piątek, 24 kwietnia 2015

#ocalksiążki

Bolano, Fallada i E L James w jednym pakiecie? Owszem. Takie rzeczy się zdarzają. Ale coraz rzadziej na księgarskich półkach.

(c) wyliczanka.eu
Hansa Falladę wydano w nakładzie 3593 egzemplarzy, Bolano - 5000 egzemplarzy, natomiast "Pięćdziesiąt twarzy Greya" w, bagatela!, 522 778 egzemplarzy. To tak jakby w każdym domu aglomeracji krakowskiej był egzemplarz tej popularnej książki.

Nie każdy jednak ma szansę na tak wysokie nakłady. Nie każda literatura się tak dobrze sprzedaje.

Wydawcy każdego dnia muszą mierzyć się z decyzją, czy wydać tytuł, który jest komercyjnie bardziej uzasadniony, czy też ten bardziej "wymagający", który nie znajdzie aż tylu nabywców. (...) Z roku na rok rośnie liczba wartościowych pozycji, które nie ukazały się. Ustawa o książce ma to zmienić. Jednolita cena książki przez 12 miesięcy pozwoli wydawcom poszerzyć ofertę, a docelowo oferować wszystkie książki w niższej cenie.

Prace nad Ustawą o książce zaraz być może się rozpoczną, bo towarzyszy im kampania #ocalksiazki, w której biorą udział nie tylko wydawcy, ale także autorzy (w tym Olga Tokarczuk, Zygmunt Miłoszewski), animatorzy kultury i inni przedstawiciele rynku książki. Ustawa zakłada wprowadzenie jednolitej ceny na wszystkie nowości wydawnicze. Stała cena miałaby obowiązywać przez 6 lub 12 miesięcy od momentu wprowadzenia danej pozycji na rynek.

W praktyce oznaczałoby to mniejsze rabaty dla czytelników, ale równocześnie poszerzenie oferty wydawniczej. Obecnie rynek książki jest bowiem tak zorganizowany, by zaspokajać przede wszystkim potrzeby komercyjnych czytelników. Klasyka jest wznawiana byle jak, poezji - poza znanymi i popularnymi nazwiskami - nie wydaje się prawie wcale, o tłumaczeniach czy zaangażowaniu wydawców w poszukiwanie świeżej krwi i debiutantów nie mówiąc. Równocześnie nikt już nie kryje, że ilość tytułów wydawanych każdego tygodnia na rynku jest zatrważająca. Korzyści są pozorne. W gruncie rzeczy tracą w tej sytuacji wszyscy - od autorów, poprzez wydawców, na czytelnikach skończywszy.

Co zrobić w tej sytuacji? Jednym z pomysłów, bardzo konkretnych, jest właśnie Ustawa o książce. Innymi, pośrednimi, są inspiracje płynące z doświadczeń na innych rynkach wydawniczych. I o dwóch z nich, szczególnie ciekawych, warto wspomnieć.

Magdalena Parys, autorka znakomitych powieści "Magik" i "Tunel", ostatnio także - laureatka Europejskiej Nagrody Literackiej (pierwsza Polka, która otrzymała tę nagrodę; wcześniej trafiła ona do Jacka Dukaja i Piotra Pazińskiego), wskazuje na program Antolin, który doskonale sprawdza się w Niemczech. Aktywizuje on czytelnictwo dzieci i dorosłych, a polega na tym, że każdy uczeń ma obowiązek czytać co najmniej 15 minut dziennie wybranej przez siebie lektury. Najczęściej odbywa się to z rodzicem, więc korzystają na tym wszyscy. Korzysta także na tym kultura i szeroko pojęty rynek, bo wychowane na książkach dzieci potem, już jako dorośli, chętniej wybierają czytanie jako atrakcyjną formę spędzania wolnego czasu.

Drugim źródłem inspiracji mogą być rozwiązania skandynawskie. Przedstawi je w swojej przygotowywanej do druku - w Wydawnictwie Krytyki Politycznej - książce Katarzyna Tubylewicz. Znajdzie się tam między innymi rozmowa z Gunnarem Ardeliusem, przewodniczącym Szwedzkiego Związku Pisarzy i Tłumaczy.

Katarzyna Tubylewicz: Czym jest Szwedzki Fundusz Pisarzy? Nie jest częścią związku, prawda?
Gunnar Ardelius: Nie, ale przewodniczący związku pełni też funkcję wiceprzewodniczącego Funduszu Pisarzy. Fundusz to instytucja państwowa. Jego istnienie jest powiązane z istnieniem opłat bibliotecznych. W szwedzkim prawie są zapisy gwarantujące, że wydawane tu książki trafiają do bibliotek. Za każde wypożyczenie jest naliczana opłata biblioteczna w wysokości jednej korony i czterdziestu jeden öre. W 2014 roku zebrało się z tego przeszło sto trzydzieści dziewięć milionów koron. Pieniądze te wpływają do funduszu pisarzy jako kompensacja dla autorów za to, że ich książki nie zawsze są kupowane, bo trafiają do bibliotek i można je wypożyczać. Dochody te są dzielone na dwie części. Jedna trafia bezpośrednio do pisarza. Ja dostaję co roku za wypożyczanie moich książek jakieś dziesięć tysięcy koron. Pieniądze dzielone są między pisarzami dość równo, zgodnie z zasadą solidarności, co oznacza, że ten, którego książki są wypożyczane w milionach egzemplarzy, wcale nie dostaje gigantycznej sumy pieniędzy. Druga część pieniędzy – ta, która nie trafia bezpośrednio do pisarzy – staje się bazą dla stypendiów twórczych. Fundusz Pisarzy rozdziela stypendia różnej długości: półroczne, roczne, kilkuletnie, są też nieliczni pisarze i tłumacze, którzy otrzymują do końca życia tak zwany författarpenning, rodzaj państwowej pensji. Stypendia te są więc fundowane z pieniędzy, które należą do nas, pisarzy, rozdzielamy je między sobą. Dostają je przede wszystkim młodsi koledzy i ci, których książki słabiej się sprzedają. W ten sposób gwarantowana jest jakość i różnorodność na rynku książki. To wielka pomoc dla literatury niekomercyjnej, dla poezji. Stypendia nie podlegają opodatkowaniu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz