piątek, 30 lipca 2010

dwa i pół miliona widzów...

"Królowa polskich seriali". Nie, stop!
"Midas rodzimego show-biznesu". Nie, też źle.
"Ilona Łepkowska, po prostu". Tak, już lepiej.
W ten sposób przedstawiono ją w książce "Ł jak Łepkowska" - wywiadzie-rzece Andrzeja Opali.


Książka ta oczywiście w żadnym wypadku nie jest propozycją beletrystyczną (chociaż, kto tam wie!), natomiast dość dobrze przybliża fenomen Łepkowskiej. I, zaryzykuję tezę, nieco ociepla jej wizerunek.

Jest tu trochę zwierzeń, wspomnień z dzieciństwa (ojciec - dość zdyscyplinowany, matka - nieco wycofana), odrobina zwierzeń z życia prywatnego (choć trzeba też przyznać, że Łepkowska nie omawia szeroko np. kwestii eksów), opowieści o córce i o pierwszych krokach w branży. O tym, jak była statystką u Wajdy (przeurocza zresztą scena!) i o tym, jak popłakała się z lęku przed tym, jak zostanie przyjęty film "Och, Karol". Film, który wyprodukowany w 1985 roku, jeszcze w 2009 roku był w stanie zgromadzić w telewizyjnej Jedynce ponad dwa i pół miliona widzów...

Poza tym oczywiście sporo dowiadujemy się o kulisach powstawania hitów. "M jak miłość" czy "Barw szczęścia". O pracy z aktorami czy współscenarzystami.

Ja stosuję wobec moich autorów socjotechnikę. Na przykład w "M jak miłość", na wysokości dwieście pięćdziesiątego czy trzechsetnego odcinka byłam już bardzo znużona i uważałam, że nasz czas się właściwie kończy. Na początku każdego spotkania zespołu scenariuszowego wypowiadałam następującą sekwencję: "Moi drodzy, uważam, że jest beznadziejnie, już nie ma co wymyślać, bo zjadamy własny ogon. Ja osobiście nie mam żadnych pomysłów, jak to pociągnąć, zabijcie mnie, ale naprawdę nie mam i skończmy tę nierówną walkę, bo będziemy schodzić z ekranu, mając co tydzień o milion widzów mniej...".
I to było, przyznaję, bardzo mobilizujące, podrywało mój zespół, doprowadzało do eksplozji pomysłów.

Łepkowska, choć raz po raz opowiada o swoich sprytnych zabiegach, sportretowana jest w książce jako osoba niezwykle zdystansowana do tego, co robi. To, że nie oszalała w związku z sukcesami swoich seriali, zawdzięcza pewnie niebywałej pracowitości i solidności, którą wyniosła z domu. Scenarzystka przyznaje, że z trudem wypoczywa (budzi się codziennie o godz. 7), ciągle wpada na jakieś pomysły albo przyjmuje zlecenia. I dopracowuje. Bo jest perfekcjonistką. Prawie nigdy nie odpuszcza, a kiedy musi - jak sama przyznaje - przychodzi jej to z wielkim trudem.

Z tej książki komplikuje się jednoznaczność wizerunkowa Łepkowskiej. Znaleźć bowiem można tu wiele fragmentów dotyczących niepoukładanego życia prywatnego czy - jeszcze niedawno rzadko spotykaną wśród polskich twórców - pewność siebie, połączoną ze świadomością odgrywanej roli:

Dookoła mnie leżą na ulicy puzzle - ludzkie losy - które ja tylko zbieram i mozolnie układam. To nie jest żadna twórczość. Czuję, co myślą ludzie i czego oczekują. Domyślam się, czego im trzeba, żeby poczuli się przez chwile lepiej.

Pozazdrościć. Naprawdę.

PS. Andrzej Opala z Łepkowską spotkał się w ciągu czterech miesięcy jakieś sześć razy. Przegadał grubo ponad dwadzieścia cztery godziny. To nie jest wiele jak na materiał, który zgromadził w książce. Gratulacje za profesjonalizm i ogrom pracy.

niedziela, 25 lipca 2010

w żelaznym, biało emaliowanym łóżku leżały dwie dziewczyny...

Julia Franck, rocznik 1970, została opisana jako "pisarka średniego pokolenia", co uświadomiło mi, jak przesunięte obecnie ku młodości kategorie czasowe objęły także życie literackie. Ale to nie jest takie ważne. Istotniejszą sprawą jest jej książka, "Południca" (W.A.B., 2010):


Główna bohaterka, Helena, to postać poraniona. Przez rodziców i najbliższych traktowana chłodno, potem nie umie dzielić się ciepłem, którego tak bardzo pragnie. Wybiera pielęgniarstwo. Chce pomagać innym. Chce za bardzo. Coś, co może być pasją i misją, okazuje się listą zadań do wykonania. Dochodzą do tego rozczarowania życiowe. I tajemnica jej splątanej tożsamości, którą po kawałku - niczym cebulę - odkrywa. Niestety, nigdy nie umie pogodzić się ze sobą. Pełna napięć i pretensji przenosi gorycz na swojego syna, Petera.

Rzecz rozgrywa się w ciągu XX wieku. Franck historie cywilizacji odmalowuje mimochodem - opisując na przykład barwny Berlin lat 20. czy tzw. kwestie żydowskie (z tym także boryka się główna bohaterka). Co ciekawe, do opisywania zjawisk i rzeczywistości przeszłej, używa ona granic opisu języka współczesnego. Widać to najmocniej przy okazji obrazków o inicjacji seksualnej czy zbliżeniu osób tej samej płci. Mówiła mi o tym w wywiadzie (całość TUTAJ):

- (...) fabuła rozciągnięta jest na wielu płaszczyznach czasowych. Mamy czas historyczny, np. Berlin lat 20., mamy też współczesność, czas opowiedziany.

- One się zazębiają, bo pracowałam bardzo chronologicznie. Zaczynałam od prologu, od razu wiedząc, że jest to rodzaj zakończenia powieści, że tutaj, do tego momentu w fabule, kiedyś dojdę. Do tych dwóch wspomnianych przez pana czasów dorzuciłabym czas trzeci schowany w języku. Opisuje on bowiem w sposób niebywale dokumentalny pewne zjawiska dotyczące seksualności czy małżeństwa ze współczesnej perspektywy. Ileś lat temu nie można było tak pisać. Nie było odpowiedniego języka. Wiem to także ze spotkań z czytelnikami. Na przykład mężczyźni - teraz już dorośli, a będący chłopcami w czasach, jakie opisuje w książce - są zdziwieni, jak bardzo wiernie potrafiłam oddać ducha tamtej rzeczywistości, tamte uczucia. Równocześnie jednak jest zaskakujące dla nich to, w jaki sposób opisuje seksualność z tamtej epoki, o której się wtedy nie mówiło i na którą nie było wtedy języka.

Dwie najsilniejsze wartości tej książki to właśnie fabuła i język. W pierwszej przejawia się niebywały talent narracyjny autorki (świetna kompozycja!), w drugim - poetyckie spektrum opowiadania o ludzkich niemocach i porażkach. A także dowód na to, jak świetnym tworzywem literackim jest życiowa przegrana.

"Południca" to jedna z najważniejszych książek, jakie przeczytałem w tym roku.