poniedziałek, 22 kwietnia 2019

#rozmoWyliczanki: Jan Krasnowolski

- Uważam, że zadaniem literatury jest wpływanie na rzeczywistość, inaczej nasze pisanie zmienia się w czas zmarnowany" - mówi Jan Krasnowolski, którego nowa książka "Czas wilków, czas psów" właśnie się ukazała.

Jan Krasnowolski
Fot. Viola Spoz 
Marcin Wilk: Podobno historię do "Czas wilków, czas psów" znalazłeś w Llanelli w południowej Walii. 

Jan Krasnowolski: Sprawa wydarzyła się w 2015, a ja trafiłem na nią w trakcie poszukiwań historii do „Syren z Broadmoor”, niecały rok później. Historia pozornie prosta lecz mocno hardkorowa – kłótnia o skradzioną amfetaminę, konflikt rozwiązany przy pomocy siekiery. Ofiarą był Polak, niejaki Mariusz M., bandzior i zabójca, który wcześniej ukradł amfetaminę polskiemu gangowi. M. ukrywał się przed zemstą kompanów, ale nie mógł wrócić do Polski, gdyż niemiecka policja poszukiwała go za napaść na policjanta. Pojechał więc do Llanelli i zamieszkał jako sublokator u niejakiego Phila Hudsona-Jonesa, w domu przy Pleasant View. Tam coraz bardziej zaczął się panoszyć, wpadając jednocześnie w narastającą paranoję. Mariusz M. używał skradzionej amfetaminy w dużych ilościach i chyba w nadmiarze, więc zrobił się podejrzliwy, agresywny, oraz po prostu niebezpieczny. Tydzień przed kluczowym zdarzeniem dotkliwie pobił kijem młodego Polaka, Adriana I., przyjaciela Phila. Oskarżył chłopaka o podkradanie amfetaminy, której faktycznie ciągle ubywało. W końcu gospodarz nie zdzierżył i sięgnął po siekierkę, wysyłając Mariusza M. na tamten świat. Do pomocy przy kawałkowaniu ciała oraz jego kremacji domowym sposobem, a także przy zacieraniu śladów, zaprosił kilku znajomych. Był wśród nich też naturalnie dwudziestojednoletni Adrian I., który zapoczątkował ten cały ciąg wydarzeń, przyprowadzając kilka miesięcy wcześniej Mariusza M. Do domu Hudson-Jonesa. Sprawa się wydała w przeciągu tygodnia od morderstwa, Phil i Adrian dostali bardzo duże wyroki. Po Mariuszu został worek niedopalonych kości, odkryty przez policjantów w ogrodowej szopie. Ot, i cała historia.

Jak wyglądała - od strony dokumentacyjnej - praca nad materiałem do książki? 

Przede wszystkim odwiedziłem miejsce wydarzeń. To zaledwie trzy i pół godziny drogi ode mnie. Pojechałem prosto na Pleasant View, gdzie zabito Mariusza M. Widziałem malutki ogródek, gdzie w dole wykopanym pod płotem spalono ciało bandyty, dolewając ropy zakupionej na pobliskiej stacji benzynowej. Rozmawiałem z sąsiadami, którzy doskonale pamiętali tamtą październikową noc, kiedy w ogrodzie Phila płonął ogień. Rozmawiałem z chłopakiem pracującym na stacji benzynowej. Potem zrobiłem sobie długi spacer po miasteczku i próbowałem zagadywać spotkanych Polaków. Niestety, nie byli zbyt rozmowni i szybko się oddalali, kiedy tylko padało pytanie, czy wiedzą coś o sprawie, czy znali może któregoś z tych ludzi. Tak więc, opowieści lokalne zdobyłem dopiero potem, przy pomocy Internetu. Ludzie rozmawiają znacznie szczerzej, kiedy nie widzą twarzy rozmówcy.

Świat Książki,
Warszawa 2019.
Czytałem Twoją książkę jako opowieść na swój sposób podejmującą wiele wątków. Ale wśród nich jeden jest chyba dominujący. Definiuje go dla mnie zdanie "zapach wojny, za którym czasem się tęskni", które pojawia się w zasadzie na początku? Czy to dobry trop?

Myślę, że można tak założyć, w końcu wojna jest w tej historii motywem wiodącym. To ona zbudowała głównego bohatera. Nauczyła go być żołnierzem, który zrobi wszystko by przetrwać, ale także bestią, która kocha zabijać. Chociaż wojna, o której mówimy, zakończyła się dwadzieścia lat temu, on ciągle do niej wraca. Ponieważ jest psychopatą, nie postrzega jej jako czegoś okropnego. Dla niego czas spędzony na Bałkanach to najpiękniejsze lata życia, miał wówczas przyzwolenie, aby robić wszystko, na co miał ochotę. Nie musiał się przejmować takimi duperelami jak unikanie kamer, zbieranie łusek czy zacieranie śladów. Zapach wojny to trupi odór, ale to mu akurat nie przeszkadzało.

Myślałem podczas lektury "Wilków" trochę o reportażu Ewy Winnickiej i Dionisiosa Sturisa "Głosy". Dlatego że też dotyczy emigrantów. I że też sprowokowałeś mnie do pytań o los emigrancki, a raczej o to, dlaczego on tak często jest straszny. Co jest w emigracji takiego szczególnego, że z ludzi wychodzą potwory? 

Ludzie wyjeżdżają w nadziei na poprawę swojego losu. W Polsce wciąż pokutuje mit, że „na zachodzie” jest lepiej. Pewnie faktycznie jest, ale trzeba być realistą. Jeśli gdzieś jest lepiej, to koszty życia też będą większe. Więc jest praca i na życie może starczyć, ale odłożyć na piękny dom w Polsce, pracując przy taśmie w fabryce, to już się nie da. To jest pierwszy mały szok. Drugi – bariera językowa. Nie każdy chce się nauczyć języka, nie każdy ma warunki, jeśli w fabryce wokół sami swoi. Ale życie to nie tylko praca, a jeśli funkcjonujemy w rzeczywistości, w społeczeństwie, gdzie nie rozumiemy, co się mówi dookoła, to jesteśmy przez to w jakiś sposób upośledzeni. Żeby załatwić najprostszą sprawę, potrzebujemy tłumacza, bo kiedy mówimy do Anglików łamanym językiem, traktują nas z góry i często zbywają. Wszystko to sprawia, że dopada nas stres i frustracja. I nie czujemy się dobrze w tym kraju, wciąż ze świadomością, że jednak nie jesteśmy u siebie. Ale jak tu wrócić, tak z niczym? Przecież nas tam w Polsce wyśmieją, nazwą nieudacznikami. Powstaje sytuacja, w której nie widać dobrych rozwiązań. To, o czym mówię, to nie jest wcale rzadkie zjawisko. No i wreszcie sprawa, o której nie powinniśmy zapominać - przywozimy tu z Polski swoje problemy, przed którymi próbujemy uciec. Taka ucieczka nigdy się nie udaje, problemy się kumulują jak wygrane w totku i w efekcie czasem, niestety, dochodzi do tragedii. Znam chyba setkę takich historii, nad jedną, najciekawszą, aktualnie pracuję. Rzecz dzieje się tu i teraz, na Boscombe. Już zacząłem pracę nad nową książką, będzie grubo.

Wracając jeszcze do dokumentacji: skąd wiedza na temat tego, co człowiek myśli, gdy odcina się mu palce?

Mamy duży ogród, więc posiadam całą gamę sprzętu ogrodniczego. Znalazłem jeden z nich i siadłem w spokoju, w garażu. Położyłem ręce na blacie, włożyłem palec między ostrza mojego ulubionego sekatora. Lekko nacisnąłem, zamknąłem oczy i spróbowałem rozkminić całą sytuację. Co byłbym w stanie teraz powiedzieć człowiekowi, który trzyma sekator. Do czego bym się przyznał, których ludzi byłbym gotowy sprzedać, żeby tylko to ostrze nie zacisnęło się do końca... Odpowiedni research to podstawa, ta książka mogła mnie faktycznie coś tam kosztować. Ale chcę podkreślić, że przy pracy nad „Wilkami” miałem przede wszystkim mnóstwo zabawy. I naprawdę bardzo starałem się, żeby historia Mariusza nie była jednak zbyt ponura. Dlatego obdarzyłem mojego bohatera mocno specyficznym poczuciem humoru.

I bardzo ciekawym rysem biograficznym.

Mariusz Madejski jest chłopakiem z warszawskiej Woli. Ta dzielnica zaznaczyła się wyjątkowo krwawo podczas Powstania Warszawskiego, za sprawą zdziczałych kryminalistów w mundurach SS, pod wodzą Oskara Dirlewangera. Babcia opowiadała o tym Mariuszowi, który potem wyrósł na skinheada. Kiedy nad jego głową pojawiają się kłopoty, Mariusz wyjeżdża na Bałkany i trafia do oddziału niejakiego Hansa Vogla, który obsesyjnie pielęgnuje kult swojego dziadka Ottona, gruppenführera z Waffen SS, Dywizja Wiking. Madejski jest w Hansa zapatrzony i ślepo mu posłuszny, mimo, że wciąż pamięta tragiczne opowieści babci, która była łączniczką w Powstaniu. Pod rozkazami Hansa Mariusz zostaje „czyścicielem”, bez oporów daje się wmanewrować w rozpętaną przez Miloszevića machinę ludobójstwa. Zostaje jej idealnym trybikiem, naturalnie do czasu. Ale patrząc na to z szerszej perspektywy – Mariusz Madejski dochodzi do punktu, w którym niczym się już nie różni od bandytów z oddziału Dirlewangera. Na końcu staje się więc jednym z nich.

To na koniec, skoro o końcu mowa, jeszcze pytanie o mistrzów gatunku, a może w ogóle mistrzów literackich. Pytam mocno zafrapowany literacką warstwą "Wilków".

Jak chodzi o tytuły - „Z zimną krwią” Capote’a. To na pierwszym miejscu. Potem Hemingway, „Komu bije dzwon”. I „Mechaniczna pomarańcza” Burgessa. „Śmierć jest moim rzemiosłem” Merle’a. „Stalingrad” Plieviera i „Łaskawe” Littella. Jeśli rozmawiamy o pisarzach – na pewno Dostojewski, Conrad, Hłasko i Tyrmand. No i Chandler, czyli sami klasycy. Na czytanie kiepskiej literatury szkoda mi czasu, ja bardzo szanuję swój czas. Muszę też wspomnieć o Marku Nowakowskim, do którego „Benka kwiaciarza” dorwałem się mając lat siedem, aż dziadek schował książkę przede mną, bo stwierdził, że na „Benka” za wcześnie. Marka Nowakowskiego poznałem zresztą wtedy osobiście, bo bywał u Dziadka. Nowakowski to był twardy gościu, który swoje w życiu zobaczył, zrobił oraz odsiedział. Znacznie różnił się od tych wszystkich pozostałych literatów, którzy Dziadka odwiedzali, może dlatego, że tylko on w tym towarzystwie grypsował. Z Nowakowskim miałem potem okazję pić wódkę, jakieś dwadzieścia lat później. Powiedział, że będą ze mnie ludzie, „bo szczękę mam jak Stary”, cokolwiek to miało znaczyć.

Z pisarzy nowszej generacji – na pierwszym miejscu Irvine Welsh, od którego wciąż bardzo dużo się uczę. Z polskich – zawsze uważnie czytam Żulczyka i Orbitowskiego. Oraz bardzo szanuję Justynę Kopińską, bo to co pisze, ma wielką siłę i jest w stanie wpłynąć na rzeczywistość. Uważam, że zadaniem literatury jest wpływanie na rzeczywistość, inaczej nasze pisanie zmienia się w czas zmarnowany.

1 komentarz: