wtorek, 31 maja 2011

44 listy

Zygmunta Baumana nowa książka to "44 listy ze świata płynnej nowoczesności" (Wydawnictwo Literackie, 2011).


(...) "44 listy" podejmują szereg spraw istotnych i problemów, do których zrozumienia nie wystarczają tylko abstrakcyjne rozważania filozoficzne. Nie diagnozują ani nie tłumaczą ich również zawsze precyzyjnie tabele socjologów skrupulatnie badających strukturę społeczną. Na szczęście Bauman dryfuje pomiędzy tymi dwiema przestrzeniami - filozoficzną i socjologiczną. Co prawda na próżno szukać tu łatwych odpowiedzi na trudne pytania, ale Bauman też nie komplikuje pojęć odnoszących się do - i tak już skomplikowanej do rozumienia - rzeczywistości.
Trzeba jednak wiedzieć, że autor "Płynnej nowoczesności" nie jest myślicielem, który o rzeczywistości mówi zza biurka. Swobodnie posługuje się słowem "Facebook" czy "Twitter". Kiedy trzeba, potrafi też poświęcić osobny list Barackowi Obamie. O seksie pisze bez uprzedzeń, podobnie o kwestiach obcości, ideologii, kapitału, kryzysu czy wielu innych sprawach, o których naukowcy wypowiadają się z powściągliwością godną tzw. osób niezaangażowanych.

Więcej TU (dostęp płatny).

piątek, 20 maja 2011

na 150 procent się zaangażowałem

Historia bywa pisana bardzo ciekawie. Na przykład przez pryzmat wspomnień. Tak jak się to dzieje w przypadku książki Anki Grupińskiej i Joanny Wawrzyniak "Buntownicy. Polskie lata 70. i 80." (Świat Książki, 2011).


"Historia mówiona, język mówiony" - wyjaśniają swoją metodę redaktorki. Piszę "redaktorki", bo to choć ich praca i ich pomysł, to tak naprawdę narratorami są zaproszeni przez nich do wspomnień goście-bohaterowie. Tytułowi buntownicy. Mamy Lecha Dymarskiego, który wspomina o tym jak pracował na hali jako pracownik umysłowy w PKS-ie. Jest Grzegorz Gauden, który czytał z wypiekami na twarzy "Gazetę Poznańską" z 1956 roku. Tomasz Fiałkowski wspomina z kolei o tym, jak czytał - w liceum w trzeciej lub czwartek klasie - "Rok 1984", "Dzienniki" Gombrowicza i "Doktora Żywago". Mnóstwo tu więc przede wszystkim wspomnień, ale wspomnienia osobiste przeplatają się z duchem tamtych czasów - specyficznych, w których bohaterowie na różne sposoby się buntowali.

Przyznam, że lubię tego typu książki z kilku powodów.

Po pierwsze, niektórzy bohaterowie znani mi są współcześnie i w tej współczesności nieco zastygli. Sięgając do czasów ich młodości, dowiaduję się zatem, że kiedyś żyli inaczej, robili co innego. Swobodny tok wypowiedzi - nierzadko jednak niebywale subtelnie prowadzonej - dodatkowo sprawia, że ci bohaterowie mają ludzką twarz: trochę łobuzów, a trochę społecznie niedopasowanych (co jest jakimś tam pocieszeniem w momencie, gdy człowiek sam nierzadko doświadcza tego poczucia).  

Po drugie, dzięki tym opowieściom mogę sobie zrekonstruować jeszcze winny sposób rzeczywistość, do której nie mam dostępu, albo mam dostęp z nieco innej pesrepektywy. Lata 80. kojarzą mi się z bandą na osiedlu, bajorkiem, które zamarzało w zimie i po którym można było jeździć, z podwórkowymi przyjaźniami. ;) Okazuje się tymczasem, że wtedy niektórzy inni - nieco doroślejsi ludzie - bardzo mocno walczyli o ważne sprawy. I że taki Lech Wałęsa nie był sam! Niby to się wie z podręczników, historii opowiadanej tu i tam, ale jakoś - po tej książce - doświadcza się ponownego odświeżenia tej wiedzy.

Wspomnienia wzbogacają eseje czy raczej tekściki o tamtym czasie. Między innymi świetnie pomyślany alfabet Hanny Samson oraz szkic o pijaństwie. ;-)

czwartek, 19 maja 2011

po 17. latach

Zafon to potęga. Bestsellerów potęga. Czy kolejnym hitem będzie także jego "Pałac Północy" (Muza, 2011)?


(...) Ukazująca się teraz w Polsce powieść "Pałac Północy" to druga książka Zafona, wydana kilka lat przed słynnymi bestsellerami. Ponoć problemem okazywały się prawa autorskie. To specjalnie zresztą nie dziwi - zważywszy na to, jak niekorzystne umowy są w stanie na początku swojej kariery podpisać debiutanci.
Akcja "Pałacu Północy" rozgrywa się zasadniczo w latach 30. w... Kalkucie, gdzie Ben, wychowanek domu dziecka, kończy właśnie wiek uprawniający go do pobytu w jednostce wychowawczej. Tuż przed wyjazdem Ben zabiera niejaką Sheere do Pałacu Północy, gdzie odbędzie się spotkanie jego tajnego stowarzyszenia. Posiedzenie członków ma być ostatnie, ale po makabrycznej opowieści, jaką serwuje Sheere, należy się spodziewać, że to nie koniec. A wręcz początek fascynującej i wciągającej historii.
Fascynującej i wciągającej? No właśnie nie za bardzo... Niektórzy czytelnicy przyznają, że sięgnęli po nową powieść Zafona tylko dlatego, że kochają "Cień wiatru" i "Grę anioła". Nie brzmi to jak pozytywna rekomendacja książki, choć z pewnością jest to dowód niezłej marki, która oczaruje każdego. "Gdyby ktoś zapytał mnie - czy wsiadłabyś jeszcze raz do tego pociągu - odpowiedziałabym TAK. Dlatego, że nie zakrztusiłam się dymem, nie miałam chęci uciekać, a wręcz z ciekawością brnęłam w tą dziwną historię, łaknęłam wyjaśnienia, czekałam na urokliwe momenty i miałam nadzieję, że odnajdę tego klimatycznego Zafona... Czy odnalazłam? W pewnym stopniu tak, ale nie do końca takiego, jakiego oczekiwałam" - pisze na swoim blogu Bellatriks.
Grunt, że Zafon nie abdykował. A więc zaglądamy do "Pałacu...", prawda? ;-) 

Więcej TU.

wtorek, 17 maja 2011

historie bohaterów to rzecz drugorzędna [wywiad z Marcinem Pietraszkiem]

Z Marcinem Pietraszkiem rozmawiałem kilkanaście dni temu. Wywiad ukazał się prawie dwa tygodnie temu, ale - po szaleństwie Miłoszowym - może warto teraz do niego sięgnąć? No i do książki, która była pretekstem do rozmowy. "Brak Złudzeń" (COMM, 2011).




Tytuł Twojej książki, cytat przewodni (z Houellebecqa) i sam koncept całości - raczej nie napawają optymizmem. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Muszę więc spytać, z czego w zasadzie zrodził się "Brak złudzeń"?
- Na początku był protest, poczucie niezgody. Nie to, żebym był jakimś wielkim buntownikiem, nie należę do tych, którzy z pochodniami idą na Krakowskie Przedmieście. Coś mi się jednak nie zgadzało, coś nie pasowało. Zdrapywałem lukier, ale pod nim była szarość i brak smaku. Potem był Houellebecq. Poznałem go dość późno, ale natychmiast się zachłysnąłem. Przy "Cząstkach elementarnych" olśniło mnie - wiedziałem już nie tylko co chcę napisać, ale i jak. Wcześniej wydawało mi się, że potrzebuję dla swoich przemyśleń jakiejś zgrabnej fabuły. Houellebecq uświadomił mi, że historie bohaterów to rzecz drugorzędna. Ważniejsza jest istota tego, co mam do powiedzenia. Zacząłem notować swoje myśli, a z notatek wyłoniła się w końcu także fabuła.
- W ciągu całej książki, o ile dobrze zrozumiałem, prowadzisz dyskusje ze współczesnością i (pop)kultura, która, jak wiemy z Freuda, bywa źródłem cierpień. Nieco tę współczesność ośmieszasz, ale jednocześnie wcale nie podsuwasz jakiejś alternatywy. Czyli można albo zapłakać, albo ewentualnie się pośmiać lub nabrać dystansu?
- Alternatywy nie ma. Nie wierzę w alternatywę. W "Braku złudzeń" przedstawiam świat, który nie jest wesoły, ale cóż zrobić? Taki jest. Możesz się próbować zdystansować, możesz próbować go obśmiać, możesz posypywać chodniki cukrem, by twoja życiowa droga była słodsza, ale nie zmienisz istoty rzeczy. Jest w tym coś buddyjskiego. Żadna zmiana nie istnieje, świat pozostaje takim, jakim jest, nieruchomy i niezmienny, pomimo że wciąż mieni się kolorami i pędzi. Chyba chciałem to tylko uchwycić, przedstawić taką "akwarelkę"... Nie chcę wypisywać recept.
Sam czasem się na ten świat wkurzam, ale innym razem bardzo mi w nim wygodnie. Warto mieć świadomość jego niedoskonałości, ale "Brak złudzeń" to nie jest wezwanie do chwycenia za sztandary i wejścia na barykady, by próbować radykalnie zmienić tę rzeczywistość. Jeśli już, to możemy ewentualnie zmieniać drobiazgi, np. zacząć dostrzegać ludzi, których wcześniej mijaliśmy z obojętnością.(...)

Całość TU.

poniedziałek, 16 maja 2011

7 dni z Miłoszem

Wczoraj dokładnie zakończył się 2. Festiwal Miłosza. Działo się. Kto nie był, kto nie widział, kto nie słyszał - ten niech żałuje.

Relacje z poszczególnych dni pod linkami poniżej:

NIEDZIELA (8 maja)
PONIEDZIAŁEK (9 maja)
WTOREK (10 maja)
ŚRODA (11 maja)
CZWARTEK (12 maja)
PIĄTEK (13 maja)
SOBOTA (14 maja)
NIEDZIELA (15 maja)

Miłej lektury:)

niedziela, 15 maja 2011

prawie 1000 stron

Dziś kończy się 2. Festiwal Miłosza. Zostaniemy po nim z kilkoma książkami. Przede wszystkim z ogromną biografią Miłosza pióra Andrzeja Franaszka (Znak, 2011).


(...) Dyskutować z poszczególnymi faktami tej biografii - to będzie zadanie, do którego pewnie już gotują się badacze. I ci, którzy mają do Miłosza o wiele rzeczy żal. Będzie ciężko, bo - jeszcze raz powtórzmy - to naprawdę kawał dobrej roboty. Będzie też ciężko im podważyć całościowo pomysł pisarski Franaszka. Mamy tu bowiem nie tylko do czynienia z narracją spójną i potoczystą - co w języku zwykłych czytelników oznacza: "się czyta!" - ale i z piórem, które czuje materię. Wzniosłość formy, szacunek do słowa połączone z dystansem i lekką ironią, a także prowadzona z wyczuciem refleksja nad geniuszem (sam Franaszek zdaje się pisać w pewnym momencie, że to nie do końca mu się udało - ale to chyba akurat niepotrzebne zastrzeżenie) stanowią o jakości tej biografii i niebywałym jej uroku.
Franaszek pisze zresztą frazą jakby nie z tej epoki. Ot, dwa zdania z brzegu: "Wysłany na stację furman powozi bryczką ostrożnie, bo w brzuchu jego pasażerki rośnie dziecko. 30 czerwca, w znaku Raka, przychodzi na świat chłopiec, któremu na chrzcie zostaje nadane imię Czesław".
Jest tu i dostojeństwo i, nieco czasem archaicznie stylizowana, powaga pomieszania z błahością losu ludzkiego. To zdaje się w wypadku bohatera tej biografii strzałem w dziesiątkę.
Podczas spotkania promocyjnego biografii na 2. Festiwalu Miłosza obecny na dyskusji prof. Marian Stala z Uniwersytetu Jagiellońskiego powiedział, że praca Franaszka zmienia sposób patrzenia na poetę. I że książka jest tak szczegółowa i tak świetnie pomyślana, że każdy następny, kto będzie miał nowe pomysły biograficzne, będzie musiał traktować to dzieło jako ważny punkt wyjścia.
I to jest chyba dobre podsumowanie lektury tomiszcza "Miłosz. Biografia" autorstwa Andrzeja Franaszka.

Całość TU [dostęp płatny].