środa, 25 sierpnia 2010

Trójkąt kryminalny, czyli jak myślą detektywi

Po Gai Grzegorzewskiej czas na książkę "w klimacie". Czyli o kryminałach ciąg dalszy. Choć tym razem nieco inaczej. Bo piórem Mariusza Czubaja w "Etnologu w Mieście Grzechu"
(Oficynka, 2010).


Czubaj, antropolog kultury, ale i autor powieści kryminalnych (m.in. z Markiem Krajewskim) do problemu podszedł od, że tak powiem, ludzkiej strony. I naukowej. Tym zresztą zajmuje się antropologia, która w działaniach, przedmiotach czy wytworach ludzkich szuka specyficznego dla danej kultury sensu. Po przejrzeniu - bardzo wnikliwym i dokładnym przejrzeniu - kilkudziesięciu kryminałów okazało się, że te sensy są niebywale fascynujące, a przewodnią osią wokół których się organizują, jest miasto i sprawy z nimi związane.

"metropolia jest dla pisarza swoistym preparatem – obiektem godnym analizy, gdyż konflikt, agresja, zbrodnia są substancjalnie wręcz wprzęgnięte w ideę wielkomiejskości"

Na warsztat antropologiczny Czubaj zabrał najlepszych w gatunku: Chandlera, Christie, Doyle'a czy Highsmith. W roztrząsaniach naukowych wspierają zaś polskiego badacza: Douglas, Eco czy Geertz. Co z tej szczególnego rodzaju mieszanki mogło się narodzić? Coś niebywale odświeżającego i pożywnego.

"powieść kryminalna (...) jest także opowieścią o sposobach myślenia. Jeśli kryminał, by przywołać znane określenie Umberto Eco, jest faktem kosmologicznym, to jest nim nie tylko ze względu na sposób kreacji świata przedstawionego, ale także z powodu ukazywania sposobu myślenia, który pozwala uporządkować sferę chaosu, zażegnać kryzys spowodowany zbrodnią i przywrócić ład".

Fanom tylko kryminałów trzeba od razu powiedzieć, że książka Czubaja jest napisana określonym stylem i rytmem - łączącym naukową frazę i porządek z pewnego rodzaju próbą porozumienia się z bohaterami, autorami i czytelnikami. W ten sposób język "Etnologa..." wydawać się może czasem karkołomny, ale gdy spojrzeć na niego przez pryzmat szczególnej badawczej przyjemności - przyjemności zajmowania się przyjemnościami - lektura książki staje się znośna, a nawet na poetycko-eseistyczny sposób fascynująca.

W każdym razie lekturowa przygoda warta grzechu.

czwartek, 19 sierpnia 2010

musi być ich co najmniej dwóch i to seksualnie niejednoznacznych [wywiad z Gają Grzegorzewską]

Kilka tygodni temu czytałem nowy kryminał Gai Grzegorzewskiej "Topielica" (EMG, 2010). Chwaliłem się? Nie? No to się chwalę. :-)

W najnowszej sensacji krakowskiej autorki nadal główną tropicielką pozostaje Julia Dobrowolska. Nadal Dobrowolska nie jest zadowolona z sytuacji w życiu i świecie. Mało tego - intrygę potęgują niejednoznaczne relacje seksualne. A na dodatek kryminalny wątek jest podjęty dość późno, przez co mroczność (inni rzekną: depresyjność) całości się wzmaga. Z korzyścią dla fabuły.

Gaję Grzegorzewską na okoliczność wydania książki pytałem o to i owo. A rezultaty tych pytań brzmią między innymi tak:

- [...] W książce daje się (...) zauważyć obecność wielu gadżetów. Żeby nie powiedzieć, ze mamy do czynienia z product placement. Nie tylko zresztą o przedmioty chodzi, ale również i o modne obyczaje. Potrzeba było do tego głębokiego researchu?

- Ja sama lubię, gdy w kryminałach pojawiają się konkretne marki ubrań, butów, papierosów, alkoholi, samochodów a także tytuły książek, utworów muzycznych i filmów. Mistrzem gromadzenia tego typu szczegółów jest np. George Pelecanos. Moi bohaterowie są bardzo zakorzenieni w kulturze konsumpcyjnej. Julia, której życie w gruncie rzeczy jest puste, z towarów, które można dostać za pieniądze, buduje swój świat. Poza tym nie jest intelektualistką, nie ma żadnego hobby, nie ma rodziny, więc ma z tego życia niewiele poza trupami, zagadkami i bezpruderyjnym podejściem do sfery seksualnej. Zresztą ona seks też traktuje jak towar i jako coś co jej się należy. Dlatego, gdy tego nie dostaje, chociaż wszystkie przesłanki wskazywałyby na to, że powinna, jest zła i nie rozumie tego, jak dziecko w sklepie, któremu rodzic nie chce czegoś kupić. To, co Julia robi, ciężko nawet nazwać hedonizmem, raczej nurza się zupełnie bezrefleksyjnie w świecie dóbr materialnych, przygodnego seksu, alkoholu, papierosów i innego rodzaju płytkich uciechach, z jakiegoś przyzwyczajenia i wygody i żeby czymś zapełnić czas. Poza tym lubi eksplorować różne pola, doświadczać nowych doznań i kolekcjonować hardcorowe przeżycia. Wszystko doprowadzając do ekstremum i granicy tego co społecznie akceptowalne. Tak wygląda zarówno jej podejście do seksu jak i zakupów. Tak jak nie jest w stanie jej zadowolić jeden partner, tylko musi być ich co najmniej dwóch i to seksualnie niejednoznacznych, uwikłanych w związki, niedostępnych - tak ona nie może po prostu iść na zakupy i kupić tego, co potrzebuje... Trochę odbiegłam od tematu. W każdym razie nie robiłam, żadnego specjalnego researchu. Wystarczyło rozejrzeć się dookoła, albo popatrzeć na siebie. Ja też lubię pochłaniać wszelakie dobra i się bawić. Aha i wciąż czekam na jakąś propozycję współpracy ze strony producenta Djarumów, ileż można promować tę markę za friko [...].

Więcej TU.

sobota, 14 sierpnia 2010

...w 1939 zdalem egzamin do szkoly sredniej...

Guru krytyków literackich w Polsce mówi. Henryk Bereza. W zwierzeniach Adamowi Wiedemannowi i Piotrowi Czerniawskiemu (Korporacja Ha!art, 2010).



A guru mówi tak:

Tu trzeba w ogóle przede wszystkim wykazać się tym, że się zna na tym, czym jest literatura. A większość tych, którzy piszą o literaturze, nie ma żadnej orientacji. Literatura, czy to będzie, nie wiem, Natasza Goerke, czy Anna Bojarska, czy Izabela Filipiak, to jest wsio ryba, to jest jedno i to samo, żadnych rozróżnień nie ma.

Niezbyt brzmi to pochlebnie, prawda? Ale dziwić się?! Bereza, obserwujący od kilkudziesięciu lat nie tylko dorobek literacki, ale i krytykę tego dorobku, ma prawo do rozczarowań. Sam - mimo iż był/jest bardzo ważnym głosem na łamach "Twórczości", a także przewodniczącym Nagrody Nike - stał raczej z boku. Nie funkcjonował w tzw. głównym nurcie. Nie był nigdy wziętym krytykiem z najważniejszych pism. Miał dzięki temu spokój czytelnika uprzywilejowanego do wygłaszania opinii bezstronnych. Doceniał w ten sposób literaturę trudną, wysokoartystyczną, ryzykowną. Takiej, na którą często wydawcy się nie decydowali.

Książka "Końcówka" to tylko po troszę opowieść o tej "bocznej" historii literatury. Bereza - za sprawą Wiedemanna i Czerniawskiego - stara się upozycjonować wobec całego życia literackiego. Opowiada zatem o swoich doświadczeniach uniwersyteckich, o spotkaniach z literatami (np. z Jarosławem Iwaszkiewiczem, ważną dla Berezy postacią). Jest też trochę wyznań osobistych, nierzadko poruszających - jak na przykład te dotyczące "związku" Berezy z Markiem Hłasko.

Świetną, zwłaszcza literacko, decyzją było pozostawienie nieco chropowatego stylu wypowiedzi Berezy i pytających. "Końcówki" to nie jest klasyczny wywiad-rzeka. To cacuszko językowe, gdzie Bereza jawi się jako krytyk jak się patrzy.:-)

niedziela, 8 sierpnia 2010

...wystarczy pomyśleć o Stieglitzu i Foto-Secesji, Westonie i f64...

Czytam Susan Sontag "O fotografii" (Karakter, 2009) po raz drugi w przeciągu dwóch lat. I ciągle nadziwić się nie mogę.

Po pierwsze, Sontag pisze o oczywistościach. W pozytywnym sensie. Wiele z jej spostrzeżeń jest po prostu nazwaniem refleksji, które towarzyszą nam podczas fotografowania czy kontaktu z fotografią w obecnym kształcie. Takich celnych określeń czy zdań jest cała masa w tej książce. Na przykład: "Fotografowanie stało się dziś rozrywką niemal równie powszechną jak seks czy taniec". Albo: "Fotografia daje nam do zrozumienia, że poznamy świat, jeżeli przyjmiemy go takim, jaki jawi się naprawdę".

Po drugie, Sontag pisze namiętnie. Pod pozornie spokojnym wywodem, który płynie wraz z kolejno podejmowanymi tematami, jak fala powracają pewne - nie dające autorce spokoju - wątki. Te na przykład dotyczące etycznej odpowiedzialności za fotografowany obiekt. Albo splatające historię fotografii z cywilizacją.

Po trzecie, Sontag pisze przez fotografię o rzeczywistości. Jej eseje o czynności fotografowania to preteksty do oceny współczesności. Jej przemian dobrotliwych i potwornych. Tego, że wraz z rozwojem technologicznym musimy sobie poradzić z nowymi komunikatami. Przy okazji: świetnym momentem w tej książce - piszę to z myślą o zainteresowanych historycznymi rozważaniami - jest rozdział "Heroizm widzenia" opowiadający o pierwszych fotografiach oraz o budowaniu tożsamości fotografii.

To książka do powolnego delektowania się. Spijania słów bez łapczywości. Uogólniająca niejednokrotnie fraza Sontag każe zatrzymywać się i sprawdzać słuszność stwierdzeń pisarki. Na ogół zresztą ta weryfikacja odbywa się pomyślnie zarówno dla samej autorki, jak i dla tematu przewodniego.

Wśród moich ulubionych cytatów:

Niewielu ludzi w naszym społeczeństwie podziela prymitywny lęk przed aparatami fotograficznymi, lęk zrodzony z uznawania zdjęcia za materialną cząstkę portretowanego. Ale jakieś ślady tej magii pozostały: na przykład w naszej niechęci do podarcia lub wyrzucenia zdjęcia ukochanej osoby, zwłaszcza jeżeli ta osoba nie żyje lub jest daleko.

Coś jest na rzeczy.


czwartek, 5 sierpnia 2010

urodziny 31 lipca [wywiad z Agnieszką Krawczyk]

Jeszcze o "Magicznym miejscu". Tym razem rozmowa z autorką:

- Główny bohater Pani książki wynosi się z miasta na wieś, zmienia życie niemal o 180 stopni. To przypomina mi wiele innych fabuł, jakie ostatnio czytałem. Zastanawiam się, skąd w ludziach takie potrzeby. Chodzi o zmiany, same w sobie, czy o coś więcej? Idzie za tym jakaś filozofia?

- Zjawisko to nazywa się eskapizmem lub bardziej sympatycznie "marzeniem o wielkiej ucieczce". Mam wrażenie, że większość ludzi doświadcza go w mniejszym lub większym stopniu. Nasze życie jest pełne pośpiechu, nerwów, mamy coraz mniej czasu dla siebie. Stąd pojawia się pragnienie, by uciec od codzienności w miejsce, gdzie czas będzie płynął inaczej, wolniej, gdzie można będzie pozachwycać się światem. Mój bohater nie poprzestaje na marzeniu o ucieczce - realizuje je. Jak się okazuje, decyzja o zmianie swego życie jest słuszna i przynosi mu wiele radości. (...)

- Książka skrzy sie od ciekawostek. I ogromnej wiedzy. Pani o tych perfumach, piractwie i innych sprawach wiedziała, czy musiała wykonać bogaty research przygotowawczy?

Trochę musiałam doczytać, to jasne, ale jakichś wielkich badań nie przeprowadzałam. Opisałam po prostu (w wielkim skrócie) swoje zainteresowania, a właściwie ich część, bo ciekawi mnie też wiele innych rzeczy, ale to może opiszę w następnych powieściach. Bardzo dużo czytam, na różne tematy, i lektury przynoszą mi całe mnóstwo ciekawostek. Przykładem jest opisana w "Magicznym miejscu" zagadka skarbu piratów, którą rozwiązuje Mila. Przeczytałam kiedyś książkę, w której, gdzieś mimochodem, w przypisie, było wspomniane, że miara odległości morskiej legua miała kilka wartości. Zaczęłam się zastanawiać, co by było, gdyby pojawiła się mapa dotycząca skarbu i poszukiwacze błędnie odczytaliby tą miarę... Oczywiście, ponieważ jak już wspomniałam, książka ta ma być "prawdopodobną fikcją" to pisałam ją z kalendarzem pisma "Urania" w ręku, bo zjawiska astronomiczne odgrywają tu dużą rolę. Jedno mi nie wyszło - przyznam się. Chciałam, żeby mój bohater był podobny (fizycznie) do "podstarzałego Harry'ego Pottera", powinien zatem obchodzić urodziny 31 lipca, niestety tego dnia nie było żadnej ciekawej obserwacji astronomicznej. Musiałam więc urodziny przenieść na sierpień, kiedy miała miejsce tzw. "Wielka Opozycja Marsa", ważna dla akcji...

Całość TU (dostęp za opłatą).

środa, 4 sierpnia 2010

...99992128599999399...

Daniel Tammet to geniusz; postać genetycznie fascynująca i nieodgadniona. Chory na tzw. zespół Aspergera. Jego książka "Urodziłem się pewnego błękitnego dnia" (Czarne, 2010) była bestsellerem w wielu krajach, gdzie została wydana. Teraz dociera do Polski.

Zespół Aspergera to pewien rodzaj zaburzenia, który polega głównie na trudnościach w życiu społecznym. Obsesyjnym zainteresowaniom (np. kolekcjonowaniu, układaniu rzeczy itd.) towarzyszy kompletny albo ogromny brak komunikacji ze światem zewnętrznym. Autystyczna rzeczywistość cierpiącego na zespół Aspergera sprawia, że trudniej akceptują oni zmiany czy źle się przystosowują do nowych sytuacji.

Na taką przypadłość cierpi Daniel Tammet, który dodatkowo jest synestetą. Dzięki temu widzi on kolory, kształty i faktury liczb. I dzięki temu na przykład udało mu się pobić rekord w zapamiętywaniu liczby Pi. Nauczył się ponad 22 500 cyfr. Jak?

Liczba pi wznosi się, potem ciemnieje i staje się wyboista w środku, a następnie zakręca i wije się w dół.

Niesamowite, prawda? Tymczasem tak właśnie - wizualizując - "widzi" Tamment liczby. I to sprawiło, że był w stanie nauczyć się tego abstrakcyjnego i długiego ciągu. Zrobić rzecz nieosiągalną dla zwykłego człowieka.

"Urodziłem się pewnego pięknego dnia" to naprawdę oruszający pamiętnik chorego na zespół Aspergera. Czytałem go mniej jako autobiografię, bardziej jako rodzaj autoterapii i zgody na to, kim się jest. Czegoś bardzo niezwykłego, biorąc pod uwagę młody wciąż wiek autora (rocznik 1979). Dużo tu oczywiście spraw związanych z niecodziennymi umiejętnościami Tammeta z umiejętnościami lingwistycznymi na czele. Dość powiedzieć, że chłopak sam wymyślił swój język. :-)



Najbardziej poruszającym fragmentem był dla mnie rozdział "Miłość". Tammet, skrajnie samotny i dość nieporadnie radzący sobie w kontaktach z innymi, pisze, jak zmieniło się jego życie po poznaniu Neila.

Dom Neila znajdował się na nowoczesnym osiedlu, wokół wznosiły się identyczne budynki, a niedaleko był mały park ze stawem, huśtawkami i karuzelą. W środku przywitały mnie tapety a paski, czerwony dywan i biało-czarna kotka o imieniu Jay. Uklęknąłem i pogłaskałem ją, a ona zaczęła mruczeć. Neil zabrał mnie do salony, gdzie usiedliśmy na przeciwległych krańcach kanapy i zaczęliśmy rozmawiać. Po chwili zapytał, czy chcę posłuchać muzyki. Stopniowo, nie zdając sobie z tego sprawy, zbliżaliśmy się do siebie na kanapie, aż w końcu Neil objął mnie, a ja oparłem głowę na jego ramieniu i z zamkniętymi oczami słuchałem muzyki. Niedługo po tym pocałowaliśmy się. W tym momencie zdecydowaliśmy, że jesteśmy sobie przeznaczeni. To był początek czegoś wielkiego.

Neil pomagał potem wielokrotnie Tammetowi - także w jego rekordach, promocjach, karierze... Każdy początek, nawet najpiękniejszy, kiedyś przeradza się niestety jednak w koniec. Tak było i w tym wypadku. Historię tym razem dopisało życie (w książce jej nie ma). Daniel podczas trasy promocyjnej we Francji poznał bowiem nowego partnera. Z Neilem rozstali się ponoć w przyjaźni.

Historia Tammeta to gotowy scenariusz na świetny film. Mnóstwo tu fascynujących wątków, a pod grubą warstwą pozornego chłodu i racjonalności kryje się potężna dawka wzruszeń i emocji. Byłby wyciskacz łez. Tak jak i, momentami, jest z tą książką.

niedziela, 1 sierpnia 2010

Ośrodek o kryptonimie W-2

Mamy środek wakacji, więc lektury muszą być lekkie i zwiewne :-). Dajmy na to coś niezobowiązującego z cyklu "Monika Szwaja poleca". Agnieszki Krawczyk "Magiczne miejsce" (SOL, 2010):


Witold Mossakowski, pracownik MSZ ("sekretarz stanu w randze wiceministra"!), znużony pogonią za karierą i (chyba) pustką w życiu wyjeżdża z miasta. Do Idy. Tam odkrywa zupełnie nowy świat, w którym wszystko toczy się wolniej, serdeczniej, milej. I dziwniej. Przy okazji odkrywa perfumeryjne sekrety, uczestniczy w pirackich przygodach, ściga się w wiedzy z zakresu literatury. Słowem: trafia do niezwykłej i magicznej (słowo-klucz) krainy, gdzie czuje się wyśmienicie.

Przypomina to coś? Owszem. Mnie się kojarzy z popularnymi ostatnio książkami i historiami w cyklu "Do 40. roku życia mieszkałam/em w wielkim mieście i trzepałem kasę, ale stwierdziłam/em, że to sensu nie ma i wyjechałam/em na prowincję". Na prowincji bohater odnajduje harmonię, spokój i szczęście oraz, by tak powiedzieć, miąższ życia. Podobnie Witold.

Mocna stroną tej książki jest wyrazistość charakterów. Nieco kameralni w działaniu, ale światowi jeśli chodzi o marzenia i rozmach intelektualny chodzi, są nakreśleni mocną kreską. Trochę za dużo, jak dla mnie, jest "ciekawostek". Niektóre fragmenty to popisy wiedzy (bohaterów czy autorki?). Niepotrzebne. O akcji nie wspomnę, bo jest dość banalna i przewidywalna, choć akurat z tego czynić zarzutu nie można, bo w "Magicznym miejscu" nie perypetie są najważniejsze, a atmosfera przestrzeni. I to się akurat dość udaje.

W swoim gatunku "Magiczne miejsce" daje radę. Na jeden, dwa niezobowiązujące letnie wieczory. :-) Cieszy dodatkowo to, że Agnieszka Krawczyk jest chyba otwarta na eksperymenty. Jej pierwsza książka, "Napisz na priv", była nieco inna. Zobaczymy, jaka będzie następna.