Marcin Meller, z tych Mellerów!, zaczynał bardzo wcześnie. U Michnika.
Ale nie w gazecie (wtedy "Wyborcza" jeszcze nie istniała), tylko w jego
domu.
Marcin dostał pracę u przyszłego naczelnego. Prostą pracę. Polegała na myciu okien. Młody Meller przedzierał się więc przez labirynt książek w zagraconym mieszkaniu opozycjonisty. Były lata 70., a może już 80. Świat wyglądał inaczej. Rozczarowujące było wtedy najbardziej to, że Michnik w domu, kiedy przebywał Meller, się nie pojawił.
