piątek, 1 maja 2015

To Love Somebody

Najpierw jest śmierć. A właściwie ten bardzo nieludzki moment zaraz po śmierci, czyli szukanie odpowiedniego zakładu pogrzebowego. I od razu zaczynają się schody. 


Bo ciężko rozpoczynać pełną zadumy i irracjonalnych stanów żałobę, gdy w słuchawce rozbrzmiewa nieadekwatne "What a Wonderful World" Louisa Armstronga. Cudowny świat? Wolne żarty. Raczej pełen paradoksów i absurdów. Prawie jak z filmów Barei.

Książka "Jak przestałem kochać design" Marcina Wichy o tym jest właśnie. O rzeczywistości, która nas otacza i która wydaje się często jak baśń. Albo jak serial komediowy. W takim świecie kolory na przykład nabierają specyficznego znaczenia. Zielony kojarzy się z przywiązującymi się do drzew szaleńcami, czerwony z chcącymi ściąć nasze arystokratyczne głowy bolszewikami, różowy wywołuje podlany lękiem uśmieszek, a brązowy - mówiąc oględnie - brzydko pachnie. Następują też tu semantyczne przesunięcia. W związku z tym bardzo szybko ten, który się dziwi może zostać dziwakiem. Albo, gdyby był kobietą, dziwką.

I tyle.

Niezła pato, nieprawdaż? No, nie do końca. Bo to przecież, przypomnimy, świat nas otaczający. Polska nasza, kraj, wspólnota, społeczeństwo, obyczajowość i kultura własna - nawet jeśli importowana i skserowana. Przywoływane przez Wichę zdarzenia i sytuacje rozgrywają się zasadniczo na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Lubimy myśleć, że w tym czasie - zwłaszcza w magicznym roku 1989 - nastąpił przełom zasadniczy, który odmienił oblicze ziemi. Tej ziemi.

"Jak przestałem kochać design" pokazuje, jak jednak się niewiele zmieniło. I to wcale nie jest tak, że urzędnicy z pierwszej czy drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku nie dogadaliby się z urzędnikami dekady siódmej czy ósmej ubiegłego wieku.  Instytucje wydają się oczywiście inne, ale opór przed kreatywnością, indywidualizmem, zaufaniem, o innych trudnych wyrazach nie mówiąc, wciąż jest ten sam.

W swojej opowieści Wicha bywa więc bezwzględny. Tnie ironią pozorny spokój, przewraca grzecznie ułożoną na konformizmie hierarchię wartości, prowokuje nas, zmęczonych pogonią za kolejnym zleceniem, by nabyć kolejny brzydki gadżet, do rzucenia tego wszystkiego w diabły i przyjrzenia się raz jeszcze temu, co sami sobie często czynimy. Pod tym względem nie jest to przyjemna książka, bywa wyzwaniem, domaga się interakcji. Nie wpędza jednak w poczucie winy, może być natomiast inspiracją. Zachęca do piękniejszego życia. Est..., ekhm, estetyczniejszego życia.

Karakter, Kraków 2015.
Jest też w tej książce i osobista warstwa. Osnową fabularną dla tego eseju (a może poradnika bardziej? felietonu? książki wspomnieniowej? traktatu o brzydkim życiu?) jest bowiem śmierć ojca. To hołd mu złożony, wyraz ogromnej wdzięczności, ale i też - no, nie bójmy się - miłości po prostu.

A miłość jest najważniejsza. Obok nadziei, rzecz jasna. W to przynajmniej chcemy wierzyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz