- Czytając "Królową pszczół" uświadomiłem sobie, że w sumie Pani od trzech książek ("W ogrodzie Mirandy", "Lekcja tańca") pisze o tym samym. O ucieczce od życia, która to ucieczka staje się szansą na coś nowego. Na swój sposób lepszego?
- Ludzie nie chcą uciekać, chcą - wiedzieć. Kim są, po co żyją i najważniejsze - czy dobrze wybrali. Jeśli uciekają, to dlatego, że są zagubieni, jeśli nie podejmują takiej próby, to często dzieje się tak nie dlatego, że nie mogą wyjść z domu czy nie potrafią wsiąść do pociągu. Nie robią tego z lęku przed zmianą. Z tym większym zainteresowaniem sięgają po cudze historie: chcą przeczytać o kimś, kto taką próbę podjął, chcą się dowiedzieć, jak mu poszło. Możemy wręcz powiedzieć, że moi bohaterowie uciekają "w czyimś imieniu". I stają się czymś więcej niż zwykłym "porte-parole": są realizacją tego wszystkiego, co niespełnione. Robią coś za nas, ale i - dla nas. Mnie zawsze taka sytuacja interesowała, i to na kilku poziomach: kiedy następuje taki moment, gdy nie pozostaje nam nic innego, jak uciec? Kto ucieka, a kto zostaje? Czy "dobry", "obowiązkowy", "posłuszny", "wytrwały w bólu i poświęceniu" oznacza w ostatecznym rachunku wygrane czy przegrane życie? To wszystko chcemy wiedzieć, ale nie zawsze potrafimy czy możemy sami to sprawdzić w życiu.
- "Ciekawe, że ludzie wiecznie szukają spokoju... Spokoju się nie szuka, spokój się znajduje, bezwiednie i bez wysiłku" - czytam na początku powieści. To w końcu szukać czy nie?
- Szukać trzeba koniecznie, bo to pozwala nam stawiać pytania o siebie i swoje miejsce. Ucieczka jest tu metaforą, pod którą w istocie kryje się decyzja - akt podjęcia samodzielnego kroku, którego nikt za nas nie wykona. To wymaga odwagi. Ucieczka niekoniecznie musi oznaczać "ruch w przestrzeni", to funkcja oderwania się od świata, ale i od dotychczasowej rutyny, po to by zobaczyć siebie w nowym świetle, poza ustalonymi regułami. Powraca pytanie: gdzie kończę się "ja" jako osoba zewnętrzna, o przypisanych rolach i atrybutach indywidualnych i społecznych, a gdzie zaczynam się "ja" w rozumieniu "osoby wewnętrznej". W "Królowej" ucieczka-podróż pozwala bohaterom wyjść ze starych dekoracji, by w nowych warunkach, pozbawieni wszelkich protez i podpórek własnego środowiska, mogli zobaczyć się takimi, jakimi są naprawdę. Ale podróż czy pozostanie w domu to kwestia wtórna: bo nie wystarczy szukać spokoju, trzeba jeszcze wiedzieć, jak go szukać, a co ważniejsze, umieć rozpoznać moment, gdy ten spokój znaleźliśmy.
- Książka jest w dużej mierze o podróży i Europie. Ale jest to podróż specyficzna. W głąb siebie. Czy my - teraz, kiedy jesteśmy tak bardzo wolni i możemy podróżować - korzystamy także częściej z tej możliwości podróży w głąb siebie?
- Mam wrażenie, że dziś... szybciej uciekamy. Goni nas niepokój, że coś tracimy. Mając nieograniczone pole wyboru, wciąż czujemy, że wybrawszy jedno, straciliśmy milion innych rzeczy. Dlatego raz po raz zrywamy się, zrzucamy z siebie własną codzienność, by w nowym miejscu przymierzyć sie do nowej roli, nowego kostiumu, nowej dekoracji, i tylko po to, by chwilę później znów zacząć wszystko od początku - gdzie indziej. Wbrew pozorom wieczny ruch i kolejne początki uczą nas tylko ucieczki, i nie przynoszą spokoju. Ta współczesna mobilność wiąże się w jakiś sposób z "wychodzeniem poza siebie", z nienasyconym pragnieniem, by stać się kimś innym. A to z kolei sprawia, że stajemy się mniej... cierpliwi. Szybciej rezygnujemy, mniej wytrwale walczymy, by coś nam się udało, bo w zanadrzu mamy otwartość i własną mobilność. Bo już nie potrafimy zostać. To dość niebezpieczna gra, którą metaforycznie rozumiem właśnie jako "hałas świata": pewnego dnia możemy się obudzić i już nie pamiętać, kim jesteśmy ani jak nazywa się miejsce, gdzie właśnie się obudziliśmy. Więcej TU (dostęp płatny).

