niedziela, 21 lutego 2010

Zwierzęta idą w swoim kierunku, stają obok siebie i każda z nich trze różkami o szyję drugiej

Ostatnio całkiem sporo książek o zwierzętach się ukazało. Jedną z najciekawszych jest może "O zakochanych psach i zazdrosnych małpach. Emocjonalne życie zwierząt" Marka Bekoffa (Znak, 2009):

Pretekstem dla tej książki jest nauka. Autor przedstawia się jako etolog poznawczy, czyli - najkrócej rzecz ujmując - jako gość, który wierzy, że zwierzęta to nie tylko przedmiot zdatny do tego, by stać się gadżetem w domu albo przysmakiem na talerzu. Badacze ci przyglądają się życiu zwierząt, obserwują je niejako od strony - mówiąc po ludzku - psychospołecznej, ich zachowań, reakcji na emocje (tak właśnie!): strach, ból czy radość. Bo zwierzęta, jak donosi Bekoff, to nie rzeczy.

(...) zaskakująco łatwo rozpoznać można podstawowe (czy pierwotne) emocje zwierząt. Wszystko, co musimy zrobić, to patrzeć, słuchać i wąchać. Ich pyski i dzioby, oczy oraz sposób, w jaki się poruszają, pomagają nam wnioskować o tym, co te istoty czują. Zmiany w napięciu mięśni, postawa, sposób chodzenia, mimika, wielkość oczu oraz spojrzenie, wydawane dźwięki i zapachy (feromony), razem lub każdy z osobna, wszystkie dostarczają informacji na temat emocjonalnej odpowiedzi stworzenia na określoną sytuację. Nie trzeba nawet zwracać na to szczególnej świadomej uwagi – tylko patrząc na zwierzę, ludzie zwykle intuicyjnie mogą wyczuć właściwą emocję.

Brzmi to wszystko bardzo poważnie, bo też i książka Bekoffa poważną jest. To solidny materiał dowodowy w naukowej sprawie, która była spychana przez wiele lat na margines czułych weterynarzy i cichych wielbicieli zwierząt przede wszystkim domowych (swoją drogą: kot chyba znajduje się na Top Liście Najbardziej Pożądanych Przez Pisarzy Zwierząt).

Praca o emocjonalnym życiu zwierząt to rzetelny wykład. Rzetelny aż do bólu:

Oczy kota przyczyniły się do mojego rozwoju jako naukowca. Projekt pewnej pracy doktorskiej, w jaki byłem niegdyś zaangażowany, wymagał, abyśmy zabili koty, które badaliśmy. Jednakże, Kiedy poszedłem po Speedo – bardzo inteligentnego kota, którego w tajemnicy tak nazwałem, w tajemnicy, ponieważ nie wolno nam było nadawać imion „obiektom” – by po raz ostatni wyciągnąć go z klatki, jego kocia zuchwałość zniknęła, jakby wiedział, że to już ostatnia podróż. Gdy go podniosłem, spojrzał na mnie i zapytał: „Dlaczego ja?”. Łzy napłynęły mi do oczu. Nie odrywał ode mnie rozdzierającego spojrzenia. Chociaż przebrnąłem przez to, co miałem zrobić, i zabiłem go, złamało to na zawsze moje serce. Do dzisiaj pamiętam uporczywie wpatrzone we mnie kocie oczy – opowiedziały mi całą historię niekończącego się bólu i upokorzenia, jakie znosił. Inni uczestnicy programu badawczego starali się zapewnić mnie, że było warto, ja jednak nigdy nie otrząsnąłem się z tego doświadczenia.

Największy problem, który wiąże się z tą książką polega na odpowiedzi na pytanie, co zrobić z wiedzą, jaką niesie etologia poznawcza. Przede wszystkim w praktyce. Szczegółowo pisze o nich Bekoff w ostatnich rozdziałach, przypominając, że nie tylko człowiek to jest dziwne zwierzę, ale i zwierzę to osobliwy (!) człowiek. Nie powinniśmy zatem może przykładać ludzkich miar do zwierzęcych zachowań. Nie tylko dlatego, że zwierzęta są w jakiś tam, ludzki sposób, definiowane jako gorsze np. intelektualnie. Ale przede wszystkim dlatego, że zwierzęta emocjonalnie niejednokrtonie okazać się mogą czystsze od ludzi.

Sami widzicie, że ta książka to spore wyzwanie.

piątek, 5 lutego 2010

Wolą wcześniej, o szóstej.

W tym roku laureatem Paszportu "Polityki" w dziedzinie literatury został Piotr Paziński. Znamy go z błyskotliwych książek o Joyce'ie. Teraz poznajemy go z błyskotliwej książki o Śródborowiance: mikropowieści "Pensjonat" (Nisza, 2009):


Czytałem tę książkę, przyznać muszę, na początku trochę jako literacki eksperyment. Zwłaszcza pierwsze kilkanaście stron nastraja do refleksji nad tym, czy narrator pisze o rzeczywistości czy raczej o tym jak rzeczywistość jet zrobiona ze słów i wyobraźni. Zawieszone w jakimś nierealu i bezcelowości rozmowy bohaterów, namierzanie i porządkowanie przestrzeni, dystans do świata - wszystko to sprawiało, że ta proza nasuwała momentami skojrzenia z jakąś baśnią.

Dopiero później rzeczywistość nabierała barw i kształtów.

Śródborowianka, czyli tytułowy pensjonat, to relikt przeszłości, do której powraca młody narrator, nie do końca ujawniając swoją motywację. Chodzi zapewne o odszukanie własnej tożsamości żydowskiej. Oraz o sprawdzenie, na ile mityczne dzieciństwo wciąż ma swój dawny smak. Oba te cele jednak szybko rozmywają się. Narrator na nowo daje się poniekąd wciągnąć w grę z pamięcią. Potyka się o cudze historie, doświadczając czegoś na kształt bezradnej czułości.

- Na mnie ogromne wrażenie zrobiła scena z panem Abrahamem, który pisał słownik biograficzny "wszystkich Żydów, którzy kiedyś mieszkali w Polsce". Gromadził on swoje notatki na biletach, kwitach z pralni i innych skrawkach papieru. Doszedł jednak tylko do początku litery B. Swoją drogą, piękny punkt wyjścia do rozmowy o naturze pamięci.

- Tak, choć sam nie wiem, czy potrafiłbym stworzyć własną jedną definicję pamięci. Bliska mi jest ma pewno uwaga z manifestu Tadeusza Kantora. Powiada ona, że wspomnienie - czyli to, co jest wyciągnięte z pamięci - jest realnością. Innymi słowy: to, co mamy w pamięci, nie jest mniej ważne od tego, co się dzieje teraz. Często wspomnienia są bowiem istotniejsze od tego, co się zdarza aktualnie. Próbujemy rekonstruować różne rzeczy z przeszłości i okazuje się, że nie wszystko mamy w głowie. Pamiętamy pojedyncze zdania, niedokończone opowieści. To wszystko teraz trzeba odbudować. To oczywiście nie tylko kwestia kondycji umysłu. Taka jest po prostu nasza natura.

Fragment wywiadu z Pazińskim. Więcej TU [dostęp płatny].

Ocenianie pamięci jest kwestią sporną, choć wielu - wystarczy się rozglądnąć ;-) - nie waha się wcale. Taka widać nasza natura. Czy raczej cienie naszej natury. Czasem lepiej się trzymać od tego z daleka. Albo tkać swoją wypowiedź z metafor, niedopowiedzeń i podkreślenia, że wspomnienia mają dwuznaczną... naturę. Tak jak czyni to Paziński. Jestem po jego stronie.

Polecam "Pensjonat". To - w pozytywnym sensie - inna jakość we współczesnej literaturze polskiej.