[fot. Anna Kaczmarz/(c) Dziennik Polski]
(...)
Zwyczajnie. Tak należałoby pisać o tej poezji i tego chciała zawsze Wisława Szymborska, która niechętnie wikłała się w świat, hm, no właśnie, jaki.
W jaki ona świat się nie wikłała właściwie?
Bo jest tak, że...
Filozofie Szymborską kochają. Za sprawne – co przeczytamy niemal w każdym tekście interpretacyjnym dotyczącym noblistki – korzystanie z ironii czy paradoksu.
Socjologowie będą czytać w tej poezji szczególny obraz świata widziany przez precyzyjne oko obywatelki czułej zarówno na procesy indywidualne, jak i socjalne.
Biolodzy? Ach, ci będą się rozkoszować faktem popularyzowania wiedzy trudnej w formie przystępnej. No i – trzeba to przecież podkreślić – mocno poczytnej.
A przyrodnicy?
A kosmonauci?
A matematycy? Wszak „Nic dwa razy się nie zdarza”?
Ale w zasadzie pytamy o matematyków czy filozofów? Zaraz, zaraz.
***
Nie, nie ma zaraz. To znaczy jest „zaraz”, ale bardzo rzadko. W tej poezji tak naprawdę liczy się konkret. Tu i teraz. To, jak podpowie wielu krytyków, wyznacznik poezji żywej, świeżej.A Szymborska lubiła taką poezję. Słowa w jej wierszach – i to było w zasadzie bardzo zwyczajnie niezwykłe – lśniły w sposób szczególny.
Swoją drogą, jakże to miłe i jakże przyjemne zaskoczenie, gdy znane nam doskonale frazy i wyrazy mieniły się nowymi znaczeniami. Przyjemnie było czytać i słuchać tej poezji.
W naszych uszach, przed oczyma naszej wyobraźni – podczas tych nielicznych spotkań autorskich (Wisława Szymborska unikała ich, bo twierdziła, że te sytuacje są zbyt nadzwyczajne, by być zwyczajnym) rodziła się ta poezja.
Nadzwyczajna.
Choć tak przecież zwyczajna.
***
Dobrze, ale wróćmy do początku raz jeszcze:„Zawsze pisałam jakieś wierszyki. Na pierwszych wierszykach zarabiałam nawet pieniądze. Pisałam je w domu i jak się mojemu ojcu spodobał jakiś wierszyk - a zawsze musiał być dowcipny, żadne tam jakieś liryczne wyznania - to ojciec wyciągał portmonetkę i płacił mi. Jakieś 20 groszy, ale nie pamiętam już dobrze, ile płacił. Więc zarabiałam na poezji od razu, mając nawet 5 lat” – mówiła w połowie lat 90. noblistka.
Doprawdy, bardzo zwyczajne początki.
I bardzo zwyczajna, niemal rzucona mimochodem, uwaga o dowcipie.
Krytycy lubili to nazywać w dość zawoalowany sposób. Jako autoironia. Jako sceptycyzm podsiany dystansem. Jako lekkie dotykanie ciężkiej rzeczywistości.
Słusznie prawili.
Aczkolwiek ten dowcip – co doskonale wiedzieli czytelnicy noblistki – sięgał dalej. Dość tu powiedzieć o limerykach – specyficznej formie literackiej, która obok precyzji opiera się właśnie na dowcipie. Forma to zresztą zacna i znana historykom literatury i profesorstwu (z którym bawić się poetycznie lubiła Wisława Szymborska).
Ale były też przecież i lepieje („Lepiej mieć horyzont wąski, niż zamawiać tu zakąski”), odwódki („Od śliwowicy torsje w piwnicy”), altruiki („Miast okradać krowę z mleka/ dój bliskiego ci człowieka”)...
I tak dalej.
Noblistka, proszę Państwa, i jej bardzo zwyczajne wierszyki!
(...)
Więcej TU.

0 komentarze:
Prześlij komentarz