to z wielkim trudem.
Z tej książki komplikuje się jednoznaczność wizerunkowa Łepkowskiej. Znaleźć bowiem można tu wiele fragmentów dotyczących niepoukładanego życia prywatnego czy - jeszcze niedawno rzadko spotykaną wśród polskich twórców - pewność siebie, połączoną ze świadomością odgrywanej roli:
Dookoła mnie leżą na ulicy puzzle - ludzkie losy - które ja tylko zbieram i mozolnie układam. To nie jest żadna twórczość. Czuję, co myślą ludzie i czego oczekują. Domyślam się, czego im trzeba, żeby poczuli się przez chwile lepiej.
Pozazdrościć. Naprawdę.
PS. Andrzej Opala z Łepkowską spotkał się w ciągu czterech miesięcy jakieś sześć razy. Przegadał grubo ponad dwadzieścia cztery godziny. To nie jest wiele jak na materiał, który zgromadził w książce. Gratulacje za profesjonalizm i ogrom pracy.
0 komentarze:
Prześlij komentarz