piątek, 21 stycznia 2011

w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy

Z Michałem Pawłem Markowskim, tegorocznym laureatem Nagrody im. Wyki, spędziłem prawie cały tydzień - a to przygotowując rozmowę z nim, a to czytając jego książkę, a to uczestnicząc w uroczystości wręczenia wyróżnienia. Książkę, "Słońce, możliwość, radość" (Czarne, 2010), polecam z czystym sumieniem - podobnie zresztą jak i inne książki Markowskiego.


O książce sporo pisałem wczoraj w "Magnesie". Fragment - przykładowy - brzmi tak:

"Jeden z esejów w tej książce nosi tytuł ‘Coś za coś'. To bodaj najkrótsza definicja pisania. Słowa za rzeczy, wspomnienia za doświadczenia, obrazy za rzeczywistość, literatura za sport" - pisze w pierwszych słowach prof. Markowski. I za chwilę omawia krąg wielkiej wymiany, w który wkraczamy, gdy piszemy (i nie tylko).

Uświadamia także, zdawałoby się, oczywistość: że słowa to nie wszystko. Pisze sprytnie: "Ogromna masa naszego doświadczenia bez słów się świetnie obywa i każdy wie, o jakich doświadczeniach tu mówię".

Markowski w słowie "Od autora" wyjaśnia także, że jego książka jest "egzystencjalnym raptularzem". Teksty w niej zamieszczone powstawały w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, w Krakowie i w Nowym Jorku. Dotyczą zaś zjawisk, postaci, wspomnień, problemów, obrazów - tych, które wzbudziły jakieś emocje.

Mamy więc tu podszyty sportem i Proustem esej o czytaniu (i pisaniu).

Mamy więc tu podszyte Szeherezadą rozważania o naturze (czy raczej kulturze) opowieści.

Mamy więc tu aktualny (zwłaszcza w ostatnim czasie) tekst o życiu opisanym...(...)

"Słońce, możliwość, radość" to książka-perła, kolekcja fotografii z egzystencjalnej podróży - fotografii tworzonych za pomocą słowa. Dowód ogromnej pasji, nieokiełznanego pragnienia, a także ogromnego zdziwienia pomieszanego z otwarciem na rzeczywistość. Tej świeżości i odwagi spojrzenia, czytając książkę, się profesorowi zazdrości; tę świeżość i odwagę chce się u niego studiować.

I jeszcze rozmowa z prof. Markowskim. W całości dostępna TU:

Pisze Pan w pierwszym eseju swej najnowszej książki "Słońce, możliwość, radość", że sport przyczynił się do pisania. A ja - nieco przekornie - zastanawiam się, jak wygląda czytelniczy trening przed startem w pisarskich zawodach?

- Zwykle powiada się, że między sportem a literaturą istnieje jedno tylko powinowactwo, takie mianowicie, że o sporcie można — lepiej lub gorzej — pisać. Otóż dla mnie sport był od wczesnej młodości takim samym intensywnym przeżyciem, jak później — i jeszcze dziś — pisanie. Nie ma, według mnie, między tymi doświadczeniami zasadniczej różnicy. Podobnie jak pisanie angażuje zmysły i jest długotrwałym wysiłkiem fizycznym opartym na skutecznej taktyce, tak i sport, na pewnym poziomie, pozwala rozumowi inaczej zawiązywać relacje ze światem, niż ma to miejsce w codziennym obcowaniu z ludźmi. Pisanie dla mnie to taka sama dyscyplina jak piłka nożna, koszykówka czy pływanie. W obu przypadkach — literatury i sportu — potrzebna jest żelazna dyscyplina, długotrwały trening i skuteczny występ. Prawdziwi sportowcy i pisarze nie grają nigdy na remis, każdy chce pobić rekord życiowy i daje z siebie wszystko. Jak wygląda trening przed startem w pisarskich zawodach? Piszący trenuje swoje pisanie zanim jeszcze się dowie, w jakiej dyscyplinie przyjdzie mu startować. Zawody zwane życiem trwają cały czas. Pisanie pozwala się w nich jakoś odnaleźć.

- Czytam u Pana, że słowa "na próżno, na próżno" starają się wyrazić nieme doświadczenie. Skoro "na próżno", to jakiego rodzaju grą jest tak naprawdę pisanie?

- Jeśli pisanie jest grą, to jego stawką jest całe życie. Uważa się, że prawdziwe życie jest zawsze gdzie indziej, zawsze poza literaturą, która tworzy jedynie fikcję. Otóż fikcję, która pozwala nam żyć, nie pozwalając dotykać "nagiego życia", tworzymy codziennie i z tego punktu widzenia nie ma różnicy między literaturą a codziennością. I tu, i tu szukamy sposobów na obłaskawianie świata, na jego rozumienie, na zamieszkanie w niezamieszkiwalnym. Kto pisze, stara się powiedzieć coś, czego nigdy do końca nie wypowie, więc zmuszony jest wciąż podejmować próbę wyrazu, podobnie jak nigdy się życia nie wyżyje do końca, a jednak każdy z nas codziennie stara się przeżyć swoje życie jeszcze skuteczniej. I tu, i tu czeka na nas jedynie klęska: podobnie jak nigdy nie wyrazimy tego, co najważniejsze, tak i nie przeżyjemy samych siebie.

czwartek, 13 stycznia 2011

Ponad 1000 stron w przeciągu 5 lat

Rok 2011 to rok Miłosza. Ostrzymy zmysły i czekamy na atrakcje. Na razie mamy książkę "Rozmowy polskie. 1999-2004" (Wydawnictwo Literackie, 2010).


Wiele poglądów Miłosza to kwestie niewątpliwie dyskusyjne. O feminizmie mówi poeta na przykład tak: "Oczywiście, mnóstwo wariatek lata". Potem dodaje: "Ulubioną moją postacią w literaturze polskiej jest Telimena. Uważam, że to najciekawsza postać, ponieważ jest przymuszona finansowo do szukania męża". Gdzie indziej powie z kolei: "No, Piłsudski robił dużo błędów".

Zaskakująco - ale i jakże odkrywczo - opowiada o Polsce współczesnej. Na pytanie, kto rządzi nad Wisłą, mówił: "Obawiam się, że biurokracja". Gdzie indziej poglądy na kraj, w którym zdecydował się zamieszkać, wyraża nawet ostrzejsze. I budzące o wiele więcej kontrowersji. Widać to wyraźnie, gdy mowa o sprawach społecznych, religijnych, ale także i przemian cywilizacyjnych.

Zaskakująco dużo wypowiedzi pada w związku z religią i kościołem. Czesław Miłosz nie tylko mówi o Janie Pawle II w kontekście swojej twórczości ("powiedział mi, że w swoich wierszach robi pan jeden krok w przód, a jeden w tył"), ale i także ocenia decyzje kościelne w sprawach obyczajowych.

Więcej TU (dostęp płatny).

piątek, 7 stycznia 2011

siedem nowości na 2011 rok

Nowy rok to nowe książki. Zacieramy więc ręce. :-)

Zapowiada się dużo interesujących propozycji. Dzisiaj siedem z nich anonsuje TU, są to:

* nowa książka Marka S. Huberatha "Vatran auraio" (Wydawnictwo Literackie)
* korespondencja Mrożka z Axerem i Lemem (Wydawnictwo Literackie)
* Marylin Monroe, jakiej nie znamy (Wydawnictwo Literackie)
* opowieść Dehnela o Goi (W.A.B.)
* powieść 'dresiarska" Jakuba Małeckiego (W.A.B.)
* nowy kryminał Marcina Wrońskiego (W.A.B.)
* książka Grossa (Znak)

środa, 5 stycznia 2011

w sześćdziesiąt lat po uchwaleniu

Nowy tom z tekstami Zygmunta Baumana to tom rozmów z nim. "Żyjąc w czasie pożyczonym" (WL, 2010).


(...) Siłą wywodu Baumana jest słabość jego ideologii. Bauman w książce o wielkim kryzysie, wychodząc od poważnych i dobitnych tez (z którymi nietrudno się zgodzić), uwodzi, by za chwilę przypomnieć, że rzeczywistość w gruncie rzeczy umyka i nie jest w żadnym wypadku taka, jaką nam się zdaje.

Owszem, tom rozmów z Citlali Rovirosą-Madrozą to szereg dyskusji na ważkie tematy: państwa opiekuńczego w epoce globalizacji gospodarczej (opieka, zdaniem filozofa, niekoniecznie musi znaczyć coś dobrego; czasem wręcz może prowadzić do zniewolenia), demokracji i suwerenności (omówionej za pomocą lektury "Możliwości wyspy" Michela Houellebecqa), ludobójstwa (wspominając na przykład o "klaustrofobicznych" aktach ludobójstwa) czy nieubłaganej logiki biotechnologii. Sytuacja wyjściowa - kryzys ekonomiczny - zyskuje więc w tych rozmowach szersze znaczenie. Bauman dotyka kryzysów na wielu poziomach, zwracając najmocniej uwagę na wymiar społeczny. Nic w tym jednak dziwnego. W końcu mamy do czynienia z wyrafinowanym badaczem, który - jak mało kto - potrafi zdiagnozować z nieco szerszej perspektywy to, co się dzieje wokół nas. (...)

Więcej TU (dostęp płatny).

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Po drodze oczywiście zahaczyłbym z 40 innych pisarek [wywiad z samym sobą ;)]

Prowincjonalna nauczycielka prowadzi bodaj najpoczytniejszego bloga o książkach. I ma świetne pomysły. Na przykład, by przeprowadzać wywiady z innym blogerem, który - akurat tak się złożyło - wydał książkę. Skutki można obejrzeć TU. A ja dla zachęty przeklejam kilka pytań i odpowiedzi.

Czy są jakieś pytania, które chciałbyś zadać swym rozmówcom, ale nigdy ich nie zadasz ich z uwagi na to, że są one zbyt kontrowersyjnej natury?
Pewnie. Cała masa. Nie będę ich tu wymieniać z uwagi na to, że są one zbyt kontrowersyjnej natury. :-D

Czy wśród aktorów, celebrytów i ogólnie Twoich "gości" często spotykasz się z tzw. wodolejstwem? Zadajesz pytanie, a ktoś mówi zupełnie o czym innym i reaguje dopiero, kiedy zadajesz uparcie wciąż to samo pytanie albo próbujesz go podejść jakoś inaczej ;)
Celebryci są chyba narażeni na to najczęściej, ale tylko dlatego, że zadaje się im wciąż te same pytania. Zaczynam ich powoli rozumieć. ;-) A na poważnie: warto pytać i słuchać. Gdy odpowiadający widzi, że się słucha z uwagą i bacznie obserwuje, przestaje mówić byle co.

Czy przeprowadzasz wywiady z osobami, które Cię denerwują czy starasz się wybierać tylko osoby, które cenisz?
To, że kogoś cenię, nie znaczy, że mnie nie zdenerwuje. I na odwrót. Największy respekt czuję do tych, od których mogę się czegoś nauczyć lub czegoś dowiedzieć.

Czy rozmowa z pisarzami może rozczarować burząc pochlebne wyobrażenie, jakie wytwarza lektura ich książek?
Oj może. Ale nie oceniałbym tego. Zresztą książki w pewien sposób są lepsze od ludzi. Nie mogą zranić.

Po której z rozmów czujesz największy niedosyt lub może i niesmak?
Niedosyt a niesmak to dwie różne sprawy. Niesmaku nie pamiętam, na szczęście. Niedosytu jest całe mnóstwo. Ale może to nie jest takie złe. Lepszy lekki niedosyt niż chroniczny przesyt. Ostatecznie lepiej mieć troszkę autentycznych marzeń niż żyć nadmiarem złudzeń.

PS. Dziękuję pytającym i dziękuję prowincjonalnej nauczycielce. :-)

sobota, 1 stycznia 2011

ledwie widoczny podwójny podbródek

W Nowy Rok wkraczamy z nowymi nadziejami. Na więcej szczęścia, więcej radości, więcej sukcesów, więcej odwagi. Tego sobie w końcu życzymy. I fajno! A skoro tak - to mam dobrą książkę a propos: "O człowieku, który chciał być szczęśliwy" (Świat Książki, 2010):


Książka ta jest fabularna w stopniu minimalnym. Rzecz dotyczy bowiem historii Juliana, zwyczajnego nauczyciela, któremu pozornie nic nie dolega. Pozornie. Bo gdy, podczas wakacji spędzanych na wyspie Bali, odwiedza pewnego słynnego mędrca, uświadamia sobie, że nie jest szczęśliwy. Oficjalna przyczyna? Brak partnerki. Ale mędrzec uświadamia mu, że kłopoty tkwią o wiele głębiej. W ten sposób zaczyna się podróż w celu odnalezienia siebie.

Będzie pan śnił, że żyje pan w świecie, gdzie wszystko jest możliwe. Proszę sobie wyobrazić, że tego, czego może pan dokonać, nic nie ogranicza. Niech pan postępuje tak, jakby zdobył pan dyplomy wszystkich uczelni świata, miał wszystkie możliwe zalety, nieprzeciętną inteligencję, dar wspaniałego przemawiania, wielki urok osobisty... i wszystko, czego pan zapragnie. Może pan wszystko.

Książka jest napisana właśnie w takim stylu. Nieco Coelhowskim, czym - przyznam szczerze - razi mnie. Podobnie jak rażą mnie wszelkie inne proste recepty obiecujące radykalną zmianę na lepsze. Nie wierzę zresztą w takie cuda. Że jedną książką można zmienić życie; zwłaszcza taką książką, która z założenia ma to zrobić. Od razu. Skutecznie, tanio i prosto.

Najważniejsze zmiany przychodzą raczej niezauważalnie i nieproszenie. Bywa, że z trudem. I że płacimy za nie wysoką cenę. Można oczywiście te zmiany do pewnego stopnia kontrolować, ale nie da się precyzyjnie wszystkiego zaplanować. Zwłaszcz
a śmierci bliskich czy miłości, która ma do nas przyjść. I zresztą bardzo dobrze. Bez emocji byłoby nudniej i nieludzko. ;-)

Laurent Gounelle wie, co robi. Nieprzypadkowo napisał taką, a nie inną książkę. Jest w końcu specjalistą w dziedzinie rozwoju osobowości. Jego historia zmierza więc ku dobremu zakończeniu, wiadomo. Dla namiętnych czytelników najważniejsze niech będzie jednak stwierdzenie z środka książki. Że rozwijamy się nie poprzez słuchanie tego, co mówią do nas inni, ale przez to, czego sami doświadczamy. :-)


PS. I jeszcze na Nowy Rok - konkurs u prowincjonalnejnauczycielki, gdzie do wygrania moja książka z wywiadami. Zapraszam serdecznie w imieniu
organizatorki :-)