czwartek, 28 lipca 2011

straciliśmy milion innych rzeczy [wywiad z Katarzyną Krenz]

Nowa książka Katarzyny Krenz, "Królowa pszczół" (Wydawnictwo Literackie, 2011) ukazała się kilka tygodni temu. Teraz rozmawiałem z autorką.

- Czytając "Królową pszczół" uświadomiłem sobie, że w sumie Pani od trzech książek ("W ogrodzie Mirandy", "Lekcja tańca") pisze o tym samym. O ucieczce od życia, która to ucieczka staje się szansą na coś nowego. Na swój sposób lepszego?
- Ludzie nie chcą uciekać, chcą - wiedzieć. Kim są, po co żyją i najważniejsze - czy dobrze wybrali. Jeśli uciekają, to dlatego, że są zagubieni, jeśli nie podejmują takiej próby, to często dzieje się tak nie dlatego, że nie mogą wyjść z domu czy nie potrafią wsiąść do pociągu. Nie robią tego z lęku przed zmianą. Z tym większym zainteresowaniem sięgają po cudze historie: chcą przeczytać o kimś, kto taką próbę podjął, chcą się dowiedzieć, jak mu poszło. Możemy wręcz powiedzieć, że moi bohaterowie uciekają "w czyimś imieniu". I stają się czymś więcej niż zwykłym "porte-parole": są realizacją tego wszystkiego, co niespełnione. Robią coś za nas, ale i - dla nas. Mnie zawsze taka sytuacja interesowała, i to na kilku poziomach: kiedy następuje taki moment, gdy nie pozostaje nam nic innego, jak uciec? Kto ucieka, a kto zostaje? Czy "dobry", "obowiązkowy", "posłuszny", "wytrwały w bólu i poświęceniu" oznacza w ostatecznym rachunku wygrane czy przegrane życie? To wszystko chcemy wiedzieć, ale nie zawsze potrafimy czy możemy sami to sprawdzić w życiu. 
- "Ciekawe, że ludzie wiecznie szukają spokoju... Spokoju się nie szuka, spokój się znajduje, bezwiednie i bez wysiłku" - czytam na początku powieści. To w końcu szukać czy nie?
- Szukać trzeba koniecznie, bo to pozwala nam stawiać pytania o siebie i swoje miejsce. Ucieczka jest tu metaforą, pod którą w istocie kryje się decyzja - akt podjęcia samodzielnego kroku, którego nikt za nas nie wykona. To wymaga odwagi. Ucieczka niekoniecznie musi oznaczać "ruch w przestrzeni", to funkcja oderwania się od świata, ale i od dotychczasowej rutyny, po to by zobaczyć siebie w nowym świetle, poza ustalonymi regułami. Powraca pytanie: gdzie kończę się "ja" jako osoba zewnętrzna, o przypisanych rolach i atrybutach indywidualnych i społecznych, a gdzie zaczynam się "ja" w rozumieniu "osoby wewnętrznej". W "Królowej" ucieczka-podróż pozwala bohaterom wyjść ze starych dekoracji, by w nowych warunkach, pozbawieni wszelkich protez i podpórek własnego środowiska, mogli zobaczyć się takimi, jakimi są naprawdę. Ale podróż czy pozostanie w domu to kwestia wtórna: bo nie wystarczy szukać spokoju, trzeba jeszcze wiedzieć, jak go szukać, a co ważniejsze, umieć rozpoznać moment, gdy ten spokój znaleźliśmy.
- Książka jest w dużej mierze o podróży i Europie. Ale jest to podróż specyficzna. W głąb siebie. Czy my - teraz, kiedy jesteśmy tak bardzo wolni i możemy podróżować - korzystamy także częściej z tej możliwości podróży w głąb siebie?
- Mam wrażenie, że dziś... szybciej uciekamy. Goni nas niepokój, że coś tracimy. Mając nieograniczone pole wyboru, wciąż czujemy, że wybrawszy jedno, straciliśmy milion innych rzeczy. Dlatego raz po raz zrywamy się, zrzucamy z siebie własną codzienność, by w nowym miejscu przymierzyć sie do nowej roli, nowego kostiumu, nowej dekoracji, i tylko po to, by chwilę później znów zacząć wszystko od początku - gdzie indziej. Wbrew pozorom wieczny ruch i kolejne początki uczą nas tylko ucieczki, i nie przynoszą spokoju. Ta współczesna mobilność wiąże się w jakiś sposób z "wychodzeniem poza siebie", z nienasyconym pragnieniem, by stać się kimś innym. A to z kolei sprawia, że stajemy się mniej... cierpliwi. Szybciej rezygnujemy, mniej wytrwale walczymy, by coś nam się udało, bo w zanadrzu mamy otwartość i własną mobilność. Bo już nie potrafimy zostać. To dość niebezpieczna gra, którą metaforycznie rozumiem właśnie jako "hałas świata": pewnego dnia możemy się obudzić i już nie pamiętać, kim jesteśmy ani jak nazywa się miejsce, gdzie właśnie się obudziliśmy.

Więcej TU (dostęp płatny).

piątek, 22 lipca 2011

po pierwsze, po drugie, po trzecie...

No to mamy "Maline" (wydawnictwo a5) Ingeborg Bachmann. Ksiazke trudna, ale i ksiazke wazna.


(...) Wznowiona właśnie przez krakowską oficynę a5 "Malina" (po raz pierwszy w Polsce powieść ukazała się w 1975 roku) to książka wyjątkowa z wielu powodów.
Po pierwsze, opowiadająca o niezwykłym związku w trójkącie powieść poprzedzała gorącą i ciągle aktualną dyskusję na temat kobiecej podmiotowości. Malina uwikłana jest w niezwykły romans, który - jak każde silne uczucie - zaciera granice pomiędzy "ja" a "ty", pomiędzy prawdziwym "sobą", a "sobą" projektowanym, a wreszcie pomiędzy "kobiecą częścią" a "częścią męską".
Po drugie, powieść stanowi rozprawę na temat języka i jego ograniczeń. To oczywiste, że ma to związek z lingwistycznymi zainteresowaniami Bachmann. Sposób, w jaki czyni to na literackim gruncie, nie jest jednak oczywisty. Autorka trzyma czytelnika w nieustannym napięciu, nie pozwala na chwile wytchnienia, sprawdzając jego czujność - także w wyłapywaniu klisz i licznych odniesień. 
Po trzecie wreszcie, dla samej Bachmann była to powieść o tyle ważna, że stanowiła jedną z nielicznych - udanych - prób przeprowadzenia projektu do końca. Czytelnicy tej książki dostrzegali zresztą w "Malinie" o wiele więcej niż tylko sukces poetki, która odnalazła się w prozie. Niektórzy odczytywali powieść jako rozliczenie z nieszczęśliwym związkiem pisarki z Frischem. Oczywiście sama autorka zaprzeczała tym sugestiom.(...)
Więcej TU (dostęp płatny).

środa, 6 lipca 2011

pewien dziennikarz spłatał dziesięciu wielkim wydawcom paryskim

"Szczęście małych rybek" Simona Leysa (Drzewo Babel, 2011) to książka o... książkach. Oraz o literatach. Pieniądzach (czy raczej ich braku) z twórczości. I wielu innych ciekawych kwestiach.


TEMATY

Dla Leysa tematami wiodącymi jest pisanie i pisarze. Nie tyle treść, ile to, co wydaje się o wiele bardziej interesujące: okoliczności.
Poza tekstami o kwestiach finansowych czy niemocy twórczej mamy więc opowieść o sukcesie, pean na cześć lenistwa ("Potrzebuję tyle czasu, by nic nie robić, że nie zostaje mi go już do pracy") czy szkic o papierosach, który kończy się zdaniem: "Ilekroć widzę którąś z tych groźnych etykietek na paczce papierosów, bardzo mnie kusi, by wrócić do palenia".

CYTATY

Książka Leysa jest przede wszystkim kopalnią anegdot czy czasem wręcz aforyzmów. 
"Człowiek płynący po oceanie, samotny bojownik walczący z przeznaczeniem, to częsty obraz w dziele Conrada. Paradoks: sam Conrad nie umiał pływać".
"Niektóre opinie kompromitują tylko ich autora. Kiedy Wagner zarzuca Mozartowi ‘brak powagi', nie mówi nam nic kształcącego o Mozarcie, za to pozwala nam nagle odkryć, co jest nie w porządku z Wagnerem".
"Ludzie, którzy idą się modlić o deszcz, rzadko zabierają ze sobą płaszcze nieprzemakalne".

METODA

Leys przytacza przede wszystkim anegdoty ze świata francuskojęzycznej kultury, a obok pisarzy pojawiają się i malarze. Często też sięga jednak do doświadczeń czy osobistych spostrzeżeń.
Ograniczone zasoby przestrzeni do pisania (chodzi przecież, przypomnijmy, o felietony) sprawiają, że zdaniami autor gospodaruje oszczędnie, kierując się zasadą maksimum treści. W rezultacie pojawia się delikatna ironia, kpina, mnóstwo upoetycznionych niedopowiedzeń.
Książka o literaturze staje się sama literaturą. Ku naszej radości. :-) 

Więcej TU (dostęp płatny).

sobota, 2 lipca 2011

50. rocznica śmierci

Mija 50. rocznica samobójczej śmierci Ernesta Hemingwaya. Pisarza genialnego, który - cóż, tak niestety często bywa - życia nie miał zbyt spokojnego. Z tej okazji okolicznościowy portrecik pokazujący męską stronę osobowości autora "Starego człowieka i morza".

Narodziny

Weźmy choćby rozmiary niemowlęcia.
21 lipca 1899 roku o godzinie ósmej rano Ernest Hemingway przychodzi na świat. 4 kilogramy 300 gramów oraz 58 centymetrów muszą robić wrażenie.
I jeszcze te jego cechy zewnętrzne: niebieskie oczy i ciemny meszek na główce. Od razu jakby się rwał ku hulaszczemu życiu.
Zresztą oczy niebieskie potem zmienią kolor. Staną się orzechowopiwne, podobne do tych, jakie miał ojciec Ernesta.
Wszystko niejako pod prąd.
Choć nie do końca.

Broń

W dzieciństwie mały Ernest zakochuje się w przyrodzie. Jego biografowie będą obcowanie z nią nazywać "łykami czarodziejskiego eliksiru".
Pierwszą wędkę malec otrzymuje, gdy ma trzy lata. Na piąte urodziny z kolei dostaje od dziadka Halla mikroskop.
Pojawią się też wtedy i doświadczenia myśliwskie. Pod jednym z pamiątkowych zdjęć widnieje podpis: "Papa nauczył Ernesta strzelać, gdy miał on dwa i pół roku; jako czterolatek Ernest umiał posługiwać się rewolwerem".
Nie zawaha się skorzystać z tych umiejętności przy różnych okazjach.

Dziki Zachód

Młodość chłopaka skrupulatnie spisuje jego matka. I to ona zauważa, że wśród pierwszych zdań malca najczęściej pada: "Ja niczego się nie boję".
Pierwszym pojazdem: drewniana skrzynka na kółkach. Nawiasem mówiąc, premia sklepu farbiarskiego "Bravia Berry".
Pierwsze oczarowania: tradycyjnym rodeo.
Pierwsze źródło radości: cyrk. Malec pokazuje dziadkowi tresowane słonie. Usiłuje także powtarzać akrobatyczne figury.
Pierwsze bożyszcze: Buffalo Bill, bohater Dzikiego Zachodu.
Poza tym lubi prace domowe (!). Nie jest na bakier z igłą. Nawet się upiera, że "sam, całkiem sam" uszyje ojcu spodnie.
Śpiewa też trochę. Repertuar popularny, co prawda, ale z takim fałszem, że matka zatyka uszy.

Książki

Jak głosi tradycja: prawdziwy mężczyzna nie czyta.
Ale w tym względzie Hemingway się buntuje.
Dlatego jeszcze jako mały chłopak lubuje się w książkach podróżniczych i historycznych.
Lubi powieści Stevensona (zwłaszcza "Klub samobójców" i "Wyspę skarbów"), zaczytuje się w "Robinsonie Crusoe" Daniela Defoe oraz w "Ptakach w naturze", kilkutomowym ilustrowanym dziele, które kartkuje nieustannie i które będzie miał także jako dorosły człowiek. 

Więcej TU.


I jeszcze film:)