piątek, 25 marca 2011

1989-2009

Korporacja Ha!art wydała dwa przewodniki podsumowujące ostatnie 20 lat w kulturze polskiej. Jeden z nich dotyczy ściśle literatury.

Książkę, jak pisze w jednym z pierwszych zdań Piotr Marecki, "należy traktować jako narrację autorską po najważniejszych tendencjach literatury polskiej ostatnich dwudziestu lat". To ważna uwaga i wiążąca - zwłaszcza dla tych, którzy spodziewaliby się uniwersyteckiej syntezy o polskim piśmiennictwie od roku 1989 do 2009. Żadnej syntezy, żadnych podsumowań, żadnych jasnych konstatacji tu nie znajdziemy. Jest za to pewien twórczy bałagan, przez który - kto odważny! - można się przedzierać, próbując znaleźć dla siebie przyjazny zakątek.

Trudno jednocześnie powiedzieć o jakiejś spójności pokoleniowej. Choć wiele wątków przewija się na wielu równoległych planach i choć sąsiedztwo np. "literatury mniejszości seksualnych" z "liberaturą" wydaje się naturalne, to z trudem doszukiwać się tu należy ciągłości czy logiki. Ostatecznie każdy idzie w swoją stronę, co pokazują kariery zaczynających czy związanych z "Ha!artem" - Igora Stokfiszewskiego, Grzegorza Jankowicza, Jakuba Żulczyka, Michała Olszewskiego, Sławomira Shutego.

Swoją drogą, widać także jak na dłoni, że choć personalia się zmieniają, pewne porządki a czasem obyczaje pozostają stałe. Młodzi dorastają (dziś większość autorów zbliża się do 40.), niszowi trafiają do głównego nurtu (na przykład Michał Witkowski publikujący ostatnie książki dla Świata Książki), niedofinansowani stają się nieźle opłacani, natomiast środowiska literackie ciągle zdominowane są przez płeć męską (i nic nie zmieni tu fakt, że być może najwięcej odświeżających uwag ma Izabela Filipiak).

Tak czy siak - pouczająca i, niech pozwolę sobie na osobisty wątek, mocno sentymentalna to lektura. Dowód na to (zresztą jeden z wielu dowodów!), że w ciągu tych ostatnich kilkunastu lat działo się coś więcej niż dynamiczny rozwój telewizyjnych show i masowy spadek czytelnictwa. Mimo wszystko.

Więcej TU.

niedziela, 20 marca 2011

2. Zblazowanie

Dobra gawęda to podstawa. Tak chyba twierdził Henryk Rzewuski. I w sumie od tamtych czasów niewiele się zmieniło. Poza tym, że zamiast gawęd kameralnych, mamy gawędy masowe w postaci np. seriali telewizyjnych.

Tym razem, nieco archiwalnie, sięgam po biografię Françoisa Rosseta i Dominique Triaire o Janie Potockim (W.A.B., 2007). Rzecz to, w istocie, nie najnowsza, ale godna polecenia i lektury. Na kilka godzin.


Książka posłużyła mi do portreciku zamieszczonego w "Magazynie" "Dziennika Polskiego". Artykuł w całości opublikowany został 11 marca br. Teraz fragment:

2. Zblazowanie

O ile wiadomo, jak zwalczyć nudę (np. książkami), o tyle o wiele trudniej okazuje się zwalczyć swoje pochodzenie. Młody hrabia uczestniczyć musi w różnych posiedzeniach, przyjęciach, zabawach, swawolach. Ma przy okazji możliwość posłuchania plotek. Jak na przykład tej o niestrawności, "której ofiarą padł ambasador sułtana, ocalony in extremis przez osobistego lekarza Józefa II, ku wiecznej chwale medycyny europejskiej, głoszonej później w Maroku".

Nuda?

Owszem, nadal nuda. Aczkolwiek dla młodego marzyciela takie - czasem rzucone półsłówkami historyjki - stają się podnietą do działania. Wynika z tego: a to podróż na Wschód, a to do Turcji, a to do Egiptu, Holandii, Hiszpanii...

No i Maroka, by sprawdzić, jak tam rzeczywiście jest.

Zresztą w tym czasie, jako dwudziestokilkuletni hrabia, Potocki zdaje sobie sprawę, że od biesiad woli przygodę.

Wystawne życie? Raczej nie.

Etykieta? Drażni.

Biografowie Potockiego piszą piórem zdecydowanym: "Niech sobie Wiedeń będzie uwodzicielskim, zabawowym miastem, ale wezwania świata - tego prawdziwego, a nie wytwornego - są o wiele silniejsze".

Zaczyna się więc podróżnictwo w życiu Potockiego. Obfite, bo zamożny paniczyk może sobie na to pozwolić. Podróż jako doświadczenie świata ma być szansą na uwolnienie się z arystokratycznego gorsetu.

piątek, 18 marca 2011

dwa kanony wyobrażeń

Swietłana Aleksijewicz pisze książki przejmujące. Takie na przykład jak "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" (Czarne, 2010).

Jedno z podstawowych pytań autorki podczas pisania książki nie brzmiało więc: "uczestniczyły w tym wszystkim kobiety?", ale: "dlaczego kobiety nie potrafiły obronić własnej historii?" i "dlaczego kobiety nie potrafiły obronić swoich własnych słów i uczuć?". Łatwo się domyślić, że odpowiedzi na te kwestie nie są jednoznaczne. Równocześnie jednak nie trudno odgadnąć, że układają się one w specyficzny pejzaż sytuacji kulturowej i społecznej.

Aleksijewicz porównuje w ten sposób swoją pracę do renowatora czy wręcz budowniczego. Ze skrawków wspomnień, małych cegieł słów, odprysków historii buduje ona świątynie. "Z naszych uczuć. Z naszych pragnień i rozczarowań. Z naszych marzeń" - pisze sama.

Wchodząc głębiej w tekst, łatwo na początku nie dostrzec różnic pomiędzy historiami znanymi z dotychczasowych relacji wojennych a tymi zawartymi w książce. Wojna, koszmar uniwersalny, niesie grozę, spustoszenie, nicość, zwątpienie i uruchamia zarazem - niewidzialny często w czasach pokoju - ludzki heroizm. Pisze o tym wszystkim Aleksijewicz, to fakt. Nie różni się w tym od wielu autorów opowieści okołowojennych.

Jednocześnie jednak - już w trakcie czytania - uświadamiamy sobie, że jej pisanie ma inny rytm czułości, jest wyostrzone pod innym kątem obserwacyjnym. Skupiona na kobiecych doświadczeniach, autorka odkrywa przysłoniętą dotąd przestrzeń egzystencji. Przestrzeń, bez której nie tylko trudno sobie wyobrazić społeczną historię wojny w ogóle, ale i również historię społeczną poszczególnych krajów i kultur.

"Opowieści kobiet łamały dwa kanony wyobrażeń o wojnie: sowiecki i męski" - mówiła Aleksijewicz w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej". "Cenzorzy pytali: ‘Po co pani pisze o menstruacji? O tym, że kobiety chodziły w spodniach? Czemu nie o walce i bohaterstwie?'. A mnie jedna z pań na pytanie, co na wojnie było najstraszniejsze, odpowiedziała: ‘Myślisz, że umieranie? Nie - chodzenie przez cztery lata w męskich gaciach'"

Więcej TU (dostęp płatny).

poniedziałek, 14 marca 2011

Wtorek, 15 marca, godz. 19

Dla tych, którzy mają czas i ochotę w Krakowie... Zapraszam bardzo gorąco. :-)

Kraków, Klub LOKATOR, ul. Krakowska 27, 15 marca, godz. 19.

Będę ja i Iza Sowa. :-)

czwartek, 10 marca 2011

80 tysięcy taksówek

Bardzo gorąco, ale to gorąco, polecam książkę "Taxi"(Karakter, 2011). Raz - ze względów oczywistych: sytuacja w Egipcie. Dwa - ze względów osobistych: mój tato przez pewien czas też był taksówkarzem.

(...) Budujące rozwiązanie i metafizyczna puenta - to wcale nie wyjątek. W opowieściach zawartych w książce "Taxi" natykamy się na nie co chwilę. Towarzyszy im rozczarowanie innymi ludźmi, złymi wyborami życiowymi (ale politycznymi też) i - mimo wszystko ważna, choć wcale nie każdy przyzna, że najważniejsza - bieda.

Jeden z taksówkarzy musi zapłacić tysiąc dwieście funtów miesięcznie. Przysiągł przed żoną na rozwód po trzykroć (a to jedna z mocniejszych przysiąg), że nie wróci do domu aż do momentu, gdy nie zapłaci za całość. Dlatego w aucie je, pije. Jest przemęczony, ale zdeterminowany. I pracuje nieustannie.

Czasem taksówkarzy najdzie refleksja natury społeczno-ekonomicznej: "To niby nie wiedzą, przez co się rozwala gospodarka? Przez ludzi się rozwala. Dasz pan wiarę, kraj taki jak Egipt, gdzie ludzie wydają przeszło dwadzieścia miliardów funtów rocznie na telefon... Dwadzieścia miliardów funtów! Czyli jakbyśmy nie gadali przez dwa albo trzy lata, to jak by Egipt wyglądał?".

Obok krytyki społecznej często daje się słyszeć także krytyka instytucji. Jeden z kierowców tak komentuje decyzje władzy: "Pan wie, że przedtem to pasy były traktowane jako wyposażenie luksusowe, czyli pobierali od nich dodatkowe cło. Jak sobie z Arabii Saudyjskiej sprowadziłem toyotę, to żeby nie płacić cła od luksusu, musiałem własnoręcznie wyciąć z niej pasy i zdemontować klimę. Nie minęło parę miesięcy, jak wprowadzili obowiązkowe pasy, czyli luksus, i dodatki stały się normalnym wyposażeniem obowiązkowym. I co wtedy? Wszyscy polecieli kupować pasy. Zrobili na nas interes jak złoto". (...)

Więcej TU (dostęp płatny).

I jeszcze bonus filmowy:

piątek, 4 marca 2011

4 opowiadania

Nowy Schmitt!
Czyli radość dla wszystkich wielbicieli "Oskara i pani Róży".
Zbiór nosi tytuł "Trucicielka" (Znak, 2011).


(...) Niewielki zbiór Schmitta wyróżnia się tym, za co cenili czytelnicy poprzednie książki francuskiego autora. "Odette i inne historie miłosne", "Oskar i pani Róża" czy "Małe zbrodnie małżeńskie" to majstersztyk maksymalnego użycia słowa przy minimalnej powierzchni dla snutej opowieści. Schmitta nie interesują zresztą przygody, perypetie, zmiany losu, scenografii, otoczenia. Najwięcej miejsca poświęca on duszy i człowiekowi. Zahacza się na jednym - nasączonym na ogół filozoficznym smakiem - problemie, by poddać go obórce i dać przestrzeń do rozważań czytelnikowi.

"Wolter mówił, że najlepsze książki to te, które w połowie zostały napisane przez wyobraźnię czytelnika" - stwierdza Schmitt i w zasadzie trudno z nim (i z Wolterem) polemizować w tej kwestii. Moralne (i niemoralne), rozświetlające rzeczywistość i świadomość (ale i często mroczne) historie francuskiego pisarza skłaniają do refleksji.

"Czasem myślę, że opowiadania mnie rozwijają, bo jestem przede wszystkim człowiekiem teatru" - pisze autor "Trucicielki" w dołączonym do zbioru dzienniku. Precyzuje też różnicę między większą formą prozatorską a opowiadaniem właśnie: "O ile powieść można traktować trochę jako graciarnię, o tyle nie jest to możliwe w wypadku opowiadania. Trzeba dokładnie odmierzyć przestrzeń przeznaczoną na opis, na dialogi, na rozwój wydarzeń. Najmniejszy błąd w budowie utworu jest od razu widoczny. Upodobania też".

W przypadku Erica-Emmanuela Schmitta czytelnicy jednak na ogół błędów nie widzą. Dla pisarza nie może być chyba lepszej rekomendacji. (...)

Więcej TU (dostęp płatny).