wtorek, 26 stycznia 2010

Curso Ginasial Ano 1962

Ponad 100 milionów egzemplarzy, 455 przekładów, 66 języki, 160 kraje. Trzeba mówić więcej? Nie. To Paulo Coelho. Teraz w porywającej powieści sensacyjno-romansowo-fantastycznej pt. "Czarodziej" (Drzewo Babel, 2009):


Biografia, jak to biografia, zawiera kilka niezbytych faktów. Na przykład to, że Coelho przyszedł na świat w sierpniu 1947 roku. Że był dzieckiem słabym, astmatycznym (astma się wzmagała, gdy widział piękne dziewczyny) i pragnącym zostać wielkim pisarzem. Wielkim i sławnym, dodam. Przeczytamy tu też, że zaczynał od poezji, by szybko przerzucić się w stronę prozy. I że zanim trafił na listy bestsellerów miał wiele przygód. Z Kościołem, narkotykami, próbami samobójczymi i - choć to oczywiście mało szczęśliwe zestawienie - homoseksualnymi. A także z kobietami. Całym naręczem kobiet, które interesowały się Paulem, mimo jego wzrostu (169 cm) i wcale nie tak znowu absorbującej fizjonomii.



Zresztą nie ma co streszczać szczegółów biografii, gdyż są one dostępne w różnych miejscach. Ot, choćby na Wikipedii.

Rzecz w tym przypadku polega nie na rekonstruowaniu biografii, ale na jej dekonstruowaniu. Zwłaszcza, gdy mamy do czynienia z postacią tak owianą legendami i mitami jak autor "Alchemika". Dekonstrukcji, czyli poniekąd odczarowywaniu - czegoś, co Fernando Morais, autor biografii - zupełnie nie zrobił. Niestety.

Ta książka natomiast może służyć jako przykład budowania mitu w porozumieniu z Autorem. Morais zaprzyjaźnił się z Coelho, dopytywał o szczegóły, przepisał pewnie gro anegdot, które płynęły wprost z ust zainteresowanego czy z ust przychylnych zainteresowanemu. To są oczywiście moje dość odważne podejrzenia, ale poniekąd uzasadnione tym, co znajduję w książce. Wszystkie chropowate i ciemne strony biografii Coelho są bowiem wygładzone i wyprasowane. I pocieszające. Jak wiosenne tchnienie świeżego powietrza. Jak światło wojownika. Jak płynąca rzeka...



Siegając po biografię, poza tym, że dowiem się kilku pikantnych szczegółów i wypisze sobie co bardziej interesujące zdania ('interesujących' zdań cała masa - ale o tym innym razem), liczyłem po cichu, szczerze powiedziawszy, że biografista zajmie się fenomenem tej prozy. I jej różnymi obliczami.

Zajął się, owszem. Ograniczył się niestety do wyliczenia sukcesów pisarskich i krytyk pod adresem autora "Pielgrzyma". Dodając, że mimo tego (krytycznych uwag) pisarz się nie poddaje. I pisze nadal.

Najwyraźniej Coelho to twarda sztuka. Nie wyobrażajcie sobie za dużo!;-)

niedziela, 10 stycznia 2010

1890 i 1914 - Dorian Gary i Gregor Samsa

Odrobina perwersji nikomu nie zaszkodziła. Zwłaszcza, gdy obudowana ona jest solidnymi koncepcjami psychoanalitycznymi. Na przykład Elisabeth Roudinesco, autorki "Naszej mrocznej strony. Z dziejów perwersji" (Czytelnik, 2009):

Najpierw odrobina historii i wyjaśnień słownikowych:

Rzeczownik "perwersja" (...) pojawił się między rokiem 1308 a 1444. Przymiotnik "perwersyjny" (...) powstał z 'perversitas' i 'perversus', imiesłowu czasu przeszłego dokonanego od 'pervertere': zawracać, wywracać, odwracać, a także: powodować erozję, zakłócać, dopuszczać się ekstrawagancji.
Perwersyjny zatem - istnieje tylko jeden przymiotnik dla kilku rzeczowników - jest ktoś dotknięty 'perversitas', czyli perwersyjnością (lub perwersją).

Tyle słownik. Jednak czym jest dokładnie perwersja, wnioskuje autorka, powiedzieć na pewno się nie da. Można tylko śledzić, jak była definiowana. W średniowieczu pełnym mistyków czy biczowników. W XVIII wieku z perwersyjnym de Sade'em. W XIX wieku, który oszalał na punkcie dziecka-masturbanta, homoseksualisty i kobiety histeryczki. Czy wreszczie w wieku XX, który jest rozlegle w tej książce opisany jako czas Auschwitz i problemów z tożsamością.

Rozdziały dotyczące współczesności są zresztą najostrzejsze.

Obszernie opisana "banalność zła" nazistowskich zbrodniarzy - tutaj jeszcze raz zdefiniowana z perspektywy psychoanalitycznej - przyprawia mnie o dreszcze zawsze. Tak jak na przykład takie akapity o Mengelem:

Piękny, wytworny, wyperfumowany, w białych rękawiczkach, pogwizdując z upodobaniem arie z "Toski", wybierał ludzi na rampie w Birkenau, lekko trącając szpicrutą swe oficerki. Słuchał z nabożną czcią symfonii van Beethovena, uwielbiał psy, jadał szarlotkę, zwracał się uprzejmie do wszystkich oraz do każdego z osobna i nie wyróżniał się niczym szczególnym poza absolutnym cynizmem, zupełnym brakiem uczuć, fanatyzmem naukowym i bezgraniczną wolą eliminowania Żydów, których - z powodu ich inteligencji - obraczał odpowiedzialnością za poniżenie "rasy" niemieckiej.

Równie ciekawa jest perspektywa perwersyjna związana z analizą sytuacji homoseksualistów czy osób queerowych. Ciekawa, chociaż - miałem momentami wrażenie - autorka stoi na konserwatywnej pozycji. I nie do końca chyba jest przekonana np. co do płynnych tożsamości.

Roudinesco opisuje rzeczywistość z perspektywy psychoanalitycznej, co jest bezpieczną strategią, chociaż - o czym sama pięknie w puencie książki pisze - jako psychoanalityczka, nie jest wolna od perwersji. Już to chociażby przez sam fakt zainteresowania perwersją:)

Pozytywne w tej książce jest to, że przykłady
z tzw. życia społecznego czy historii obyczajów pomieszane są z nawiązaniami do litertury. Dominuje oczywiście kultura frankofońska. Pewnie przede wszystkim ze względu na pochodzenie samej autorki. Inna sprawa, że Francuzi perwersje drążyli. A przynajmniej mają bogatą historię w mówieniu o niej.

Swoją drogą: ciekawe, jak wyglądałaby historia kulturowej perwesji w Polsce.


Na koniec tylko jeszcze dopiszę, że momentami Roudinesco ponosiło. Raz po raz, spomiędzy przyjemnych i wratko toczących się opowieści perwersyjnych:), wyskakiwał a to Lacan, a to Freud, a to inni jeszcze. Jak gdyby nigdy nic. Albo: jak gdyby każdy Lacana miał w paluszku. Oczywiście, małym paluszku a.


Brzmi perwersyjnie, prawda?

Takie to właśnie jest:-)

czwartek, 7 stycznia 2010

Tadeusz pamięta, że na trzecie spotkanie przyszła w bluzce z dużym dekoltem

Rok 2010 zaczyna się od mrozów. Dosłownie i w przenośni. Bo o mrozie w relacjach międzyludzkich pisze także Małgorzata Rejmer w "Toksymii" (Lampa i Iskra Boża, 2009). Wspominałem o tej książce w poście poprzednim, czas teraz na więcej konkretów.

Przede wszystkim więc jest to opowieść, czy raczej zbiór opowieści osadzonych we współczesności. Rzecz bowiem zasadniczo dotyczy relacji międzyludzkich, zwłaszcza tych, które wcale nie są udane, czy - jak sugeruje tytuł - są toksyczne. Mamy więc natrętnego powstańca Tadeusza, który zapałał miłością (kompletnie nieodwzajemnioną) do młodej Anny. A właściwie do pewnego wyobrażenia Anny, która - w jego oczach - jawiła się jako zdobycz na polowaniu. Polowaniu, gdzie - rzecz jasna - on zawsze był zwycięzcą. Jest też na przykład Lucyna. Rozmodlona, ale w sposób dziwaczny. Do Chrystusa, który jest ni Bogiem, ni człowiekiem. Takim rodzajem symularkrum przyjaciela, który daje namiastkę obecności kogoś ważnego w życiu.

Bo to w zasadzie książka o samotności i egoizmie. O tym, jak z zamknięcia się na świat i na to, co mają do zaoferowania inni - bez wciskania ich w niewygodny gorset tylko-naszych-oczekiwań - wynikają nieprzyjemności, porażki, żenujące momenty. Rejmer nie pisze jednak o tym wszystkim ze smutkiem. Raczej z groteskową bezradnością, zwracając tym samym uwagę, że świat w istocie to mozaika paradoksów, a w obserwowaniu cudzej samotności i egoizmu można przyjrzeć się, jak w zwierciadle, własnym ograniczeniom i uprzedzeniom. Tak przynajmniej ja odbierałem tych bohaterów. :-P

Mówi Małgorzata Rejmer tak:

W„Toksymii” samotność bohaterów bierze się z ich niezdolności do wyjścia poza własne ja, to jest jakaś forma egoizmu, ale też chodzi o zwykły brak wrażliwości i o niechęć do podejmowania wysiłku, jakim jest zetknięcie się z drugim człowiekiem. Moi bohaterowie nie są przesadnie świadomi tego, co tak naprawdę jest przyczyną fiaska w ich relacjach z ludźmi, bo nie szukają winy w sobie. Większość z nich ma postawę łagodnie roszczeniową, to znaczy spokojnie czekają, aż świat dostosuje się do ich oczekiwań. Gdyby mieli większą samowiedzę i zdolność do introspekcji, to najprawdopodobniej byliby zupełnie innymi ludźmi i„Toksymia” byłaby opowieścią o czymś innym.*

*Fragment z wywiadu, który w całości dostępny jest TU (niestety dostęp płatny).

"Toksymia" już zebrała pozytywne recencje krytyków i pisarzy, zwracając uwagę m.in. Agnieszki Wolny-Hamkało czy Izabeli Sowy. Ukazała się w "Lampie i Iskrze Bożej" z ilustracjami Macieja Sieńczyka. Budzi dużo pozytywnych emocji i wydaje się, że to dopiero początek sukcesów. Ja trzymam w każdym razie kciuki.

Ta książka pisana jest frazą, która wciska w fotel i nie daje spokoju.

Bądźcie więc czujni. Nie tylko w Nowym Roku. :-)

wtorek, 5 stycznia 2010

Rok 2009: podsumowanie

Po rozleniwiającej przerwie świąteczno-noworocznej czas na porządki i podsumowania.

Przejrzałem wszystkie wpisy z ubiegłego roku i z przykrością muszę przyznać, że nakaz odnotowywania nowości sprawił, że wielu wartościowych rzeczy, jakie czytałem w roku ubiegłym, nie ma. A te, które opisałem, często z entuzjazmem - bywa, że zbladły po kilku miesiącach. :-(

Podsumowanie musi być zatem mocno subiektywne i chwilowe. Chwilowe w tym sensie, że za jakiś czas znów może mi się wszystko zmienić. ;-)

Poniżej zweryfikowana lista* opisanych tutaj książek, do których chętnie bym kiedyś powrócił: orazTyle.

Jak patrzę teraz na ten wykaz, to myślę, że wcale nie jest tak mało.:-)

Ale czas najwyższy zacząć Nowy Rok. Najlepiej od czegoś naprawdę świetnego:


c.d.n.

* - kolejność chronologiczna.