sobota, 12 czerwca 2010

na trójkę przywieziono pewnego dnia chudziutką staruszkę

Czas po przerwie zajrzeć do książek. Mimo upałów.

Na początek coś, co czytałem już jakiś czas temu. Księgarski hit. "Zielone drzwi" (Wydawnictwo Literackie, 2010) Katarzyny Grocholi.


Na ponad 400 stronach Katarzyna Grochola, znana z popularnych książek o Judycie, a ostatnio także z występów na deskach parkietu telewizyjnego, postanowiła podzielić się bardzo wprost życiową historią. Swoje dzieje opisuje po kolei. Od urodzenia i rodziny (całkiem sympatycznej), pierwszych przyjaźni (niewinnych) i miłostek (nieśmiałych), rozczarowań (na początku ledwie dotkliwych), licealnych czasów (zabawnych i beztroskich), a potem pracy (makabrycznej) w szpitalu, małżeństwa (nieudanego), aż po początki kariery literackiej. Początki - bo historia urywa się mniej więcej kilka lat temu. W każdym razie nie przeczytamy w "Zielonych drzwiach" nic o ostatnich jej doświadczeniach z literaturą, rynkiem wydawniczym czy związkami. Nie mówiąc już o "Tańcu...".

Grochola pisze zabawnie, wciągająco, a do tego widać, że zaprawiona jest w zarządzaniu czytelniczymi emocjami. Narracja przypomina gawędę czy też pogaduszkę. Ciąg chronologiczny jest zachowany, ale opowieść snuje się rytmem pamięci - tak jakbyśmy zdawali relację ze swojego życia. Krok po kroku. Przypominając sobie pewne sprawy - te, które zapadły najmocniej w pamięci.

Bardzo dobry jest fragment dotyczący liceum. Dużo anegdot i wspomnień. Niby Grochola pisze o innych (nauczycielach, kolegach z klasy), ale jako obserwatorka umie wyłapać najbardziej wyraziste cechy czy zdarzenia. Poruszające są też fragmenty ze szpitala. W obrazkach - czasem krótkich - odnaleźć można dramaty ludzi dotkniętych samotnością i bólem. I niemniej ważną dramatyczną bezradność tych, którzy usiłują im pomóc.

Jest też w "Zielonych drzwiach" element mitologizujący. Grochola popada bowiem czasem w autorefleksję i nastroje filozofujące. Podsuwa wtedy pewne tropy. Na przykład, że "już zawsze będzie uciekać". Albo, że "młodość ma swoje wady. Moja szczególnie obfitowała w wady. Tak jest do dzisiaj". W tego typu zdaniach Grochola jawi się dwuznacznie. Nie wiadomo bowiem, kiedy siebie krytykuje (jako np. osobę, która odsuwa się i wciąż popełnia błędy), a kiedy chwali (jako osoba umiejąca się zmieniać i wciąż młoda).

Ale może w sumie to jest tu nie aż takie ważne. Co innego jest istotniejsze. "Zielone drzwi", poprzez obecność Grocholi w telewizji, miały szansę dotrzeć do szerokiej publiczności. Widziałem też zdjęcia autorki z książką na łamach pism kolorowych, gdzie o książkach na ogół nie pisze się wcale. Pewnie wiele z osób, które nie znało jej wcześniejszych tekstów, być może teraz sięgnie - przede wszystkim poprzez kibicowanie tancerce. No i dobrze, że sięgnie! :-) Gorzej tylko, że "Zielone drzwi" nie są mistrzostwem świata Grocholi. Niestety. Zwłaszcza w porównaniu (choć wiadomo: to inny rodzaj literatury) z "Trzepotem skrzydeł".



No ale. Może nie ma co marudzić.

Zresztą teraz nie jest ważne, co Grochola już zrobiła. Ale co zrobi następnego.