czwartek, 18 sierpnia 2011

Pardon zawsze przychodzi około dziewiątej rano pierwszego dnia miesiąca...

Charalaine Harris - nowa polska odsłona z nowym cyklem. Tym razem mowa o Lily Bard. W naszym kraju ukazała się między innymi książka "Czysta jak łza" (Znak, 2011).

 
Na początek Lily w akcji:
"Zebrałam się w sobie. Bosymi stopami zaparłam się na drewnianej podłodze i gotowa do ataku napięłam mięśnie ud. Zrobiłam wykrok lewą nogą i obracając się, uniosłam prawą nogę zgiętą w kolanie. Gwałtownie wystrzeliłam stopę do przodu i natychmiast cofnęłam. Czarny worek treningowy marki Everlast zakołysał się na łańcuchu.
Stanęłam na prawej nodze. Lekko obróciłam się na niej, tym razem mając worek przed sobą. Lewą nogą wykonałam dłuższe, silniejsze kopnięcie, zwane mae geri. Kopałam na przemian to lewą, to prawą nogą, z przodu i z boku, wykonywałam obroty, ćwicząc słabsze uderzenia piętą. Oddychałam coraz głębiej, lecz ani na chwilę nie wypadłam z rytmu: kopnięcie - wydech, powrót - wdech.
Worek zatańczył na łańcuchu, huśtając się tam i z powrotem, co wymagało ode mnie coraz większego skupienia, by kolejny cios trafił równie precyzyjnie. Zaczęłam czuć zmęczenie".
I jak jej nie kochać?
Powyższy fragment pochodzi z powieści "Czysta jak łza" Charlaine Harris. Główna bohaterka tej książki to Lily Bard. Dziewczyna (kobieta?) raczej stroni od towarzystwa. Jest tajemnicza, neurotyczna, wyraźnie ma jakiś sekret.
Jej pasją jest, jak widać, karate. Wolny czas poświęca na ćwiczenia w siłowni.
Bić się? Czemu nie! Jeśli dołożyć do tego jej odwagę i umiłowanie porządku (dosłownie i w przenośni) - mamy już idealną bohaterkę i świetny punkt wyjścia do snucia porywającej intrygi.
Ale zaraz, zaraz... Lily Bard nie przypomina nam kogoś? Ano właśnie. Znak, polski wydawca książek Harris, sugeruje wprost: Lisbeth Salander. Czyż można sobie wyobrazić lepszą reklamę? Porównanie do bohaterki (i to jakiej!) jednego z największych hitów książkowych ostatnich lat, sagi Stiega Larssona, musi robić wrażenie. I robi.
Oraz działa przyciągająco.

(...)


Więcej TU (dostęp płatny).

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

ponad 60 lat temu

W serii dzieł zebranych Melchiora Wańkowicza ukazał się m.in. "Kundlizm" (Prószyński i S-ka, 2011). Lektura warta poświęcenia kilku chwil namysłu.


(...) Wańkowicz jak zwykle sypie anegdotami przeplatanymi (a czasem wprost powiązanymi) z celnymi obserwacjami społeczno-psychologicznymi. Celnymi, czyli nie zawsze łagodnymi. Wnikliwe oko nie przepuści niczego, a cięte pióro nie pozostawi czytających te teksty obojętnymi. Dużo tu więc ironii, mnóstwo uszczypliwości. I to - znających styl Wańkowicza-dziennikarza - zapewne nie zdziwi. Jak i nie zdziwi też błyskotliwość oraz specyficzna, nieco pocięta narracja tej - jak to pisała Zofia Kossak - "literatury przyśpieszonej". 

Dziwić jednak mogą okoliczności czy raczej czas powstania tego tekstu. A było to, bagatela, ponad 60 lat temu i to w dodatku na emigracji. Po raz pierwszy "Kundlizm" ukazał się bowiem w roku 1947 w wydawnictwie Breitera (Rzym-Londyn) i nie był aż do 1991 publikowany w całości w kraju. Ale jest to poniekąd wytłumaczalne. Sam "Kundlizm" to przecież ostre oskarżenie Polaków. A raczej historii Polaków. Wańkowicz bowiem stwierdza, że kundlizm czy inne przywary (niestety) polskiego charakteru narodowego wiążą się z przeszłością, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, postszlachecką. 

Rafał A. Ziemkiewicz, autor wstępu do obecnego wydania "Kundlizmu", pisze wprost:
"Wańkowicz miota się między mitotwórcami a szydercami, między tymi odwiecznymi stronnictwami polskiej głupoty, w tej samej pułapce wiecznej polskiej niedojrzałości, pułapce ‘Polski zdziecinniałej', pułapce upartej dążności do ‘życia ułatwionego', w której szarpali się jego wielcy poprzednicy i niejeden z następców. Nie był przecież mitotwórcą, choć gdy trzeba było, umiał grać na patetycznych nutach, jak we wspaniałym reportażu Bitwa o Monte Cassino. Nie jest i szydercą, choć szydercze nuty rozbrzmiewają w przypomnianych tu, klasycznych dziś już tekstach, raz po raz. Jest reporterem, z bystrym okiem do obserwacji i darem celnego skrótu, oraz publicystą, który z pochwyconych przez reportera szczegółów buduje syntezę polskich problemów, w swej istocie, mimo upływu lat i powierzchownych zmian, wciąż, niestety, bardzo aktualnej".(...)

Więcej TU (dostęp płatny).

środa, 10 sierpnia 2011

na początku lat 90.

Lato (no, powiedzmy, że lato...) w pełni. Lektury wakacyjne - na topie. Na przykład "W dojrzewającym słońcu" (Wydawnictwo Literackie, 2011) Patricii Atkinson.


Kiedyś pracowała w banku w Wielkiej Brytanii. Ale na początku lat 90. musiała coś zmienić. Wtedy właśnie - wraz z mężem - przeniosła się na drugą stronę kanału La Manche. Zamieszkała w Dordogne, w południowo-zachodniej części Francji. "Powód był prosty" - mówi po latach Atkinson. "Znaliśmy ten region wcześniej. W czasie wakacji nasze dzieci brały udział w międzynarodowych wymianach. A Francja - ponieważ co roku właśnie w tym kraju spędzaliśmy nasz urlop. Wino - gdyż właśnie winnica otaczała dom, który kupiliśmy".
Ale początki nie były łatwe. Gdy w maju 1990 roku bohaterka rozpoczyna nowe życie we Francji, nie wszystko szło zgodnie z - ułożonym w głowie pełnej marzeń - planem. "Robotnicy nie zrobili tak dużych postępów, jak się spodziewaliśmy. Nie ma kuchni godnej tego miana, jedynie jej elementy w postaci zestawu tanich mebli kupionych wiele miesięcy wcześniej w Anglii. W jeden ze ścian zamiast okna zieje dziura z widokiem na dżunglę będącą ogrodem. Wędrujemy do salony, gdzie na świeżo wylanej cementowanej podłodze piętrzą się stosy mebli i przywiezionego wcześniej dobytku. Prądu nie ma".
Nie ma też wielu innych rzeczy. "Nic jednaj nie potrafi mi zepsuć humoru: tak bardzo się cieszę, że wreszcie tu jestem" - wyznaje w książce Atkinson. 

Więcej TU (dostęp płatny).

niedziela, 7 sierpnia 2011

"Sto lat"

Ukazało się wznowienie świetnej książki Andrzeja Chwalby "Okupacyjny Kraków" (Wydawnictwo Literackie, 2011). Z tej okazji niniejszy szkic obyczajowy:)




Po okupowanym Krakowie jeździło zaledwie 8 linii tramwajowych, w tym jedna - wyłącznie dla Niemców. Brakowało wszystkiego. Włącznie z mydłem i proszkiem do prania. A pogoda w lecie przecież zmienna. Raz upał, raz ulewa. Trzeba było sobie jakoś radzić. Jakoś żyć.

24 VII 1940


Oto po raz pierwszy mamy do czynienia z reprezentacyjną "dzielnicą rządową". Tuż pod Wawelem, na Dębnikach. Plany, znane już od pewnego czasu przez generalnego gubernatora, są śmiałe. Wyburzyć domy, zniwelować tereny i je podnieść. Nieopodal, na Błoniach, są projekty wzniesienia zespołu monumentalnych budowli. Na miejscu największego pastwiska miejskiego Europy będą nowe Błonia, nad którymi nie będą już dominować kopce Kościuszki i Piłsudskiego...
Planów nie wykonano. Tych, ale też i wielu innych. Na przykład projektu zburzenia Kazimierza i postawienia tam gmachów rządowych. Udało się jednak zrealizować inne przedsięwzięcia. W tym zbudować w 1944 roku obwodnicę (dzisiaj Kamieńskiego, od Ronda Matecznego do Wielickiej).

7 VIII 1940

Dzisiaj odbywa się inauguracja mistrzostw Krakowa. Minione sezony piłki nożnej (mimo niesprzyjających okoliczności - udane) dowodzą, że miasto jest gotowe na rozgrywki. Najważniejsze mecze mają miejsce na stadionie Juvenii.
Mistrzem została Wisła. Nagrody, dyplomy, wspólne fotografie, "bankiet", oraz "Sto lat" odśpiewane przez widzów. Nie sprzedawano biletów. Pieniądze zbierano do kapeluszy. Piłkarze często nie mieli koszulek, ale za to zawsze prawdziwe buty.

11 VIII 1940:

"Ostrzegam te koła tzw. inteligencji, by nie sprzeciwiały się w jakikolwiek sposób porządkowi ustanowionemu przez Führera na tym terenie" - oświadczył Hans Frank.
W ciągu następnych miesięcy jednak aresztowań na większą skalę nie było. Pojawiły się one od wczesnej wiosny 1941 roku. Aresztowano wówczas nawet członków legalnych organizacji, takich jak: PCK, RGO czy Kasa Oszczędności. 

Więcej TU.

I jeszcze to:



I: