Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 października 2013

Kolorowy Kosiński

Jerzy Kosiński nie był postacią jednoznaczną. Jak więc go opisać? Najlepiej przez pryzmat jakiejś absurdalnej opowieści, gdzie blaga i zmyślenie miesza się z rzeczywistością i faktami.

Czarna Owca, Warszawa 2013.
Zanim poznamy Kosińskiego w książce Jerome'ego Charyna, spotkać musimy Petera Sellersa. To on, aktor najwyraźniej przeciętny, a przynajmniej z kompleksami, dla którego wytwórnie filmowe miały tylko przeciętne propozycje, pojawia się jako pierwszy. Sellers jest od pierwszych stron śmiesznie ambitny. Chce sporo osiągnąć, choć po pierwszym spojrzeniu, widać, że to przeciętniak. Zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Nic dziwnego więc, że narrator, będący zarazem współpracownikiem Sellersa, pisze o aktorze z lekką pobłażliwością. Sam ów współpracownik zresztą, co tu dużo mówić, nie wylądował w miejscu, w którym chciał być. "Byłem Angloamerykaninem uziemionym w Nowym Jorku, aktorem, dramaturgiem i filozofem drugiej kategorii, prowadzącym limuzynę, by związać koniec z końcem". W takich okolicznościach trzeba więc było mieć dystans.

Ironia podlana lekkim narracyjnym sarkazmem to dobry punkt zaczepienia do mówienia o Kosińskim. Pisarz pojawia się jako potencjalny autor kolejnego filmu, w którym chciałby zagrać wspomniany aktor. "Sellers płakał po przeczytaniu 'Wystarczy być', książki o Rossie O'Grodnicku. Zerknął w zwariowane zwierciadło powieści i rozpoznał w nim siebie. Czyż on sam nie wyszedł z błota, typ przybyły znikąd? Ross O'Grodnick był otumaniony przez mały ekran, oglądał telewizję dniem i nocą i był w stanie naśladować wszystko, co w niej widział. Czyż Sellers nie był takim samym rodzajem mima?".

Pierwsze rozmowa z Kosińskim to próba dogadania się z kimś, kogo charakteryzuje "oschły ton pracownika jakichś upiornych tajnych służb". Potem zresztą nie jest lepiej. SS-mański styl przemieszany z ekscentryzmem pojawi się na przykład, gdy Kosiński przechadzać się będzie ulicą dziwek. Weźmie w tę podróż oczywiście narratora, który nam wszystko przekaże. Dość rzetelnie.

piątek, 6 września 2013

Dominique Loreau: Sztuka sprzątania || niektóre ważą tylko 2 kg

Jesień to czas porządków. W ogóle. Tych życiowych też. Ale warto zacząć od najbliższego otoczenia. Dosłownie. O tym między innymi traktuje książka Dominique Loreau "Sztuka sprzątania" (Czarna Owca, 2013).






Oto jedno z pierwszych zdań tej książki. Porządkujących, nomen omen, całość późniejszej lektury:

W życiu toczącym się w coraz szybszym tempie, w którym głębsze wartości są coraz częściej odrzucane na rzecz społecznego wizerunku, sprzątanie może stanowić prawdziwą terapię.

Sprzątnie terapią? Powiedzcie to leniom. I tym, którym terapia kojarzy się z czymś najgorszym na świecie. Parskną śmiechem.

Może dlatego też Loreau, która spędziła mnóstwo czasu w Japonii i tam uczyła się specyficznej kultury, proponuje, by zacząć porządkowanie od głowy. Od tego, by zbudować sobie pozytywny obraz. Zapanować nad własnym życiem. Prowadzić je zrównoważone. Odbudować zasady energii witalnej.

Sprzątanie nie musi przecież być czymś złym. Czasem zresztą więcej narzekamy niż robimy. "Nierobienie tego, co powinniśmy zrobić - oto prawdziwa strata czasu" - głosi jeden z podrozdziałów tej książki. Ważny jest rytm. Istotna też jest rutyna. Ona wcale nie musi być monotonna. Automatycznie wykonywana czynność nie musi być gorsza. Poza tym: litości, czy musimy się aż tak we wszystko angażować?

niedziela, 9 czerwca 2013

Każdemu 'tak' odpowiada jakieś 'nie'

Wśród książek, które swego czasu zrobiły na mnie ogromne wrażenie, jest niepozorna - choć o złowrogo brzmiącym tytule - opowieść Irvina Yaloma "Kat miłości".

(c) cindy47452 / Foter / CC BY-NC-SA

Książka Yaloma to zbiór dziesięciu historii terapeutycznych. A tak właściwie: zbiór dziesięciu historii. Koniec kropka.

sobota, 18 lipca 2009

Kusi i wciąga

Mam duży dystans do proroków, którzy oczarowali miliony (patrz: Coelho, Brown), dlatego Wilbera obchodziłem dość szerokim łukiem. Ale w końcu po zachętach się skusiłem i przeczytałem "Spektrum świadomości".



Wilber z wykształcenia jest biochemikiem. Gdy jednak skończył studia w wieku 23 lat, zapragnął zajmować się psychologią Wschodu i Zachodu. Zgłosił się wtedy po odpowiednie stypendium. Niestety bez zadowalających rezultatów. Pomysłu nie porzucił. Niejako na marginesie przygotowywania pracy magisterskiej, napisał książkę, która miała mu potem przetrzeć ślady do dalszej pracy w swojej dziedzinie. Tą pracą była - wydana dopiero po 33 próbach, jak czytamy we wstępie! - książka "Spektrum świadomości" właśnie.