środa, 25 marca 2020

#rozmoWyliczanki: Jarosław Czechowicz

"To powieść, w której chciałem opowiedzieć o tym, jak konfrontujemy się z krzywdą. O ludziach – bo tu nie tylko kobiety są ważne – którzy z różnych powodów albo stali się sprawcami krzywdy, albo musieli przez życie nieść jej ciężar" - mówi Jarosław Czechowicz. Właśnie ukazała się jego książka  "Winne".

Jarosław Czechowicz
Fot. Daniel Myszkowski



Marcin Wilk: Niezbyt szczęśliwe okoliczności do wydawania nowej książki, przyznaj. Ale może nie martwisz się tym zbytnio? 

Jarosław Czechowicz: Sytuacja jest koszmarna i oczywiście, że się tym martwię. Wiem, że w obliczu epidemii myśli się o zupełnie innych sprawach niż to, czy danego dnia wychodzi jakaś nowość wydawnicza. Sam czytam teraz z większym trudem, bardzo trudno mi się skupić. Wiesz, to jest najwidoczniej jakieś fatum, bo kiedy wydaję powieść, coś złego się dzieje. Z premiery „Toksyczności” nie mogłem się cieszyć, trwał wówczas strajk nauczycielski. Kiedy ukazują się „Winne”, sytuacja jest jeszcze gorsza – każdy z nas podskórnie zastanawia się nie nad tym, czy złapie koronawirusa, ale bardziej nad tym, czy wówczas w jakikolwiek sposób pomoże mu służba zdrowia, już dzisiaj sparaliżowana przy kilku setkach stwierdzonych zachorowań.
Wracając jednak do książki, zamieściłem na Facebooku post, w którym napisałem o tym, jak czuje się pisarz wydający w czasach zarazy. Wskazałem autorki, które mają premiery swoich powieści w tym czasie co ja. I obiecałem sobie, że w ramach solidarności przeczytam ich książki. Kryminał Kasi Tubylewicz już zrecenzowałem, czytam teraz Karolinę Macios i jej „Czarne morze”, a następnie zabiorę się za „Pod słońcem” Julii Fiedorczuk.

Spotkania autorskie są dla Ciebie ważną częścią tego całego procesu wydawniczego? A może sieć, e-booki itd. nam teraz wystarczą?

O spotkaniach autorskich można obecnie oczywiście pomarzyć. Mam zaplanowane pierwsze 15 maja w Spółdzielni „Ogniwo” w Krakowie i bardzo bym chciał, żeby się odbyło. Lubię spotkania z czytelnikami. Te wokół „Toksyczności” dały mi możliwość zobaczenia debiutanckiej książki w innym świetle, z innej perspektywy. Co do „Winnych” – powieść będzie dostępna w sieci i mam nadzieję, że znajdą się ludzie, którzy będą chcieli ją mieć i przeczytać. Z wydawczynią, Ewą Schilling, oczywiście bardzo teraz stawiamy na e-booki. Z nadzieją, że czytanie elektroniczne uchroni „Winne” przed zapomnieniem. Ewa, umieszczając posty o mojej książce, dodaje do nich hasło „zaczytajmy wirusa”. Staramy się zwrócić uwagę na tę powieść i mamy nadzieję, że znajdzie czytelników w trudnym czasie.

Odnoszę wrażenie, że Twoja nowa książka, „Winne”, jest dla ciebie na swój sposób ponownym debiutem. Zmieniłeś wydawnictwo, zmieniłeś ton, formę. Niby ten sam autor, ale jakby inny. Coś się zmieniło globalnie czy po prostu inaczej podszedłeś do książki?

Oczywiście, że „Winne” są swego rodzaju debiutem, takim prawdziwym debiutem literackim, to w końcu pierwsza moja fikcja, wymyślona całkowicie przeze mnie fabuła. W „Toksyczności” byłem raczej kronikarzem rodzinnej traumy. Tym razem opowiedziałem także o traumach, ale w dużo szerszym aspekcie i przede wszystkim w innej formie. „Winne” narracyjnie miały się wzorować na skandynawskich powieściach obyczajowych. Chciałem wziąć trochę z Majgull Axelsson, Therese Bohman, ale najwięcej z Agnes Lidbeck i jej powieści „Zostawić siebie”. Dlatego postawiłem na zdystansowaną i surową narrację, jednak wiem, że nie udało mi się do końca napisać tej książki tak, jak swoje napisały wspomniane Szwedki. Zmiana wydawnictwa to też nowe wyzwanie. W przypadku małego ma się dużo większy wpływ na ostateczny kształt książki i działania promocyjne. Jakkolwiek cenię Anię Derengowską z Prószyńskiego i dziękuję jej za serce okazane „Toksyczności”, teraz jednak czuję się bardziej komfortowo, bo mogłem kształtować wizerunek „Winnych” wedle swoich pomysłów od samego początku. Ewa Schilling i ja stale rozmawialiśmy, konsultowaliśmy szczegóły, pojawiały się świetne koncepcje. Dlatego „Winne” u małego wydawcy są książką, którą bardziej osobiście dopieściłem. Jestem niezwykle zadowolony z nowej współpracy wydawniczej.
A to, że ton i forma są inne? Cóż, pisanie ma być stawianiem sobie nowych wyzwań. Nie chciałbym, żeby w przyszłości ktoś powiedział, że Czechowicz się powtarza i pisze tak samo. Naczytałem się tylu książek w życiu, że wreszcie czas, by wykorzystać doświadczenia narracyjne innych i wzorując się na nich, tworzyć jednak coś własnego i niepowtarzalnego.

Jarosław Czechowicz
"Winne"
wyd. Seqoja
Z czego wyrosły i jak powstawały „Winne”?

To powieść, w której chciałem opowiedzieć o tym, jak konfrontujemy się z krzywdą. O ludziach – bo tu nie tylko kobiety są ważne – którzy z różnych powodów albo stali się sprawcami krzywdy, albo musieli przez życie nieść jej ciężar. „Winne” to książka o niezawinionych cierpieniach, ale też o tym, jak trudno nam zrozumieć, że nie powinniśmy czuć się odpowiedzialni za to, czego doświadczyliśmy. Piszę o tym z różnych perspektyw. Kaci są w cieniu, uwypuklone są perspektywy ofiar. Ale właśnie niedopowiedzenia dotyczące krzywdzących są tu bardzo ważne. „Winne” to też powieść sugerująca, że można w życiu odciąć się od traumatycznych doświadczeń, lecz jest to bardzo trudne. Wiem, to truizm. Dlatego proponuję różne rozwiązania. Nie jest to książka pozytywnych przesłań ani szczęśliwego zakończenia. Ale staram się pokazać z różnych perspektyw, że w obliczu największego nawet nieszczęścia mamy możliwość przeciwstawienia się mu i zaleczenia swoich ran.
Co do powstawania – pomysł na całość był gotowy tuż przed rozpoczęciem pisania, ale nie wiedziałem, jak zakończyć tę historię. Proszę uważać, żeby nieopatrznie nie przeczytać kilku ostatnich stron. Jedna znajoma to zrobiła i trochę zniszczyło jej to odbiór książki. Podobnie jak „Toksyczność” pisałem „Winne” niezbyt długo. Mam czas na pisanie tylko w lipcu. Przez pozostałe miesiące moje książki kreują się w głowie. Siadam do pisania, gdy jestem absolutnie gotowy i wiem, że zapisanie wszystkiego to już jedynie pewna formalność. Nie jestem pisarzem szukającym natchnienia czy potrzebującym uroczej willi z dala od świata, żeby pisać.

No dobrze, to jak przed tym lipcem przygotowywałeś się do pisania? Czy robiłeś osobną dokumentację (Islandia!)?

Najpierw w wyobraźni pojawiły się siostry. Zantagonizowane, bardzo różne od siebie. A jednocześnie walczące ze wspólnym zagrożeniem. Winne czegoś, o czym nie mają pojęcia. Wtedy przyszedł mi do głowy tytuł. Później stworzyłem historię drugiego planu, ale jednocześnie opowieść mającą wyjaśniać wszystko. A może niektórym niczego nie wyjaśni, bo tak też ją skonstruowałem. Oczywiście skorzystałem z popularnych literackich zabiegów, takich jak retrospekcje czy listy bohaterek. Potem zastanowiłem się nad tym, czy nie przesadziłem z ilością okrucieństwa i traum. Kiedy uświadomiłem sobie, że jednak nie, cała historia – bez zakończenia – była już w mojej głowie. Czekałem niecierpliwie na lipiec.
Co do Islandii, to nie było żadnej dokumentacji. To, co było mi potrzebne, zostało w głowie po 30 lipca 2016 roku, czyli najpiękniejszym dniu mojego życia. Wówczas dane mi było odwiedzić Ísafjörður, islandzką stolicę Fiordów Zachodnich. Potem pomagały tylko mapy Google’a, by nie pomylić się w topografii, ale i tak zaliczyłbym wtopę, gdyby nie koleżanka, która odwiedzała to miasteczko latem ubiegłego roku. Wysłałem jej adres, żeby zobaczyła sobie, gdzie umieściłem Annę, a ona mi odesłała zdjęcie uroczego domku – z refleksją, że moja bohaterka ma piękną miejscówkę. Tyle że miejscówką miał być blok mieszkalny stojący po przeciwnej stronie ulicy. Błąd w numeracji, ale na pewno znalazłby się ktoś, kto by to wychwycił. Kingo, dziękuję ci za uratowanie wiarygodności „Winnych”.

Wydaje się, że choć nie piszesz o przemocy non stop, to jednak jakbyś non stop pisał o warunkach, w których rodzi się przemoc, i o jej skutkach. O ile dobrze w ogóle to rozumiem. W każdym razie, tak sądzę, dużo jest w Twoich książkach pogłosów terapeutycznych. Czy może przesadzam?

Tak, przemoc, którą się brzydzę, jednocześnie mnie fascynuje. Wciąż na nowo analizuję, skąd może się brać, w jakim natężeniu występować i dlaczego ludzie tak często jej doświadczają, ale równie często ją stosują. Przemoc w „Winnych” jest wieloaspektowa. Rodzi się w wyniku zbiegów okoliczności, lecz także świadomego podtrzymywania atmosfery opresji. Chciałem pokazać, kto chce się przed nią bronić, a kto się jej biernie poddaje. Ale również zaskoczyć czytelnika, kiedy już poukłada sobie w głowie, kto tu jest dobry, a kto zły. Nie wiem, czy „Winne” zawierają pogłosy terapeutyczne, więcej ich było na pewno w „Toksyczności”. Dają kilka sugestii działania i określają okoliczności, w jakich można zmienić myślenie o doświadczonych krzywdach, ale wcale nie trzeba tego zrobić. Jeśli te pogłosy jakoś mocniej ci wybrzmiały, to może kwestia tego, że pewnie podświadomie włożyłem do tej powieści sugestie, które wyniosłem z różnych terapii. Bo sam mierzyłem się z krzywdami, sam je być może też wyrządzałem. Tkwiłem w sidłach różnego rodzaju przemocy ponad trzydzieści lat. Wyzwolenie się od niej było niesamowitym uczuciem. Czasem potrzeba do tego niewiele. Czasami nie da się uwolnić od przemocy przez całe życie – i tak się dzieje w przypadku jednej z bohaterek mojej książki.

Mówiłeś, że kobiety są ekspresywne i jako takie interesują Cię bardziej od mężczyzn. Dlaczego ekspresywność to dobra materia dla literatury?

Bo wyzwala więcej emocji, ale przede wszystkim pozwala na wytworzenie różnorodnych odbiorów tego, jak działają i kształtują swoje życie ekspresywni emocjonalnie bohaterowie. W takim rozumieniu to nie intelekt czytelnika ma być ważny, lecz jego sfera doświadczeń i przeżyć, z którą konfrontuje się, czytając o poczynaniach ludzi wydobywających z siebie dużo więcej, niż niejeden człowiek byłby w stanie wydobyć. I takie książki chciałbym pisać, jeśli nadal będę to robił. Książki pozbawione ciężaru poszukiwań w nich czegoś głębszego, a jednocześnie bardzo niejednoznaczne w odbiorze, bo odbierane głównie przez pryzmat czytelniczych emocji.

Powiedziałeś też w wywiadzie, że „powieści mają pomóc innym, nie mnie”. W czym konkretnie chcesz pomóc?

Mówiłem o tym w kontekście „Toksyczności”, ale ogólnie odnoszę wrażenie, że literatura może być czymś więcej niż sposobem na to, by autor uporządkował sobie w niej swoje problemy i pisał po to, by dzięki prozie ujrzeć je w inny sposób. W „Winnych” chciałem zwrócić uwagę na to, jak bardzo kształtują nas w dorosłym życiu sprawy z dzieciństwa czy młodości, za które czujemy odpowiedzialność, choć nie jest to nasza odpowiedzialność. Przy spotkaniach autorskich związanych z „Toksycznością” zawsze powtarzałem DDA, że to nie my powinniśmy się wstydzić za naszych pijących rodziców, lecz oni sami za siebie. „Winne” niosą w sobie taką sugestię, że nigdy nie jesteśmy obarczeni winami i okrucieństwem naszych bliskich, bo nie odpowiadamy za żadne życiowe wybory poza tymi swoimi.

A jeśli już mówimy o tym, jak literatura pomaga: to kiedy i w jaki sposób pomogła Tobie literatura? I jaka?

Od razu przychodzi mi na myśl „Tortilla Flat” Steinbecka, która to książka dawno temu wyciągnęła mnie z młodzieńczej depresji. A było to tak skuteczne, że pamiętam do dziś, kiedy i w jakich okolicznościach ją czytałem. Obecnie? Paradoksalnie najlepiej czyta mi się narracje opisujące tragedie na miarę antycznych. Książki, w których bohaterowie nie mają możliwości dobrego wyboru, ale ja go widzę dla siebie. Poza tym przez całe życie literatura pomagała mi zapomnieć o tym, co trudne wokół mnie. Tyle tylko, że jeśli nie zmierzyłem się z każdą trudnością, książki mogły być tylko iluzją wyzwolenia. „Winne” opowiadają o tym, jak trudno jest sobie wzajemnie pomagać, bo najtrudniejsze to zawsze pomóc samemu sobie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz