środa, 1 lutego 2012

1. wiersz

 Wisława Szymborska
„Kot w pustym mieszkaniu”


Umrzeć - tego nie robi się kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.

I żadnych skoków pisków na początek.
(1993)

 [za: pisarki.wikia.com]

wiek plus minus 50 [wywiad z Janem Grzegorczykiem]

Do księgarń kilka dni temu trafiła nowa książka Jana Grzegorczyka "Puszczyk" (Znak, 2012).



Święto jest. I dla Janka Grzegorczyka, i dla jego Czytelników/Czytelniczek. Z tej okazji moja rozmowa z Autorem. :-)

- Nie zdradzę wiele, gdy powiem, że Twoja najnowsza książka, Puszczyk, zaczyna się od śmierci przyjaciela głównego bohatera, Stanisława Madeja, którego znamy z Chaszczy. Brzmi to jak początek powieści kryminalnej i faktycznie coś jest na rzeczy. Dochodzenie okaże się jednak nietypowe, bo będzie dotyczyć nie sprawy, lecz... człowieka. Skąd taki pomysł fabularny zalągł się w Twojej głowie?

- Podam ci jeden z powodów. W Chaszczach stworzyłem postać sympatycznego księdza z mroczną tajemnicą. Kilka osób zaczęło go utożsamiać wbrew mej woli z konkretną postacią z rzeczywistości i snuć różne domysły. A więc żeby uciąć te niebezpieczne spekulacje i „uratować” człowieka,  musiałem uśmiercić bohatera książkowego. Może to zabrzmi śmiesznie, ale wiele tygodni nosiłem się z decyzją zabicia księdza i jednocześnie przyjaciela. Dopóki się nie odważyłem na ten czyn, nie mogłem ruszyć z książką. W kryminale trzeba kogoś zabić. Ode mnie zależało kogo. Czułem się nieswojo, choć zamierzałem to zrobić z troski o niego. Mówię to na serio. Przez wiele lat z powodu moich książek o księdzu Groserze oskarżano mnie, że „szczekam na księży”. Szczekać to jedno, ale zabić księdza to już poważniejsza sprawa. Biłem się z myślami i w końcu wyjawiłem swój plan zabójstwa prototypowi powieściowej ofiary. Przyjął go z całkowitym zrozumieniem.

- Skoro o tym mówisz, to przyznam, że odniosłem wrażenie, że znowu najbardziej interesuje Cię zmiana. A raczej możliwości, jakie ma przed sobą człowiek ograniczany przez różne żądze, błędy, niepokoje i wiele innych przyziemno-materialnych spraw. To zresztą ciągnie się od Grosera... Ciekaw jestem, czy w Tobie, gdy piszesz swoje fabuły i poniekąd uczestniczysz w tych wszystkich zawirowaniach bohaterów, wzmaga się wiara w człowieka, czy wręcz przeciwnie? Pytam Cię bardziej jako człowieka, nie pisarza.

- Wierzę, że prawie wszystkie warianty przemiany są możliwe, natomiast jednocześnie mam świadomość, że jednym udaje się piąć ku dobru, a inni skaczą do przepaści. Tym drugim często wydaje się, że skaczą na bungee i że tuż przed zderzeniem z ziemią zawsze się odbiją w górę, ale nie zawsze to się udaje. W rzeczywistości lina często pęka. Prawie każdego dnia przeżywam zachwyty i zwątpienia z powodu ludzi, których spotykam. Ważne, żeby wyrobić w sobie jakąś odporność na te skrajne przygody z drugim człowiekiem.

- Ale życie a fabuła to poniekąd dwie różne sprawy. Złościsz się czasem na wybory swoich bohaterów czy - wręcz przeciwnie - kibicujesz im i starasz się ich popychać w tę, powiedzmy, szczęśliwszą stronę egzystencji?

 - Zdecydowanie bardziej interesuje mnie pisanie o tym, że jest przed nami nadzieja, szansa. Oczywiście bez zamykania oczu na ciemne strony. Książka, w której nie ma światła, nie ma sensu. Dawanie ludziom pistoletu, sznura czy trucizny pomocnych do popełnienia przynajmniej duchowego samobójstwa to nieporozumienie. Aczkolwiek często nie mamy wpływu na to, co ludzie w naszych książkach wyczytają. Kiedyś się dowiedziałem, że moja powieść odwiodła kogoś od samobójstwa, a potem dotarła do mnie informacja, że ta sama książka była ostatnią lekturą samobójcy.

- Na to już nie masz wpływu. Dla mnie Twoje książki, zwłaszcza Puszczyk, to zachęta do zmiany. Także w relacjach, z naciskiem na relacje z samym sobą. Myślisz, że takie zmiany można zaprogramować, jak np. programuje się trening osobowościowy? Czy jednak interwencja jakiejś siły, nam niedostępnej i niekontrolowanej, jest konieczna?

- Każdy człowiek podejmujący jakąś refleksję nad sobą musi sobie postawić pytanie o zmiany. Moja powieść ma motto z Wesela Wyspiańskiego. „Puszczyku, zgrałeś się przy zielonym stoliku…” Każdy ma swój zielony stolik. I prawie każdy z nas musi sobie postawić pytanie, czy jego recepta na życie się nie zgrała. W pewnym momencie życia trzeba dokonać odnowy. Są ludzie, którzy to kochają, ale większość z nas panicznie się boi wszelkich gruntownych reform. Rutynę życia traktujemy jako nasz skarb, dorobek, z którego ktoś chce nas ograbić. Fascynują mnie ludzie mający odwagę wejść w puszczę, która oznacza rzeczywistość niosącą jakąś obietnicę przemiany, ale oczywiście i napawającą lękiem. W dzień zbieramy w niej grzyby i słuchamy ptaszków, ale nocą  w puszczy zapadają ciemności.

- Zmiana w Puszczyku jest szczególnego rodzaju. Powiedzmy, że bohater nie jest młodzieniaszkiem. Chciałeś przez to powiedzieć, że zmiana jest możliwa w każdym momencie naszego życia?

 - Oczywiście. Zmiany dogłębne w człowieku są rzeczą rzadką, ale jeśli już się zdarzają, to mogą się dokonać i na łożu śmierci. Kiedyś napisałem o tym książkę Niebo dla akrobaty.  A już wiek plus minus 50 jest szczególnie urodzajnym okresem dla różnych życiowych salt. Ci, którzy decydują się na głębokie zmiany, bo odkryli jakąś pasję, pozostaną już na zawsze „puszczykami” – adeptami puszczy.  Nie urodzili się w niej. Ciekawe, że język polski nie ma określenia na dojrzałego człowieka puszczy, jakiegoś „puszczora”. Wszyscy jesteśmy puszczykami, młodzikami skazanymi na wieczne dojrzewanie.

- Podoba mi się, nawet bardzo mi się podoba, że u Ciebie najważniejsze rzeczy rozgrywają się gdzieś na marginesach, ale też w powszednim doświadczeniu... Mówię tu o prowincji, ale także o samotności (takiej głębokiej, egzystencjalnej), relacjach erotycznych, nawet małych cwaniactwach, które można odnaleźć w myślach Twoich bohaterów, z którymi to cwaniactwami oni się w wyniku doświadczenia życiowego mierzą... Wypełniasz tym swoje fabuły, jakbyś chciał pokazać, że to co ważne kryje się w tym co zwykłe. Czasem wręcz boleśnie zwykłe i powszednie. To zamierzony zabieg?

- Kocham  sytuacje, w których z naszych małości, krętactw, cwaniactwa nieoczekiwanie wykluwa się coś niesłychanie pięknego. To nie jest upiększanie rzeczywistości, często tak jest, że poprzez małość wdrapujemy się nieco wyżej, stajemy się lepsi. Wstydzimy się często przyznać, jakimi mizernymi ścieżkami wędrują nasze myśli. Te pojedynki, w których nasz karzełek pojedynkuje się z naszym olbrzymem o przywództwo. „Nasz strumień świadomości” jest rzeczą tak wstydliwą i tak nie do pokazania, że chronimy się w nim jak w ubikacji.

- Wracając do siły niedostępnej człowiekowi i do wiary w człowieka... Czytając Twoją książkę, czułem, że ktoś nad tym całym światem czuwa. A jednak wiele zdarzeń kształtujemy sami. Choć nie wszystko da się, oczywiście, przewidzieć. Sam popadałem wielokrotnie, czytając Puszczyka, w stan, nazwijmy to, wątpliwości nad... Zwłaszcza w kwestii relacji z innymi zapalała się często czerwona lampka. Kiedy na spotkaniach pytają Cię czytelnicy o koszty relacji z drugim człowiekiem - czyli także o to, że ludzie zawodzą, że przyjaciele okazują się zdrajcami itd., itd. - ciekaw jestem, co wtedy odpowiadasz?
- Co robić, gdy mamy poczucie, że zdradzają nas ludzie, na których stawialiśmy, przyjaciele? To jedno z najważniejszych dla mnie pytań w tej książce i nie tylko. Moim pierwszym tekstem, opublikowanym trzydzieści lat temu, było Zrozumieć Judasza. Nie wszystkie zdrady w naszym życiu potrafimy wybaczyć, naprawić, ale często jest tak, że zbyt pochopnie decydujemy się wydać wyrok śmierci na przyjaciela, bo nas zawiódł. Żyjemy w jałowym wyobrażeniu, że przyjaciel to ktoś, kto nigdy nie zawodzi, i stąd wiele naszych dramatów. Bo człowiek jest z natury istotą zawodzącą. Gdybyśmy mieli kryterium niezawodności przyłożyć do naszych relacji, to musielibyśmy wszystkich skreślić, a na końcu samych siebie. Pan Jezus powiedział do zbliżającego się Judasza: „Przyjacielu, po coś przyszedł?”. Zrozumienie, że nieraz zdrada, jakiej w życiu doświadczamy, może nas ocalić albo wzbogacić, może być dla nas czymś najważniejszym.
                  

wtorek, 31 stycznia 2012

Po 2., kod estetyki, bo kobiety z natury są bardziej zainteresowane estetyką, urodą, modą i trendami

Mamy też zaległości zakupowe:

 

(...) "Wedle badań autorek do męskich strategii zaliczają się te, które dowodzą dążenie do osiągnięć i pomagają to dążenie realizować. W praktyce przekłada się to na symbole statusu służące potwierdzeniu pozycji wyższości, zamiłowanie do polityki i rozgrywek, koncentrację na ogólnych hasłach, a nie na szczegółach, tworzenie hierarchii oraz koncentrację na metodach twardych, a nie miękkich.
Ale tu opis idzie dalej. Autorki dowodzą bowiem, że marketing doskonale służy męskiemu światu, "bo przecież większość firm wytwarzających produkty i świadczących usługi działa w sposób do głębi zmaskulinizowany. Wynika to po części z tego, że są one w dużym stopniu zarządzane przez mężczyzn, ale również z tego, że ‘motory' napędzające biznes, czyli korporacje, mają w swojej istocie męski charakter".
Ta teza jest ilustrowana opisem warunków w męskich firmach i charakterystyką niewykorzystanej "szansy kobiecej". Autorki przywołują także przykłady wad reklam skierowanych do kobiet. "Wiele marek próbuje znaleźć się na kobiecym radarze, zasiewając niepokój lub wzbudzając obawy (na wszystkich etapach: od pozycjonowania produktu aż do kreacji reklamowej)", piszą autorki i cytują jedno z haseł: "Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się, co się czai w rurach odpływowych w twoim mieszkaniu?". 
Także obraz kobiet poniżających mężczyzn w reklamie nie przemawia pozytywnie. "Takie podejście jest świetnym przykładem stosowania męskich reguł w przekazie skierowanym do kobiecego audytorium - chodzi o upokorzenie i przemawianie z pozycji wyższości" (...)

Więcej TU (dostęp płatny).

Swoją drogą, wyprzedaże chyba wciąż hulają. Zakupy poza tym to doskonały temat seriali telewizyjnych. Kto pamięta na przykład ten fragment z "Absolutely Fabulous"?

poniedziałek, 30 stycznia 2012

102 piętra

Teraz nieco zaoceanicznie ;-)))

Nowy Jork to miasto marzenie. Dla wielu. No, może nie aż tak dla wszystkich, ale z pewnością znajdą się tacy, co o nim marzą w: Hongkongu, Nowej Zelandii, Egipcie, Brazylii, Mongolii, Norwegii, Peru, Republice Południowej Afryki, Korei Południowej, Hiszpanii, a nawet i w Polsce.
Pojechać tam, zobaczyć, pomieszkać. Pobuszować (choć to słowo akurat Amerykanom może się źle kojarzyć...).
Po prostu pobyć. 
A że marzenia się spełniają... 


Postępowi i altruistyczni

"Dostać się do Nowego Jorku to łatwizna. Najtrudniej dostać się do samolotu. Jak tylko samolot nakłuje nosem słońce, czas zwolni - czeka was najdłuższy dzień. Kiedy u nas jest południe, Nowy Jork dopiero wstaje. Europa jest o sześć godzin starsza"
Tak to się zaczyna. A potem jest jeszcze przyjemniej. I jeszcze, by tak rzec, sympatyczniej.
Mamy na przykład stronice poświęcone wysokościowcom, w wśród których znajdziemy Empire State Building (102 piętra), Bank of America Tower (54 piętra) czy drapacze chmur tragicznie zniszczone, czyli World Trade Center, nowojorskie bliźniaki. Jest tu niezwykle urokliwy fragment o giełdzie. Są nawet wzmianki o mostach nowojorskich z odpowiednimi opisami ("Brooklyn Bridge, dzieło przekazywane z ojca na syna, triumf, który wszedł do ballad, rozsławiony skokami samobójczymi"). Mamy też nawet garść przemysleń socjologicznych.
O nowojorczykach - wyliczają w pewnym momencie autorzy - mówi się, że w ogóle nie są Yankees i że przeciwnie, to najbardziej zaciekli Amerykanie. Poza tym, że ich przyjaźnie nie są głębokie: łatwo się nawiązują, łatwo kończą. I że strasznie boją się żyć na drugim planie - "każdy chce być twardym facetem - pełnym dobroduszności i praktycznego entuzjazmu - ‘Co u ciebie?' - ‘Dziękuję, znakomicie!' - "Nie masz pracy? To twój błąd!'".

Dlaczego tego nie wydasz?

Tak nowojorczyków widzą sami Amerykanie na ogół - inne nacje skłonne są widzieć inne cechy w nowojorczykach. Niemcy na przykład uważają nowojorczyków za najbardziej postępowych. Podobnie uważają Anglicy i Francuzi. Tylko Włosi się z tych statystyk wychylają, sądząc, że mieszkańcy metropolii są altruistyczni i praktyczni.
"Tak, nasz ‘Nowy Jork' ma już prawie pół wieku: książka powstała w 1964 roku i została wydrukowana jako prezent na Gwiazdkę. Tylko że Vladimir Fuka, któremu choroba bezlitośnie odmierzała czas, postanowił spędzić resztę życia w Ameryce na emigracji... Wtedy esbecy przeznaczyli cały nakład na przemiał. Przeżył jeden egzemplarz: zdążyłem zabrać przynajmniej arkusze korekt - to z nich złożyłem makietę. Książka leżała potem przez lata pod rękopisami. Dopiero kiedy w tym roku przyleciała na wakacje wnuk z Harvardu, razem wygrzebaliśmy tę na współ zapomnianą książkę - a on mnie namawiał: ‘Dlaczego tego nie wydasz?'. Zaniosłem ten tom do wydawnictwa Albatros - na wypadek gdyby byli zainteresowani... W ten sposób nasz ‘Nowy Jork' w końcu trafia do czytelników: niech Wam - chociaż spóźniony - sprawi radość!" - pisał w październiku 2008 roku Zdenek Mahler.
Jego zdania pojawiają się na końcu książki, a może w sumie od nich powinno się zacząć. Bo one wyjaśniają konstrukcję całości. Całości czyli książki.(...)

Całość TU (dostęp płatny).


I jeszcze jako bonusik:




:D

a więc to już 20 lat minęło...

Dzien dobry po przerwie!

Jak napiszę, że czytałem i pisałem prawie cały czas (gdy nie pisałem/wklejałem tu), to uwierzycie? Bo właśnie tak było. :-) Pisać i czytać nie przestaję, ale dokonuję zagęszczenia czasoprzestrzeni i powracam - jak za dawnych lat - do bardziej regularnych wpisów. W tym tygodniu spodziewajcie się ich sporo, bo musimy nadrobić zaległości z początku roku.

Najpierw więc rocznicowo...


"A więc to już dwadzieścia lat minęło od tamtego czerwca 1991 roku, kiedy to skserowana wcześniej z pomniejszanego maszynopisu ‘Iskra Boża', która robiłem z Andrzejem Rodysem, zyskała drugi, większy tytuł ‘Lampa', makietę wyklejaną z komputerowego już składu, no i prawdziwy - choć siermiężny - druk offsetowy!" - zaczyna niemal biblijną frazą wstęp do swojej antologii Paweł Dunin-Wąsowicz. I ma rację. 



Bo trud wyłuskiwania historii i zbierania ich - przez ponad dwie dekady - można spokojnie zestawić z pracą ewangeliczną: powolnego i cierpliwego siania. Literackiego, żeby nie było wątpliwości, siania.

POCIĄG OSOBOWY

Oczywiście metafory należałoby w tym wypadku mnożyć. Sam Paweł Dunin-Wąsowicz pewnie wolałby jakąś kolejową frazę. Jego pociąg (!) do literatury bez wątpienia na to zasługuje, nawet jeśli jedynym jak dotąd (ale za to jakim!) ekspresem międzynarodowym była i w dalszym ciągu jest Dorota Masłowska.
Przypomnijmy: to sukces jej "Wojny polsko-ruskiej" odkrytej i opublikowanej właśnie przez red. Dunin-Wąsowicza sprawił, że nie tylko zmieniło się oblicze literatury polskiej i jej horyzonty początku XXI, ale nieśmiała i niezależna "Lampa i Iskra Boża" przestała być nieregularnikiem, ukazującym się zwykle dwa razy do roku, a stała się w 2004 roku miesięcznikiem. Z kolorową okładką. Dostępnym w wielkich sieciach kolporterskich. I, co najważniejsze, z tą samą cenną zawartością: wagonikami prozatorskimi, recenzenckimi, wywiadowczymi...
Nie dziwota więc, że i w tej antologii musiała się Masłowska Dorota znaleźć. Ale nie od razu. Jej tekst "New York I Love You But You Bringing Me Down" mieści się gdzieś w środku wyboru "Lampowych" tekstów. Ni to pamiętnik, ni to raptularz (formuła zapisków i obserwacji szczegółów dnia codziennego i obyczajów jest zresztą, nie przypadkiem chyba, jedną z najczęściej uprawianych na łamach "Lampy") zawiera w sobie całe multum błyskotliwych i podlanych ironią, a czasem cierpkim komentarzem, uwag na temat zachowań i obyczajów innych ludzi. Komentarzem niemal antropologicznym. Niemal kulturoznawczym. I, co w przypadku Doroty Masłowskiej niemal naturalne, komentarzem chwytającym za gardziel.(...)

Więcej TU (dostęp płatny).

niedziela, 23 października 2011

ok. 400 tys. egzemplarzy [spotkanie z Mario Vargasem Llosa]

W Polsce niedawno ukazała się - wydana już po Noblu - książka Mario Vargasa Llosy "Marzenie Celta". Wydarzenie to jest tym milsze, że do Polski zawitał sam autor. Wczoraj wieczorem w krakowskim kinie Kijów był gościem w cyklu "Dorwać Mistrza".



O życiu po Noblu:

- Człowiek staje się osobą publiczną. I w tym sensie wszystko zmienia się z dnia na dzień. Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Ale Nobel oznacza również promocję moich książek.



O polityce:
– Sądzę, że pisarz, tak jak obywatel, ma obowiązek moralny interesować się tym, co się dzieje w jego świecie. Pisarz może wnieść do polityki pewną świeżość i autentyczność języka.


O pisaniu:
- Kiedy pisarz pracuje, używa całej swojej osobowości. Na papier przelewa to, co w nim najlepsze i to, co w nim najgorsze. Potem często w książkach pozostają cechy, o których chcielibyśmy zapomnieć. Powieści pokazują nam życie, jakiego nie możemy poznać. Pokazują też rzeczy, które się nie zdarzyły, ale które ktoś wyśnił lub wymarzył.

 O swoich mistrzach, w tym m.in. o Conradzie:
– To jeden z niewielu pisarzy, którzy umieli napisać powieść polityczną.
 O dojrzewaniu:
- Myślę, że obecnie moje powieści są mniej ciemne. Młody pisarz często wierzy, że trudność oznacza głębię. Z upływem lat odkrywamy, że najtrudniejsze w literaturze to dobrze opowiedzieć historię. Chcę je pisać nie tak jakby były napisane, ale jakby były przeżyte.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Pardon zawsze przychodzi około dziewiątej rano pierwszego dnia miesiąca...

Charalaine Harris - nowa polska odsłona z nowym cyklem. Tym razem mowa o Lily Bard. W naszym kraju ukazała się między innymi książka "Czysta jak łza" (Znak, 2011).

 
Na początek Lily w akcji:
"Zebrałam się w sobie. Bosymi stopami zaparłam się na drewnianej podłodze i gotowa do ataku napięłam mięśnie ud. Zrobiłam wykrok lewą nogą i obracając się, uniosłam prawą nogę zgiętą w kolanie. Gwałtownie wystrzeliłam stopę do przodu i natychmiast cofnęłam. Czarny worek treningowy marki Everlast zakołysał się na łańcuchu.
Stanęłam na prawej nodze. Lekko obróciłam się na niej, tym razem mając worek przed sobą. Lewą nogą wykonałam dłuższe, silniejsze kopnięcie, zwane mae geri. Kopałam na przemian to lewą, to prawą nogą, z przodu i z boku, wykonywałam obroty, ćwicząc słabsze uderzenia piętą. Oddychałam coraz głębiej, lecz ani na chwilę nie wypadłam z rytmu: kopnięcie - wydech, powrót - wdech.
Worek zatańczył na łańcuchu, huśtając się tam i z powrotem, co wymagało ode mnie coraz większego skupienia, by kolejny cios trafił równie precyzyjnie. Zaczęłam czuć zmęczenie".
I jak jej nie kochać?
Powyższy fragment pochodzi z powieści "Czysta jak łza" Charlaine Harris. Główna bohaterka tej książki to Lily Bard. Dziewczyna (kobieta?) raczej stroni od towarzystwa. Jest tajemnicza, neurotyczna, wyraźnie ma jakiś sekret.
Jej pasją jest, jak widać, karate. Wolny czas poświęca na ćwiczenia w siłowni.
Bić się? Czemu nie! Jeśli dołożyć do tego jej odwagę i umiłowanie porządku (dosłownie i w przenośni) - mamy już idealną bohaterkę i świetny punkt wyjścia do snucia porywającej intrygi.
Ale zaraz, zaraz... Lily Bard nie przypomina nam kogoś? Ano właśnie. Znak, polski wydawca książek Harris, sugeruje wprost: Lisbeth Salander. Czyż można sobie wyobrazić lepszą reklamę? Porównanie do bohaterki (i to jakiej!) jednego z największych hitów książkowych ostatnich lat, sagi Stiega Larssona, musi robić wrażenie. I robi.
Oraz działa przyciągająco.

(...)


Więcej TU (dostęp płatny).

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

ponad 60 lat temu

W serii dzieł zebranych Melchiora Wańkowicza ukazał się m.in. "Kundlizm" (Prószyński i S-ka, 2011). Lektura warta poświęcenia kilku chwil namysłu.


(...) Wańkowicz jak zwykle sypie anegdotami przeplatanymi (a czasem wprost powiązanymi) z celnymi obserwacjami społeczno-psychologicznymi. Celnymi, czyli nie zawsze łagodnymi. Wnikliwe oko nie przepuści niczego, a cięte pióro nie pozostawi czytających te teksty obojętnymi. Dużo tu więc ironii, mnóstwo uszczypliwości. I to - znających styl Wańkowicza-dziennikarza - zapewne nie zdziwi. Jak i nie zdziwi też błyskotliwość oraz specyficzna, nieco pocięta narracja tej - jak to pisała Zofia Kossak - "literatury przyśpieszonej". 

Dziwić jednak mogą okoliczności czy raczej czas powstania tego tekstu. A było to, bagatela, ponad 60 lat temu i to w dodatku na emigracji. Po raz pierwszy "Kundlizm" ukazał się bowiem w roku 1947 w wydawnictwie Breitera (Rzym-Londyn) i nie był aż do 1991 publikowany w całości w kraju. Ale jest to poniekąd wytłumaczalne. Sam "Kundlizm" to przecież ostre oskarżenie Polaków. A raczej historii Polaków. Wańkowicz bowiem stwierdza, że kundlizm czy inne przywary (niestety) polskiego charakteru narodowego wiążą się z przeszłością, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, postszlachecką. 

Rafał A. Ziemkiewicz, autor wstępu do obecnego wydania "Kundlizmu", pisze wprost:
"Wańkowicz miota się między mitotwórcami a szydercami, między tymi odwiecznymi stronnictwami polskiej głupoty, w tej samej pułapce wiecznej polskiej niedojrzałości, pułapce ‘Polski zdziecinniałej', pułapce upartej dążności do ‘życia ułatwionego', w której szarpali się jego wielcy poprzednicy i niejeden z następców. Nie był przecież mitotwórcą, choć gdy trzeba było, umiał grać na patetycznych nutach, jak we wspaniałym reportażu Bitwa o Monte Cassino. Nie jest i szydercą, choć szydercze nuty rozbrzmiewają w przypomnianych tu, klasycznych dziś już tekstach, raz po raz. Jest reporterem, z bystrym okiem do obserwacji i darem celnego skrótu, oraz publicystą, który z pochwyconych przez reportera szczegółów buduje syntezę polskich problemów, w swej istocie, mimo upływu lat i powierzchownych zmian, wciąż, niestety, bardzo aktualnej".(...)

Więcej TU (dostęp płatny).

środa, 10 sierpnia 2011

na początku lat 90.

Lato (no, powiedzmy, że lato...) w pełni. Lektury wakacyjne - na topie. Na przykład "W dojrzewającym słońcu" (Wydawnictwo Literackie, 2011) Patricii Atkinson.


Kiedyś pracowała w banku w Wielkiej Brytanii. Ale na początku lat 90. musiała coś zmienić. Wtedy właśnie - wraz z mężem - przeniosła się na drugą stronę kanału La Manche. Zamieszkała w Dordogne, w południowo-zachodniej części Francji. "Powód był prosty" - mówi po latach Atkinson. "Znaliśmy ten region wcześniej. W czasie wakacji nasze dzieci brały udział w międzynarodowych wymianach. A Francja - ponieważ co roku właśnie w tym kraju spędzaliśmy nasz urlop. Wino - gdyż właśnie winnica otaczała dom, który kupiliśmy".
Ale początki nie były łatwe. Gdy w maju 1990 roku bohaterka rozpoczyna nowe życie we Francji, nie wszystko szło zgodnie z - ułożonym w głowie pełnej marzeń - planem. "Robotnicy nie zrobili tak dużych postępów, jak się spodziewaliśmy. Nie ma kuchni godnej tego miana, jedynie jej elementy w postaci zestawu tanich mebli kupionych wiele miesięcy wcześniej w Anglii. W jeden ze ścian zamiast okna zieje dziura z widokiem na dżunglę będącą ogrodem. Wędrujemy do salony, gdzie na świeżo wylanej cementowanej podłodze piętrzą się stosy mebli i przywiezionego wcześniej dobytku. Prądu nie ma".
Nie ma też wielu innych rzeczy. "Nic jednaj nie potrafi mi zepsuć humoru: tak bardzo się cieszę, że wreszcie tu jestem" - wyznaje w książce Atkinson. 

Więcej TU (dostęp płatny).

niedziela, 7 sierpnia 2011

"Sto lat"

Ukazało się wznowienie świetnej książki Andrzeja Chwalby "Okupacyjny Kraków" (Wydawnictwo Literackie, 2011). Z tej okazji niniejszy szkic obyczajowy:)




Po okupowanym Krakowie jeździło zaledwie 8 linii tramwajowych, w tym jedna - wyłącznie dla Niemców. Brakowało wszystkiego. Włącznie z mydłem i proszkiem do prania. A pogoda w lecie przecież zmienna. Raz upał, raz ulewa. Trzeba było sobie jakoś radzić. Jakoś żyć.

24 VII 1940


Oto po raz pierwszy mamy do czynienia z reprezentacyjną "dzielnicą rządową". Tuż pod Wawelem, na Dębnikach. Plany, znane już od pewnego czasu przez generalnego gubernatora, są śmiałe. Wyburzyć domy, zniwelować tereny i je podnieść. Nieopodal, na Błoniach, są projekty wzniesienia zespołu monumentalnych budowli. Na miejscu największego pastwiska miejskiego Europy będą nowe Błonia, nad którymi nie będą już dominować kopce Kościuszki i Piłsudskiego...
Planów nie wykonano. Tych, ale też i wielu innych. Na przykład projektu zburzenia Kazimierza i postawienia tam gmachów rządowych. Udało się jednak zrealizować inne przedsięwzięcia. W tym zbudować w 1944 roku obwodnicę (dzisiaj Kamieńskiego, od Ronda Matecznego do Wielickiej).

7 VIII 1940

Dzisiaj odbywa się inauguracja mistrzostw Krakowa. Minione sezony piłki nożnej (mimo niesprzyjających okoliczności - udane) dowodzą, że miasto jest gotowe na rozgrywki. Najważniejsze mecze mają miejsce na stadionie Juvenii.
Mistrzem została Wisła. Nagrody, dyplomy, wspólne fotografie, "bankiet", oraz "Sto lat" odśpiewane przez widzów. Nie sprzedawano biletów. Pieniądze zbierano do kapeluszy. Piłkarze często nie mieli koszulek, ale za to zawsze prawdziwe buty.

11 VIII 1940:

"Ostrzegam te koła tzw. inteligencji, by nie sprzeciwiały się w jakikolwiek sposób porządkowi ustanowionemu przez Führera na tym terenie" - oświadczył Hans Frank.
W ciągu następnych miesięcy jednak aresztowań na większą skalę nie było. Pojawiły się one od wczesnej wiosny 1941 roku. Aresztowano wówczas nawet członków legalnych organizacji, takich jak: PCK, RGO czy Kasa Oszczędności. 

Więcej TU.

I jeszcze to:



I: