piątek, 12 lipca 2013

Antykwariat: Socjologia kobiety || Rok 1948

Kiedyś to były koncepcje! Na przykład w takiej "Socjologii kobiety". Książka wydana w 1948 roku wydaje się przedpotopowa. Choć charakter jej wybitnie naukowy. Czyli, chciałoby się rzec, uniwersalny. Chciałoby.


Zaczyna się jednakowoż od uwagi bardzo uniwersalnej i nadal aktualnej. Tej mianowicie, że "wszelkie, chociażby najbardziej naukowe pisanie o sprawach płciowych zawsze uchodziło za rzecz wysoce drastyczną". Zaraz potem zaczynają się schody. Już to przy zdaniu na przykład następującym (ledwie następna strona wstępu):

Książka ta jest wynikiem pokonania trzech omówionych trudności kobiecej pruderii, skrupułów własnego sumienia oraz własnego subiektywizmu męskiego, pokrywającego się z opinią publiczną.

Bo jakiż jest punkt wyjścia autora do tejże pracy? Ano mocno Darwinistyczny. Konstruktywizm czy stwarzanie płci - w genderowym, współczesnym rozumieniu - obce były raczej Szanterowi, aczkolwiek trzeba mu przyznać, że delikatnie do wielu spraw podchodził. Delikatnie, czyli z dystansem i wrażliwością społeczną zarazem charakterystyczną dla przedstawicieli jego profesyi.

Ech, udziela się nieco język czytanej lektury. Udziela. Ale jak ma być inaczej, skoro czytamy takie zdania tamże:

Obaliwszy w ten sposób władzę kobiety w społeczeństwie pierwotnym, mężczyzna usiłował zlikwidować jego formalny podział na dwie grupy płciowe, stwarzając rodzaj totalizmu w ustroju patriarchalnym. Musiał bowiem rozumieć, że pozostawienie kobiety w oddzielnej grupie społecznej, aczkolwiek słabszej i podporządkowanej, może ją natchnąć do walki wyzwoleńczej i ułatwić zwycięstwo tak samo, jak podobna sytuacja odrębności grupowej ułatwiła zwycięstwo mężczyźnie.

Ot, ciekawe. Bo i faktycznie. Rozdział II dotyczy - doprawdy! - matriarchalnego ustroju społecznego. Sporo tu o obyczajach, odmałpianiu, godach miłosnych czy wreszcie - tym rozdział zamknięty jest - zwyrodnieniem dzikusów. Rozdział III kontynuuje tematykę matriarchatu, wskazując na jego podstawy biologiczne, a rozdział IV i V zajmuje się rewolucją społeczną oraz degradacją społeczną kobiety.

Potem nie przestaje być ciekawie. "Menstruacja zjawiskiem patologicznym" omawia z wielu stron zmitologizowany proces biologiczny, dotykając - dosłownie momentami - problematyki leczenia czy "niehigienicznej samoskrobanki" (!). Kolejne trzy rozdziały to poszerzenie tegoż tematu menstruacyjnego.

Od rozdziału X zaczynają się kwestie typowo społeczne. Czyli najpierw wychowanie dziewcząt, potem niewiasta wśród kapłanów i religii (podrozdział o "gloryfikacji phallusa"), czy uwagi o moralności, charakterze i samowiedzy.

Rozdział XV, "Pokojowe podłoże feminizmu", przynosi między innymi zdanie następujące:

Wiele kobiet, nasłuchawszy się sentymentalnie ckliwych deklamacyj o swym szczytnym "powołaniu macierzyńskim" i o swych ważnych "obowiązkach macierzyńskich" jako o czymś niezwykłym i niecodziennym, woli ślubować dziewictwo lub uprawiać prostytucję, byle nie parać się tym transcendentalnym macierzyństwem.

Urocze? A pewnie. Jak i pozostałe rozdziały "Socjologii kobiety". Wiele zdań i formuł wynotowanych charakteryzujących nie tyle socjologię kobiety jako taką, ale historię myśli socjologicznej w tym zakresie. Dodatkowego smaku temu obszernemu wykładowi nadaje język i fraza.Warto chyba jednak przede wszystkim nadmienić, że autor książki, Stanisław Szanter, to jedna z ważniejszych postaci pierwszej fali feminizmu w Polsce. Dla archiwistek i archiwistów feminizmu - jego praca to pozycja obowiązkowa.

Czytaj także o "Teoriach wywrotowych".

1 komentarz:

  1. Jak książka o nakładzie 7000 może być wpływowa, a jej autor ważny? De facto "Socjologia kobiety" - wzorowana na dziełkach Engelsa, Deveya i Watsona (z których co najmniej jeden był czynnym masonem) - jest ciekawostką socjologiczną samą w sobie, albowiem autor wyraznie dąży do rozpowszechnienia poglądów masońskich na instytucję rodziny i rolę kobiety. Dziwne, że nikt dotąd tego nie odkrył, zamiast tego szufladkując "SK" (bo tak wygodnie) do przegródki pt. "feminizm". Dłużej nie zamierzam uzasadniać swych poglądów, do tępych polskich kapuścianych łbów i tak nic nie dotrze. A jeśli nawet, to (jak zwykle zresztą) po 10-15 latach...

    OdpowiedzUsuń