niedziela, 26 grudnia 2010

15 powieści, 75 opowiadań i 3 teksty literatury faktu [wywiad z Jeffreyem Archerem]

Jeffrey Archer to jeden z najpopularniejszych pisarzy na świecie. Bywał w Polsce kilka razy - ostatnio w listopadzie z okazji Targów Książki.

Udało mi się go złapać. Niemal znowu "w biegu". ;-) Dzisiaj na stronie Polityki.pl wywiad z nim. Tu początkowy fragment:

Dlaczego Pan właściwie przedstawia się jako opowiadacz historii, a nie jako pisarz?

Cóż. Wszyscy wiemy o zdobywcach prestiżowych nagród czy pracujących na uczelni. To są właśnie pisarze. Opowiadacz historii ma inny dar. To jak gra na skrzypcach czy śpiew.

Technika jednak i tu, i tu jest ważna.

Niewątpliwie. Pisarzom i opowiadaczom historii chodzi o przedstawienie pewnej treści. Ale moim, opowiadacza historii, zasadniczym celem jest sprawić, by czytelnik zechciał przewrócić kartkę na następną stronę.

Rozumie się samo przez się.

Z drugiej strony po trzydziestu latach pracy w słowie jestem gotowy do tego, by stać się pisarzem. Napisałem 15 powieści, 75 opowiadań i 3 teksty literatury faktu. Mogę się więc tak nazywać, prawda?

Owszem, ja bym tak Pana nazwał.

Tak mnie nazywa mnóstwo osób. Ale jednocześnie, paradoksalnie, prawie jedna-trzecia moich czytelników zna mnie przede wszystkim z mojej pierwszej powieści z 1976 roku „Co do grosza”.

I jaki z tego wniosek?

Taki, że większość czytelników oczekuje na dobrą historię. I tu nie liczy się zdanie krytyków – nawet jeśli ci drudzy wyrokują, że najlepszą moją książką są „Ścieżki chwały” z 2009 roku.

Dla Pana liczy się bardziej opinia tzw. zwykłych czytelników?

Oczywiście! Oni piszą do mnie bezpośrednie e-maile. Oni odnajdują siebie w tych historiach. Jestem przyzwyczajony do tego, choć to nie oznacza, że osiadam na laurach.

Co to znaczy? Każda książka to nowe wyzwanie?

Właśnie. I zawsze zaczynam pisanie 1 stycznia. To wyznacza pewien porządek. Teraz na przykład piszę trylogię o Harrym Cliftonie, człowieku, który dorobił się fortuny. Właśnie skończyłem pierwszą część zatytułowaną „Only Time Will Tell” [książka ukaże się w Polsce w przyszłym roku nakładem wydawnictwa Rebis – przyp. red.]. Akcja tego tomu kończy się w latach 40. XX wieku. Do pisania kolejnej części zasiądę dokładnie w Nowym Roku.

Porządek być musi?

Musi. Bo pisanie tego wymaga. Trzeba siebie dyscyplinować i należy usiłować pisać każdą kolejną książkę lepiej od poprzedniej. (...)

czwartek, 23 grudnia 2010

w ciągu ostatnich 50 lat [wywiad z Mariuszem Suroszem]

"Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów" Mariusza Surosza (W.A.B., 2010) to książka, obok której nie można przejść obojętnie. Zwłaszcza gdy jest się zainteresowanym historią naszych południowych sąsiadów. Prawdziwą historią.


Z Mariuszem Suroszem rozmawiam o stereotypach oraz o tym, jak powstawała jego książka.

(...) - Z powierzchownego oglądu biorą się stereotypy?

- Dlatego właśnie bardziej przemawia do nas czeskość. Na przykład w reklamie: "moja babiczka pochodzi z Chrzanowa", albo "piwo to piwo, a laska to miłość". Zauważ też, jak zmieniamy tytuły czeskich filmów. "Czeski błąd" Jana Hřebejka w oryginale brzmi "Róża Kawasakiego"; inny film Hřebejka - "Do Czech razy sztuka" w oryginale brzmi "Bezwstydność". Doskonale wiedzą o tym wszystkim marketingowcy. Dlatego czeskość to dla nas lekkie komedie, Vondračkova, Gott...

- I Jožin z Bažin.

- Fenomen! Dla starszych Polaków jest to potwierdzenie stereotypu kultury czeskiej, a dla młodszych - wychowanych na MTV czy innej telewizji muzycznej - pełna egzotyka. Bardzo zresztą atrakcyjna. W efekcie Jožin z Bažin działa i na jednych, i na drugich.

- W swojej książce odbijasz się jednak od tych stereotypów i przybliżasz Czechy od innej strony. Głębszej.

- Jestem historykiem z wykształcenia, ale historia w klasycznej postaci zawsze mnie nudziła. Nie interesował mnie model rozważań: przyczyny-przebieg-skutki. Wolałem zajmować się tym, o czym milczała statystyka: konkretnymi jednostkami. Tak się zresztą robi filmy historyczne - poprzez pojedyncze historie. Tak sobie wymyśliłem swoją książkę. Na pewno nie można nawet powiedzieć, że znalazłem kilka heroicznych postaci i przeniosłem te cechy na cały naród. Kiedy wiemy więcej o pewnych konkretnych osobach, trudniej powiedzieć, że ktoś jest tchórz. Tak to działa.

- Od kogo się zaczęło?

- Od Jana Masaryka. Kiedy byłem studentem filozofii, chciałem napisać pracę magisterską o jego ojcu. Poszedłem do konsulatu w Szczecinie - a było to już po aksamitnej rewolucji, ale jeszcze przed rozpadem Czech - gdzie pani konsul rozłożyła ręce i powiedziała, że jeśli chce pojechać za południową granicę, to muszę sobie wykupić wycieczkę. Pojechałem. Tak się zaczęło. Z czasem okazało się, że Masaryk jawił się nie tylko jako autor słynnych bon-motów, ale na przykład okazał się playboyem, podrywaczem, osobą z lekką chorobą psychiczną, która nie miała zacięcia do polityki, a jednocześnie weszła w nią całkowicie. Do tego stopnia, że śmierć Masaryka stała się symbolem końca demokracji w Europie Środkowej. Przy pracy badawczej nad Masarykiem pojawiło się również wiele wątków pobocznych... (...)

Całość TU.

I jeszcze bonus dla wielbicieli Czechów. ;-)

wtorek, 21 grudnia 2010

Na tydzień przed 65. urodzinami

C.S.Lewis. Czyli legenda. A dla wielu przede wszystkim autor "Opowieści z Narnii". Może jednak warto spróbować czegoś innego? Na przykład "Zaskoczonego radością" (Esprit, 2010).

Szkoła, udział w pierwszej wojnie światowej, a wreszcie niejasne relacje Lewisa z matką jego przyjaciela, kariera uniwersytecka w Oksfordzie kształtują charakter Lewisa. Różne zdarzenia, doświadczenia (w tym śmierć ojca), a także dyskusje prowadzone w kręgu Inklingów sprawiają, że Lewis zaczyna na nowo myśleć o swojej wierze. Jako dziecko dorastał w domu, gdzie - choć odmawiano pacierz i prowadzono do kościoła - nie potrafiono wzbudzić zainteresowania sprawami wiary. "O ile doznania estetyczne pojawiały się z rzadka, o tyle doznania religijne nie pojawiały się wcale" - pisze na kartach "Zaskoczonego radością".

Przechodzenie z pozycji ateisty na gorliwego wyznawcy Boga odbywało się oczywiście etapami. Najpierw Lewis borykał się z zasadniczym wyborem pomiędzy akceptacją wiary a jej odrzuceniem. Potem przyszły lektury, między innymi świętego Jana Ewangelisty oraz Gilberta Chestertona. Nie bez znaczenia miały także znajomości Lewisa z Tolkienem czy Hugo Dysonem. Wszystko to ukształtowało w nim przekonanie o doniosłości i potrzebie wiary.

"Zaskoczony radością - niecierpliwy jak wiatr", cytat z Wordswortha, nieprzypadkowo stał się więc tytułem wspomnieniowej książki Lewisa. Precyzyjna kronika minionych zdarzeń (opowieść ukazała się w 1955 roku, gdy pojawiały się ostatnie tomy cyklu o Narnii) przeplata się z fantazją człowieka mocno intuicyjnego, zdanego na bieg losu i pogodzonego już z istnieniem Absolutu. Zaskoczenie ma tu wymiar metafizyczny, radość zaś często pisana jest z dużej litery i zdaje się mieścić w sobie poczucie szczęścia i pełni; niesie ze sobą nie tylko wiarę, ale również nadzieję oraz miłość.

Więcej TU (dostęp płatny).

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Artykuł 222-33 nowego kodeksu karnego

Tym razem trafiła się nieprzyjemna lektura. Nieprzyjemna, choć zbrodniczo wciągająca. "Historia gwałtu" Georges'a Vigarello (Aletheia, 2010).

Tytuł dla wielu osób brzmieć będzie prowokacyjnie - podobnie zresztą jak i inne książki tego pokroju. Z "Historią seksualności" Foucaulta na czele. Nie ma się zresztą czemu dziwić. Wkraczamy przecież na tereny dość niebezpieczne, jeszcze do niedawna tematy tabu i wciąż w wielu miejscach i środowiskach wstydliwe. Nie boją się ich tylko historycy uprawiający prace badawcze na temat życia codziennego. Nie boją się i słusznie. Bo dzięki temu otrzymujemy nieco szersze spojrzenie na nerwowe kwestie, które w wielu budzą niepokój.

Vigarello gwałt w historii widzi przez pryzmat historii przestępstw i przemocy w ogóle. Splata to jednocześnie ze zmianą obyczajowości i kultury, a także postaw i uprzedzeń wobec płci (przemoc na kobietach) i wieku (przemoc na dzieciach). Pokazuje, jak uprawomocnione niegdyś społecznie zachowania zmieniały się w ciągu lat i wieków. Włącza wreszcie w to aspekty psychologiczne - niegdyś ignorowane, dziś bardzo poważnie traktowane jako element komunikacji międzyludzkiej.

"Historia gwałtów" to niezliczona ilość przykładów i odpowiednich obrazków. Vigarello pisze o katach i ofiarach, sięgając do wspomnień, dzienników, dokumentów. I fajnie. Jednocześnie wielki żal, że obszar jego spostrzeżeń ograniczony jest obszarem kultury języka, w którym pisze - czyli przede wszystkim do Francji. Polskiemu czytelnikowi towarzyszy więc często poczucie niedosytu i braku naszej lokalnej perspektywy. Bo poczytać o tak napisanej "historii gwałtu w Polsce" głęboko spleconej z naszą kulturową specyfiką... To by dopiero była lekturowa przygoda!

PS. A artykuł 222-33 nowego kodeksu karnego (we Francji oczywiście) brzmi: "Molestowanie drugiej osoby za pomocą poleceń, gróźb lub nakazów w celu uzyskania korzyści o charakterze seksualnym przez osobę nadużywającą władzy posiadanej z racji pełnionej funkcji podlega karze jednego roku więzienia oraz grzywnie 100 000 F".