środa, 29 czerwca 2011

trzy chóry

Joanna Salamon była niezwykłą krytyczką. Jak bardzo niezwykłą - o tym można się przekonać, sięgając po książkę "Plus minus Atlantyda albo układy parzyste" (Korporacja Ha!art, 2011).



Książka Joanny Salamon jest niewiarygodna. Każdy, kto ją po raz pierwszy weźmie do ręki będzie miał prawo tak powiedzieć. Nie ma tu przypisów, jest za to dużo podkreśleń i zaznaczeń, są też jakieś wykresiki przypominające warsztat pracy wróżki. Wszystko wbrew logice i rozumowi.
A przecież chodzi o rzeczy delikatne i sprawy zasadnicze: poezję i jej interpretację. O coś, na co dobrze byłoby znaleźć i dokumentację, i dowody. Poparte autorytetami.

Tymczasem książka "Plus minus Atlantyda albo ukłony parzyste" nie jest w żadnym wypadku hołdem złożonym tradycyjnej metodologii interpretacji, która ma swoją długą tradycję. I która rządzi się swoimi jasno określonymi prawami. Salamon, zmarła w 2001 roku poetka, tłumaczka literatury rosyjskiej i serbskiej, historyczka i krytyczka literatury, pracuje z czytanymi przez siebie tekstami nieco pod prąd uniwersyteckim obyczajom. Przymierza Szymborską i Miłosza wbrew regułom chronologii, logiki, czy innego racjonalnego porządku. Wręcz przeciwnie. Jej wnioski niejako rodzą się z chaosu, przez chaos przechodzą i do chaosu wracają, porządkując poetyckie tworzywo w niebywale oryginalny sposób.
"Od dawna usiłuję sprawdzić, jak to jest..." - zastanawia się Joanna Salamon. "Czy poeci piszą do siebie nawzajem listy wierszem z wyrazami podziwu bądź sprzeciwu? Czy wiersze same, samowolnie, cichcem, bez wiedzy ojca bądź matki, poza ich plecami - zaczynają ze sobą korespondować? Choćby dlatego, że są znudzone bezczynnością w dwuwymiarowym czarno na białym świecie? Dawniej nie brałam pod uwagę tej możliwości, ale wiersze (jak ludzie) mają swoje sekrety".
Książka "Plus minus Atlantyda..." jest więc rodzajem odsłaniania tych sekretów i unaoczniania ich dla naszego, innego oglądu interpretacyjnego. (...)

Więcej TU (dostęp płatny).

wtorek, 28 czerwca 2011

6 wielkich stoisk białoruskich wydawnictw

Iryna Chadarenka, białoruska poetka i prozaiczka, przebywa w Krakowie na stypendium. Rozmawiałem z nią o sytuacji literatury na Białorusi. Na łamach e-radaru ukazała się pierwsza część tego wywiadu.

- Rynek nie dotknął literatury?

- Wręcz przeciwnie. Gdy wchodzę do największej księgarni w Mińsku i widzę reklamę nowości, to uderza mnie obecność makulatury. 600 stron prymitywnych dialogów pomiędzy kobietami-sąsiadkami – czy te bzdury w ogóle warto wydawać i reklamować? A jednak wielu wydawców uważa, że tak. Na międzynarodowych targach książki, które odbyły się w stolicy w bieżącym roku, było wystawionych co najmniej 6 wielkich stoisk białoruskich wydawnictw państwowych oraz tylko jedno malutkie stoisko, gdzie zgromadziło się ledwie 6 wydawnictw niepaństwowych. Taka proporcja jest anomalna. Żeby wydać książkę w wydawnictwie państwowym, trzeba pisać jakiś teksty rozrywkowe, które się sprzedadzą. Ewentualnie trzeba być członkiem państwowych organizacji literackich. Dlatego niektórzy najbardziej zasobni autorzy otwierają prywatne wydawnictwa, żeby przy pomocy grantów lub na na własne ryzyko drukować literaturę alternatywną, wśród niej także i swoje utwory. Ale i tu nie wszystko wygląda kolorowo. Na przykład w ostatnich latach wydano bardzo wiele zbiórów poetyckich. Przedstawiano je obszernie w mediach - z wielkim namaszczeniem. Tyle, że czytać je nie sposób, bo to rodzaj kreacji literackiej w stylu obrazów malowanych przez delfiny...

- W jaki sposób instytucje kulturalne motywują młodych pisarzy do pracy? Istnieje system stypendiów? Nagród?

- Nie pamiętam, żeby ktoś z młodych talentów otrzymał u nas stypendium w zakresie literatury. Takie możliwości istnieją chyba tylko na uczelniach państwowych i są przeznaczone dla młodych naukowców, muzyków, artystów, ale nie poetów. Nagrody? No cóż... Przepraszam, ale tutaj przypomina mi się zdanie bohatera z filmu „Basen” Francoisa Ozona: „Nagrody i premie są jak hemoroidy – wcześniej lub póżniej każda dupa je nabędzie”. Oczywiście nagrody literackie na Białorusi istnieją. Instytucje państwowe starają się zachęcić do pracy twórczej, ogłaszając konkursy dla dramatopisarzy, scenarzystów oraz poetów, piszących zwłaszcza utwóry patryjotyczne. Wysokość tych nagród jest jednak bardzo skromna i nie zawsze atrakcyjna dla autorów. Organizacje także mają swoje wyróżnienia. Na przykład w środowisku liczą się „Gliniany Weles” (Weles - starożytny bóg słowiański, przyp. red.), „Złoty apostrof” oraz kilka innych wróżnień przyznawanych przez białoruski PEN-Club. Ale to raczej nagrody symboliczne, nie związane na ogół z jakimś potężnym zastrzykiem finansowym.


Więcej TU.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

gdy ukończył 20 lat, przeniósł się do Londynu

Dla wszystkich wielbicieli Coetzee'ego gratka następująca: książka z esejami i wywiadami "Punkty nawigacyjne" (Znak, 2011).



(...) Niezły rozrzut - chciałoby się zakrzyknąć, słuchając wyliczeń redaktora książki. Ale w istocie "Punkty nawigacyjne" są tyleż ułatwieniem, ile komplikacją w tej podróży.
Zacząć musi się, rzecz jasna, od Becketta, któremu poświęcone są aż cztery teksty napisane przez noblistę na przestrzeni lat 1970-1984. Coetzee zaczyna szkicem o komizmie punktu widzenia, by przejść do korekty rękopisów i pokusy stylu, a skończyć - wprost autobiograficznie - wspomnieniem z Teksasu, gdzie przygotowywał swoją doktorską rozprawę. Dalej jest doskonały rozdział o poetyce wzajemności oraz, rozdział kolejny, o kulturze popularnej. W niebywale błyskotliwy sposób pisarz omawia grę w rugby czy... trójkątne struktury pragnienia w reklamie.
Osobny rozdział poświęcony jest składni (językoznawcy będą zachwyceni) oraz Kafce (tym razem będą zachwyceni także wielbiciele Musila). Jest wreszcie rozdział o wyznaniu (a przy okazji refleksje na temat Tołstoja, Rousseau i Dostojewskiego) oraz, oczywiście, pisarzach południowoafrykańskich. Całość uzupełniają wywiady z Coetzee'em, ale - ostrzec wypada - nie są one wstępem do lektury, a raczej jej pogłębieniem. Coetzee nie idzie bowiem na łatwiznę i nie symplifikuje nawigacji po swojej twórczości. Wręcz przeciwnie. Jak gdyby chciał powiedzieć: im bardziej tu wkraczasz, tym więcej uwagi mi poświęcisz.
Trzeba przyznać, że brzmi to jak niezła zachęta. Przynajmniej dla wiernych miłośników tej prozy. 

Więcej TU (dostęp niestety płatny).

niedziela, 26 czerwca 2011

piszę pięć godzin, do godziny 11 [wywiad z Markiem Krajewskim]

Z Markiem Krajewskim rozmowa to cała przyjemność. Nie wierzycie? Oto dowód:

Marcin Wilk: Nadal Pan wstaje o 5 rano, by pisać?
Marek Krajewski: O 6. Ale w dalszym ciągu piszę pięć godzin, do godziny 11. Mam kawę w termosie. Wcześniej jem bardzo małe śniadanie, które wieczorem przygotowuje moja żona. Jakaś mała kanapka, może ciastko. To wszystko.
Starczy energii?
Chyba tak. Sprawdziłem, że najlepiej pracuje mi się w okolicach godziny 8-9.
I jak wygląda taki poranek?
Siadam przy moim biurku w gabinecie. Tak wcześnie, bo do 11 jest spokój. Potem zaczynają się telefony. Odbiera je co prawda żona, która jest moim menadżerem, ale mimo wszystko ja te telefony słyszę. Poza tym ktoś zawsze przyjdzie. Na przykład nasze dorosłe dzieci. Około południa zaczyna się więc życie codzienne, które mnie rozprasza.
Podczas takiego poranka w gabinecie wszystko jest wyłączone i drzwi zamknięte?
Absolutnie. Komórka, radio, Internet - wyłączone, drzwi - zamknięte. Wtedy siedzę i pracuję.
Bliscy to wyczuli, czy o ten święty czas pracy trzeba było walczyć?
Oni zdają sobie sprawę, że to czas, kiedy trzeba ze mną obchodzić się delikatnie. Poza tym moja żona wie, które sprawy są pilne i kiedy trzeba porozmawiać o tym natychmiast. Ustaliliśmy to wspólnie.
Doskonała żona!
Są poza tym jeszcze inne plusy tej sytuacji. O godz. 11, kiedy jem duże, ogromne śniadanie, okazuje się, że mam przed sobą cały dzień. Niektórzy zaczynają dopiero o tej porze aktywność zawodową, a ja wtedy mam już wszystko z głowy. Mogę się zająć sprawami rodzinnymi, iść na spacer – na przykład z moją ukochaną suczką. Często też biegam.
No proszę.
Tak jest. Przed śniadaniem, wzdłuż Odry. Osiem kilometrów. Co drugi dzień. Odkąd rzuciłem palenie, staram się walczyć z nadwagą, a bieganie umożliwia mi trzymanie wagi w pewnych granicach.
Nagradza się Pan za wysiłek?
Żadnych nagród. Poza tą, że napisałem jakiś fragment. Ja, krótko mówiąc, nie wstaję od biurka. No chyba, że poszczególne partie mojego ciała cierpną, to wtedy zdarza się, że kładę się na ziemi i piszę. Na iPadzie. (...)

niedziela, 12 czerwca 2011

i teraz są dwie możliwości

Znakomita zabawa. Czyli Georges Perec w dziele "O sztuce oraz sposobach usidlania kierownika działu w celu upomnienia się o podwyżkę" (W.A.B., 2011).



Cóż to za bełkot? - znów odezwą się sceptycy i ci, którzy literaturę przyzwyczaili traktować się z jedynie słuszną powagą. Będą też oni przy okazji wskazywali na błędy ewidentne: brak interpunkcji, potok słów, powtórzenia i innego rodzaju nieakceptowane niechlujności.
Tychże spieszmy więc uspokoić, że Perec pisząc swoją książkę nie tylko nie był niespełna rozumu, ale wszystko doskonale wcześniej przemyślał. Nie działał zresztą sam.
Georges Perec - francuski pisarz żydowskiego pochodzenia (o polskich korzeniach!) - należał do głośnej grupy OuLiPo, która lubowała się w grach słownych. Panowie skupieni wokół "Warsztatu Literatury Potencjalnej" konstruowali swoje dzieła literackie w oparciu o prawa rządzące naukami ścisłymi, przede wszystkim matematyką. W rezultacie - jak wylicza autor posłowia, Bernard Magné - Perec obierał sobie za cel: napisać tekst bez a, czy też bez e; napisać tekst, który tak samo czyta się od przodu, jak i na wspak; spisać wszelkie pokarmy stałe i płynne, które pochłonął w ciągu roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego czwartego; interesować się nie tym, co nadzwyczajne, ale tym, co najzwyczajniejsze w świecie... I tak dalej, i tak dalej. Setki podobnie absurdalnych pomysłów. 

Więcej TU (dostęp płatny).

sobota, 4 czerwca 2011

170 lat Pani Elizy

Z okazji 170. rocznicy urodzin Elizy Orzeszkowej - okolicznościowy portecik biograficzno-publicystyczny.

INTELIGENCJA. Oto w roku 1866 Eliza Orzeszkowa kończy lat 25.
Za sobą ma już nieudane małżeństwo (Piotra Orzeszkę, ziemianina i sąsiada, poślubi w wieku 16 lat; nie kocha go jednak, dlatego, gdy po powstaniu styczniowym zostaje skazany na wygnanie na Syberię, musi wyjechać tam sam).
Przed sobą - jedną wielką niewiadomą (co - jak wiemy dzisiaj - oznacza mocną pisarską pozycję, która będzie wynikiem wieloletniej pracy. "Różnych prób i błędów, potknięć i upadków" - jak podkreśla historyk literatury, Grażyna Borkowska).
Oto więc w roku 1866 Eliza Orzeszkowa debiutuje jako publicystka na łamach warszawskiej "Gazety Polskiej" tekstem o dziele Henry'ego Thomasa Buckle'a. Obszerne omówienie "Historii cywilizacji w Anglii" stanowiło recenzję szczególnej wagi. "Nie było to sprawozdanie z lektury - to był manifest" - stwierdzi w przyszłości Maria Żmigrodzka. A Grażyna Borkowska dopowie: "Orzeszkowej bardzo odpowiadała wizja historii zaprezentowana przez angielskiego filozofa, jednego ze współtwórców nowoczesnej socjologii. Proces dziejowy, uwolniony od ingerencji boskiej i poddany racjonalnej pracy człowieka, stwarzał obiecujące pole działania dla młodej pozytywistki".
Młoda publicystka pisze w tym tekście tak:
"Bo minął już zaprawdę czas przesądów i zastoju, czas marzycielstw i próżnych rojeń rozkwitających niegdyś w zbytkach pałacowych (...). Dziś, kto chce żyć jako człowiek, nie marnym chwastem wyrastać, ten musi myśleć, uczyć się, badać i dążyć. Dziś nie wolno spać na pościeli usłanej pojęciami przyszłych wieków. Każda jednostka i naród każdy, aby zajmować miejsce w ludzkości jako żywotny człowiek, nie jak część martwa lub zgniła, musi własnymi siłami pracować, uczyć się i działać". 

Więcej TU (dostęp płatny).

piątek, 3 czerwca 2011

Prawie miliard osób

Kto nie zrobił sobie (lub najbliższym najmłodszym) prezentu na Dzień Dziecka, ten ma okazję, by to nadrobić. W postaci książeczkowej wychodzą bowiem przygody (nowe!) Bolka i Lolka (Znak, 2011).


(...) Krakowska oficyna Znak Emotikon opublikowała serię książeczek z przygodami małych urwisów.
W ten oto sposób w "Strasznych skutkach oglądania telewizji" Maciej Wojtyszko pokazuje Bolka i Lolka w ciężkiej sytuacji, gdy muszą stawić czoła niebezpieczeństwu i poradzić sobie z telewizyjnym potworem.
"Na przykład idzie sobie Człowiek-Torpeda spokojnie alejką w parku, a tu zza malutkiego drzewa wyskakuje wielki Dinozaur! Jak on się tam schował? Nie wiadomo. W ostatniej chwili Człowiek-Torpeda podskakuje, okręca się w powietrzu i szuuuu... fikołek w górę!"
Z kolei w "Balu przebierańców" Joanna Olech podpowiada, jak najlepiej się przebrać, by dostać pierwszą nagrodę w konkursie.
"- IMBRYK! Jestem przebrany za imbryk - zaśmiał się Bolek. Tu mam dzióbek - ściągnął usta w ciasny ryjek. - Tu mam uszko - wskazał odstające, różowe ucho. - A tu pokrywkę!".
Czyż nie urocze są takie opowieści?
Premierze książeczek z nowymi przygodami Bolka i Lolka towarzyszy wydanie książek z grami i zabawami. Najmłodsi (publikacje kierowane są do dzieci w wieku 4-5 lat) mogą sami malować i wyklejać.
Mało tego. W maju w Bielsku-Białek odsłonięto pomnik Bolka i Lolka. Wydarzenie uświetniły zabawy, pokazy filmów oraz czytanie książeczek z przygodami rozrabiaków. W najlepsze bawili się i ci najmłodsi, i ci nieco starsi młodsi. ;-) 

Więcej TU.