czwartek, 4 grudnia 2014

Bowles? Czemu nie!

Paul Bowles, swojego pamiętnika zatytułowanego "Dni", nie chciał pisać. Zmusił go do tego Daniel Halperna, redaktor pisma "Antaeus". I, w sumie, dobrze zrobił.

Zmierzch w Tangerze
(c) mhobl / Foter / CC BY-NC
Ale to, że Bowlesowi nie podobał się pomysł, naprawdę czuć. Widać to też po objętości dwuletniego dziennika (niecałe 150 stron) i systematyczności zapisków (krótkie notatki co kilka, kilkanaście dni). Książeczka jest cienka, relacje powściągliwe, rzeczywistość oszczędnie opisana.

A było przecież o czym pisać. Wiemy to skądinąd.

Raz, dlatego, że Tanger to przecież marzenie literackie wielu. A dwa, Paul Bowles - który do Tangeru miał przyjechać na chwilę, ale został tam na wiele lat - to postać nietuzinkowa i fascynująca.

Ów Nowojorczyk z urodzenia pokochał więc Maroko (z wzajemnością), pokochał Marokańczyków (niektórych nawet bardzo) i pewnie czułby się spełniony i zupełnie szczęśliwy w orientalnym dla siebie otoczeniu, gdyby nie ludzie-przybysze ze świata pozatangerskiego. Dziennikarze, reporterzy, biografowie. Autorzy programów telewizyjnych, audycji radiowych, tekstów poświęconych gwieździe. Czyli Bowlesowi. Ciągle coś od niego chcieli. Cały czas zawracali mu czymś głowę. Mimo że on już dochodził przecież osiemdziesiątki.
Wydawało mi się, że skończyłem z podejmowaniem ekip telewizyjnych. - zapisze 24 kwietnia 1989 roku. - Przybywały już z Mediolanu, Amsterdamu, Londynu, Paryża i Nowego Jorku, ale teraz przyjeżdża następna, tym razem z Genewy. Wczoraj i dzisiaj była tu para Niemców, którzy nagrywali audycję dla berlińskiej stacji radiowej. Kobieta z upodobaniem zaczynała wszystkie pytania od słowa "czemu". Powiedziałem jej, że na pytanie zaczynające się od "czemu" nie da się odpowiedzieć inteligentnie ani szczerze. Oczywiście zapytała: "Czemu nie?". Wycofałem się, wyjaśniając, że mówię wyłącznie o sobie. Nic to jednak nie pomogło, bo natychmiast odparowała: "Ależ wyłącznie o panu rozmawiamy".
Nie sprawiała przyjemności Paulowi Bowlesowi literacka sława za życia. Zmęczony był ciągłymi odwiedzinami nie zawsze mile widzianych gości. Niektórych po prostu nie rozumiał.

"Dni" to w dużej mierze zapis mąk twórcy, któremu nie dają spokoju. Czasem wydaje się jednak, że Bowles jakby na złość, trochę z przekory ("takie w końcu zlecenie dostałem") pisał przymuszony przez swojego wydawcę, więc - kto wie? - ironizował. I położył akcent na niefajnych wydarzeniach wokół życia, zamiast opisywać to, czym żył naprawdę.

Na szczęście do zbioru dołączony jest tekst Adama Wiedemanna, który to i owo w odpowiedni sposób naświetla. Na przykład zauważa, że Bowles "nie wspomina ani słóweczkiem o swojej pasji do ragazzi", choć przecież na kartach tego pamiętnika pojawiają się "totumfaccy Arabowie, przynoszący mu obiad do łóżka i nieustannie ze sobą skłóceni".
Świat Książki, Warszawa 2014.

"Dni" to nie jest najlepsza książka Bowlesa. Z całą pewnością. Ale dobrze, że ukazała się w polskim przekładzie Barbary Kopeć-Umiastowskiej. Uzupełnia ona godnie naszą lokalną i już całkiem sporą biblioteczkę z utworami amerykańskiego autora.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz