Holenderski pisarz, laureat Nagrody Libris, znany
polskim czytelnikom z „Pięknej młodej żony”, wraca z powieścią o cenie rodzinnej
lojalności i prawdzie, która potrafi osamotnić. We wrześniu 2026 roku rozmawiałem z nim o
archiwach, przyjemności pisania, ogniu podtrzymującym naszą cywilizację i o tym,
czego człowieka może nauczyć opieka nad kotem.
Marcin Wilk: Zacznijmy od Beth, jednej z bohaterek „Nirwany”, książki która właśnie ukazała się w Polsce w przekładzie Alicji Oczko. Wydaje mi się kluczową postacią tej powieści. Zgadzasz się?
Tommy Wieringa: Zdecydowanie. Zainspirowała ją moja matka zastępcza, która przypadkiem podsunęła mi całą opowieść. Kiedy wychowała mnie i swoich dwóch synów, zaczęła opiekować się dwojgiem dzieci z niezwykle bogatej holenderskiej rodziny. Ze względów podatkowych rodzina mieszkała tuż za granicą, w Belgii. Zajmowała się przemysłem morskim: budowała statki i platformy wiertnicze dla Shella, a także demontowała platformy na Morzu Północnym i w innych miejscach.
Odwiedzając matkę, poznałem prezesa tej firmy. Usłyszałem wtedy o jego ojcu, który podczas II wojny światowej był ważnym oficerem SS w Holandii. Lista jego zbrodni wojennych była zdumiewająca. Jednocześnie był genialnym inżynierem związanym z przemysłem morskim.
Dzięki matce zastępczej otworzył się więc przede mną cały świat. Jak mówili członkowie tej rodziny, jej historia zawierała w sobie cały XX wiek. Początkowo tak o nich nie myślałem. Później jednak zacząłem rozważać powieść o naszym związku z ogniem, który leży u podstaw niemal wszystkiego, co wytwarzamy.
Pomyśl: ta filiżanka, łyżeczka, książka. Wszystko wokół mnie powstało w jakiś sposób dzięki ogniowi. Jesteśmy gatunkiem bardzo od niego zależnym. Ta rodzina wydobywała ropę i gaz z mórz na całym świecie. Jej dzieje pozwalały mi poprowadzić opowieść od początku XX wieku aż do współczesności. To Beth dała mi tę historię.
MW: Do ognia jeszcze wrócimy. Co jednak było pierwsze: chęć opowiedzenia o Beth, o tej rodzinie czy o świecie, który dzięki niej poznałeś?
TW: Chciałem opowiedzieć, jak w XX wieku zniszczyliśmy część świata, w którym żyjemy, i jak robimy to nadal. Myślę oczywiście o klimacie i paliwach kopalnych. Uświadomiłem sobie, że ta historia mieści się w losach rodziny: zaczyna się od błyskotliwego inżyniera, który w latach czterdziestych zrewolucjonizował wydobycie ropy i gazu na Morzu Północnym. Miałem przed sobą historię trzech pokoleń. A trzy pokolenia zawsze świetnie działają. Od tego się zaczęło, jak od błysku.
Potem pomyślałem o Beth, mojej matce zastępczej, która naprawdę miała na imię Annika. Opowieść zaczęła się sama rozwijać. Jako pisarz znasz pewnie ten magiczny moment: natrafiasz na właściwą historię, a wokół niej zaczyna układać się cały świat. Kiedy to się wydarza, wiem, że jestem na właściwej drodze.
MW: Nazywasz ten moment magicznym. Czy pisanie wciąż ma dla Ciebie coś z magii?
TW: Tak. Przez ostatnie dni pisałem reportaż z Ukrainy. Dwa tygodnie temu byłem na południe od Odessy, w pięknym parku przyrodniczym Tuzłowskie Limany, na granicy Morza Czarnego i besarabskich stepów.
Kiedy pamięć spotyka się z pisaniem, wydarza się coś nowego. To nadal świat, który odwiedziłem, lecz na papierze staje się czymś innym. Nie wiem, jak to się dzieje. Mój reportaż dotyczy ekobójstwa, niszczenia ukraińskiej przyrody przez wojnę. Piszę o stepie, morzu, żołnach i błotniakach stawowych. Ujmuję w słowa to, co widziałem, i nagle powstaje nowy świat. Ta chwila zawsze mnie zachwyca.
MW: Trochę jak z fotografią? Patrząc na zdjęcie, dostrzegasz szczegóły, których nie zauważyłeś, kiedy oglądałeś tę samą scenę na własne oczy?
TW: Dokładnie tak.
MW: A co dało Ci wprowadzenie do powieści pisarza Tommy’ego Wieringi? Hugo nie zawsze uważa go za kogoś łatwego do polubienia. Jako czytelnik zastanawiałem się, jaki dystans dzieli Ciebie od tej postaci.
TW: Hugo, główny bohater, jest wnukiem oficera SS, którego historię odtworzyłem. Odziedziczył majątek i reputację, niesie ze sobą całą przeszłość rodziny. Ademowie są przywiązani do mitów o dziadku. Nie chcą wierzyć, że był po prostu zbrodniarzem wojennym. Twierdzą, że robił także dobre rzeczy, a w 1943 roku zmienił stronę i przeszedł do ruchu oporu.
Taką historię usłyszałem przy stole rodziny, u której pracowała moja matka zastępcza. Zaciekawiła mnie. Spędziłem niemal rok w holenderskich archiwach, próbując ustalić, co naprawdę się wydarzyło, i rozplątać mity jednej z najbogatszych i najbardziej wpływowych rodzin w kraju. Opowieść o rzekomym bohaterstwie dziadka okazała się nieprawdziwa. Bohaterstwo w mundurze SS to, najprościej mówiąc, kłamstwo.
Potrzebowałem jednak impulsu, który skłoniłby Hugo do zadawania pytań. Odkrycie prawdy o dziadku nie leżało w jego interesie. Nie mógł z dnia na dzień oznajmić: „Teraz rozplączę wszystkie rodzinne mity”. Musiał mieć powód.
Pomyślałem: przecież to ja znam historię jego dziadka. Jeśli wprowadzę siebie do powieści, będę mógł powiedzieć Hugo, co jest prawdą, a co mitem. Hugo jest dość znanym artystą, a książkowy Tommy Wieringa zna jego twórczość i reputację. Doprowadziłem więc do ich spotkania w Amsterdamie, przy Herengracht.
Tommy Wieringa podchodzi do niego i mówi mniej więcej: „Panie Hugo Adema, co za niespodzianka. Właśnie badam pańskiego dziadka w pobliskim archiwum. Całe jego akta leżą na stole. Zapewne pan je zna?”. Hugo musi przyznać, że nie zna akt dziadka. „Wszystko tam jest, mogę panu pokazać”, słyszy. Od tej chwili nie może już unikać rodzinnej historii i zaczyna naprawdę interesować się tym, co się wydarzyło.
Jest na to holenderskie słowo: hefboom, czyli dźwignia. Taką rolę pełni w powieści Tommy Wieringa: wprawia historię Hugo w ruch.
Skoro wprowadziłem do książki siebie, mogłem też wprowadzić Beth. Moje życie zaczęło przeplatać się z fikcją, autobiografia ulegała przetworzeniu. Sprawiło mi to wiele radości. Nie zapominaj, że pisanie potrafi być okropnie nudne i żmudne. Włączenie do opowieści części własnego życia czy postaci matki zastępczej może nagle przywrócić przyjemność pisania. Zrobiłem to również dlatego, że nie chciałem sam siebie zanudzić.
MW: Przy tak poważnym temacie chyba szczególnie potrzebna jest przyjemność pisania.
TW: O zmianie klimatu bardzo trudno pisać, podobnie jak o naszym przywiązaniu do spalania. To temat techniczny, a sam ogień zazwyczaj pozostaje niewidoczny. Jest niezbędny w produkcji, lecz później znika z przedmiotów codziennego użytku.
MW: Trzeba więc znaleźć sposób, by uczynić go widocznym w opowieści.
TW: Tak, znaleźć dla niej odpowiedni nośnik. Dlatego tak ucieszyłem się, że dzieje tej rodziny ucieleśniają historię, którą chciałem opowiedzieć.
MW: Rodzina Hugo odbiera jego poszukiwania prawdy o dziadku jako zdradę. Prawda o kryzysie klimatycznym także bywa odczuwana jako zagrożenie, zapowiedź utraty czegoś ważnego. Czy te dwa tematy łączy niechęć do zmierzenia się z rzeczywistością?
TW: Mówi się, że prawda wyzwala. W przypadku Hugo także osamotnia. Trudno ją wypowiadać i przyjmować, trudno patrzeć rzeczywistości w twarz.
W kontekście kryzysu klimatycznego chodzi choćby o myśl, że kolejne pokolenia będą prawdopodobnie żyły w coraz mniejszym dobrobycie i coraz gorszym zdrowiu, a ich możliwości awansu społecznego się zmniejszą. Skutki kryzysu w niedalekiej przyszłości są tak przytłaczające, że nawet ja czasem czuję oszołomienie i odrętwienie.
W zeszłym roku napisałem obszerny esej o skutkach kryzysu klimatycznego i o tym, czego możemy spodziewać się w najbliższej przyszłości. Zdarzało mi się odkładać pióro, bo nie mogłem już tego znieść. Mam dwoje dzieci, piętnasto- i szesnastoletnie. Bardzo martwię się o ich przyszłość i o przyszłość ich dzieci.
Po publikacji „Nirwany” w Holandii odbyłem długą trasę spotkań z czytelnikami. Uważam te rozmowy za ważne. Czasem pytano mnie: „Gdzie w tej powieści jest nadzieja?”. To ciekawe, bo pisząc, wcale o niej nie myślałem. Zajmowałem się mówieniem prawdy.
Pisarz może oczywiście dawać czytelnikom nadzieję. W książce takiej jak „Nirwana” trudno jednak znaleźć dla niej oczywiste miejsce. Zapytałem publiczność: „O ile pokoleń naprzód odważycie się myśleć? O jedno? Dwa? Trzy? Cztery?”. Większość osób nie odważała się myśleć nawet o dwóch pokoleniach. Przyszłość wyobrażali sobie bardzo ponuro. Zrozumiałem, że siedzę przed ludźmi, którzy utracili w nią wiarę. Właściwie nikt nie wierzył, że za siedem pokoleń wciąż tu będziemy. Pytanie o nadzieję odsłoniło ich dystopijne wyobrażenia.
MW: Ale czy mówienie prawdy samo w sobie nie otwiera jakichś drzwi? Nawet jeśli początkowo odbiera nadzieję, może prowadzić do większej świadomości, zmiany sposobu życia i traktowania świata.
TW: To złożona sprawa. Opowiem ci coś związanego z Ukrainą.
Od trzech i pół roku jestem mocno zaangażowany w pomoc. Razem z przyjaciółmi założyliśmy organizację Protect Ukraine. Dostarczamy ukraińskiemu wojsku środki medyczne ratujące życie: opaski uciskowe, opatrunki wentylowe i bandaże.
Dostarczyliśmy też około czterystu samochodów terenowych. Front jest długi, a mobilność ma ogromne znaczenie. W zeszłym roku zaczęliśmy inwestować w roboty naziemne, które mogą zabierać rannych z pola walki, ponieważ ratownicy medyczni są ostrzeliwani, gdy próbują do nich dotrzeć. Dostarczyliśmy również kilka niewielkich statków powietrznych dla obrony przeciwlotniczej Odessy.
Zdołaliśmy zrobić bardzo wiele. To pokazuje, ile może znaczyć społeczeństwo obywatelskie. Nakręciliśmy także dokument dla holenderskiej telewizji i napisaliśmy książki. W naszej grupie jest sporo pisarzy i dziennikarzy; staramy się budować świadomość.
W Ukrainie rozmawiałem z żołnierzami, którzy byli jeńcami wojennymi w Rosji. W niewoli torturowano ich tak brutalnie, że - według tego, co usłyszałem - niemal 95 procent po powrocie cierpi na nietrzymanie moczu. Byli torturowani i gwałceni; teraz potrzebują pieluch. Jeden z byłych jeńców powiedział, że udokumentowano 695 stosowanych przez Rosjan sposobów torturowania ludzi.
Kiedy opowiadam o tym holenderskiej publiczności, ludzie wpłacają mniej pieniędzy na pomoc. Chętniej wpłacają, kiedy daje się im nadzieję. Kiedy mówi się prawdę o tym, co się dzieje, przestają wpłacać. Czy to nie zastanawiające?
MW: To każe zastanowić się, ile prawdy o cierpieniu jesteśmy w stanie przyjąć. W Twojej pracy Ukraina pojawiła się zresztą w powieści.
TW: Kiedy skończyłem „Nirwanę”, w której oficer SS wraz z południową częścią armii Hitlera przemieszcza się przez Ukrainę ku Kaukazowi, oddałem książkę do wydawnictwa. Ukazała się, a zaraz potem nasz pierwszy konwój pojechał do Ukrainy. Przypadkiem przebyłem dokładnie tę samą trasę co mój bohater. To było niezwykłe.
MW: Wróćmy do dokumentów, które pozwoliły Ci odtworzyć tę historię. Czytałeś dzienniki holenderskich członków SS. Bliskość takich zapisków może skłaniać do zrozumienia perspektywy ich autorów, co bywa niebezpieczne. Jak wpłynęły na Twoje rozumienie Willema Ademy?
TW: Czytałem w archiwum dzienniki holenderskich esesmanów. Pod pewnymi względami są bardzo ludzkie. Piszą o własnym cierpieniu, o przyjaźniach z innymi członkami SS, o codzienności i trudnościach. A potem nagle wieszają Żydów w Tarnopolu.
Czytasz pozornie zrozumiałą relację o codziennym życiu i nagle znajdujesz się w środku zbrodni wojennych. Kiedy opuszczają Lwów, uczestniczą jeszcze w działaniach, które można by nazwać zwykłą walką. Przybywają do Tarnopola i stają się zbrodniarzami wojennymi.
Nie ma tam emocji ani wahania. Są przekonani, że należy mordować niewinnych ludzi, zetrzeć ich z powierzchni ziemi. Nie potrafię tego zrozumieć. Ale trzeba wiedzieć, jak do tego dochodzi, jak z jednej chwili na drugą następuje całkowita zmiana perspektywy. To niemal surrealistyczne doświadczenie czytelnicze.
Niektórzy autorzy tych dzienników pisali naprawdę dobrze. Można nawet przez chwilę poczuć do nich sympatię, zanim wszystko się zmieni. Cieszę się, że pracowałem w archiwum. Zrozumiałem dzięki temu, dlaczego kiedyś zacząłem studiować historię. Byłem beznadziejnym studentem, nie umiałem się skoncentrować. A pisząc tę książkę, nagle stałem się najlepszym studentem historii na świecie - tylko o czterdzieści lat za późno.
MW: Co zmieniło się przez te czterdzieści lat?
TW: Jako student nie potrafiłem się skupić ani zrozumieć znaczenia archiwów. Wydawały mi się zbyt abstrakcyjne. W latach dziewięćdziesiątych archiwum pozostawało nieme; dziś jest dla mnie miejscem, w którym zaczyna się opowieść. Wszystkie te książki, papiery i dokumenty do mnie mówią.
MW: Jesteś dojrzalszy? Bardziej świadomy?
TW: Zdecydowanie bardziej świadomy. Niekoniecznie dojrzalszy.
Kiedy przegląda się akta człowieka takiego jak Willem Adema - bo tak nazywa się w książce - każdy skrawek papieru może okazać się przydatny. Czasem jedno zdanie pozwala zobaczyć jego historię w nowym świetle.
Znalazłem na przykład notatkę sporządzoną przez funkcjonariusza po wojnie, kiedy Adema był zatrzymany: „Gdzie są dzienniki Ademy?”. Potem natrafiłem na wypowiedź osoby badającej jego sprawę w 1946 roku: „Jak mogliśmy przeczytać w jego dziennikach…”. A więc w pewnym momencie postępowania dzienniki były dostępne, a później zniknęły.
Napisałem do rodziny z pytaniem, czy się zachowały i czy mógłbym je przeczytać. Oczywiście nie odpowiedzieli. Sama możliwość, że istniały i że wyjęto je z akt, była jednak fascynująca. Ten wątek stał się kluczowy dla powieści. To właśnie dało mi archiwum: kilka krótkich zdań.
MW: Wróćmy do ognia, który łączy rodzinne interesy związane z ropą, pragnienie i kryzys klimatyczny. Od początku wiedziałeś, że będzie spajał całą książkę?
TW: Wiedziałem to od początku. To główny żywioł tej powieści. Woda jest oczywiście ważna dla rodziny związanej z morzem i statkami, ale najważniejszy pozostaje ogień - zarówno dosłownie, jak i metaforycznie.
W buddyjskim rozumieniu istnieją ognie chciwości, nienawiści i pragnienia. Aby osiągnąć nirwanę, trzeba je ugasić. Nirwana nie jest rajskim stanem: te ognie osłabły albo zgasły, a człowiek przestał być niewolnikiem nienawiści, pożądania czy zazdrości. Wtedy, jak mówi Budda, może w pełni wykorzystać swój potencjał. To wymiar metaforyczny.
Ale w naszym świecie ogień jest także czymś zupełnie rzeczywistym. Zdumiewa mnie, jak mocno się go promuje. Jest wszędzie. Kiedy Bolsonaro dochodzi do władzy w Brazylii, Amazonia płonie jak nigdy wcześniej. Władza Putina wiąże się z gazem i ropą. Trump mówi: „Drill, baby, drill”. Związek między ogniem, paliwami kopalnymi i figurą silnego przywódcy jest bardzo mocny. Gdyby odciąć tych ludzi od źródeł energii, które dają im bogactwo i władzę, straciliby tę władzę. Dlatego ogień jest w książce najważniejszy.
MW: Ta figura silnego przywódcy każe też myśleć o tym, komu przypisujemy siłę, a komu słabość. Podobna niejednoznaczność towarzyszy „Boreasowi”, nazwanemu od greckiego boga północnego wiatru. Ten statek jest niezwykłym osiągnięciem inżynierii, a zarazem symbolem przemysłu, któremu przyglądasz się krytycznie. Co mamy czuć, wyobrażając go sobie: podziw, lęk, jedno i drugie?
TW: Wszystko naraz. W książce pojawia się niemal jak coś mitycznego, ale naprawdę istnieje. Ma powierzchnię odpowiadającą trzydziestu trzem boiskom piłkarskim. Stworzył go człowiek, którego poznałem w młodości. Może prowadzić prace nawet w rejonach bieguna północnego i południowego. To cud inżynierii.
Trochę irytujące jest to, że członkowie tej rodziny budzą polityczne zastrzeżenia, a jednocześnie są genialni. Jako pisarza takie niejednoznaczności interesują mnie bardziej niż proste stwierdzenie, że ci ludzie są źli i należy ich odrzucić. Potrafią przecież konstruować rzeczy tak niezwykłe.
Prawdziwy statek, na którym wzorowany jest „Boreas”, nazywa się Pioneering Spirit. Możesz go znaleźć w internecie. Brał udział w układaniu gazociągu Nord Stream. Jest zdjęcie znanego mi prezesa firmy z Putinem na mostku statku. Widać na nim, jak te wszystkie historie się łączą.
MW: Chciałbym teraz przejść od tej ogromnej skali do czegoś znacznie bliższego Hugo: zwierząt. Szczególne miejsce zajmuje kot, który w polskim przekładzie nazywa się Grubcio. Jakie imię nosi w wersji holenderskiej?
TW: Dikkie Dik. To postać znana z telewizji.
MW: „Dik” czyli „gruby”, prawda? „Grubcio” to czuły i zabawny odpowiednik. Kot pojawia się w życiu Hugo za sprawą Beth i towarzyszy mu w samotności. Mam wrażenie, że dzięki opiece nad nim Hugo staje się bardziej ludzki, sympatyczny. Wobec innych ludzi nie zawsze taki jest.
TW: Okazuje czułość Beth, kotu i swojej ciotce, która przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Kot uczy go opiekowania się kimś.
Kiedy teraz o tym mówimy, uderza mnie coś, o czym nie myślałem podczas pisania: Beth, ciotka i kot są w pewien sposób od niego zależni. Hugo nie potrafi zbudować dojrzałej relacji z kobietą, ale silnie angażuje się w relacje z tymi, którzy go potrzebują. To również czyni go niejednoznacznym. Nie jest po prostu „sympatyczny”.
MW: W powieści uważnie przyglądasz się także ptakom, jeleniom i innym stworzeniom. Zawsze tak obserwowałeś przyrodę czy rozwinąłeś ten sposób patrzenia podczas pracy nad książką?
TW: Zwykle uważnie przyglądam się otoczeniu. Rozmawiamy online, a ja widzę za oknem drzewa i znam ich nazwy. Tak samo znam ptaki i trawy na polu za domem. Człowiek powinien wiedzieć, co go otacza, nie tylko wtedy, gdy jest pisarzem.
Kiedy czytam w opowiadaniu, że „rosła tam grupa drzew”, chcę wiedzieć: jakich? Dębów, wiązów, topól? Dąb jest czymś zupełnie innym niż topola. Nie trzeba wymieniać nazw za każdym razem, bo stałoby się to nużące, ale pisarz powinien wiedzieć, co opisuje. Wszystko wokół nas ma własny „paszport”. Jeśli go nie znamy, sami coś tracimy.
Dotyczy to także zwierząt, z którymi mieszkamy. Uważnie patrząc na kota czy psa, próbujesz go poznać. Rozumiecie się, bo nie jest aż tak trudno rozpoznać, czego od siebie potrzebujecie. Tymczasem za drzwiami domu przestajemy rozumieć otaczający nas świat. Uważam, że to strata.
Lubię czytać krajobrazy; są bardzo ważne w moim pisaniu.
Wróciłem właśnie z Ukrainy, z okolic na południe od Odessy. Są tam pasy zadrzewień założone w czasach radzieckich, żeby zapobiegać erozji gleby. Długie, wijące się linie drzew w stepie — piękny widok. To robinie akacjowe, nazywane też grochodrzewami. Również w Ukrainie lubię wiedzieć, jakie ptaki i drzewa widzę. Dzięki temu można zaprzyjaźnić się ze swoim otoczeniem.
MW: To prowadzi nas do zakończenia książki. W epilogu Hugo spędza coraz więcej czasu samotnie w lesie. Jego obrazy coraz mniej zajmują się ludźmi, a coraz bardziej przemianą materii i życia wokół niego. Czy wycofuje się ze świata, czy raczej się z nim zaprzyjaźnia?
TW: Jest w tym niemal szamańska myśl, że my jesteśmy we wszystkim wokół nas, a wszystko wokół nas jest w nas. Czasem bardzo do mnie przemawia.
Kiedy Hugo umiera, wyobraża sobie, że staje się wodą, roślinami, że przemienia się w coś innego. To myśl, która może przynieść ukojenie, a nawet pewną obietnicę: cząstki i atomy naszego ciała później staną się czymś innym. Wspaniale byłoby stać się drzewem, trawą albo wodą. Z taką myślą pozostawiam Hugo na końcu książki.
MW: Chyba znalazłeś więc również odpowiedź na pytanie o nadzieję.
TW: Jednego możemy być pewni: przemienimy się w coś innego. Może będzie to coś lepszego. Choć równie dobrze możemy stać się częścią pocisku nuklearnego. Wszystko jest możliwe.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.