czwartek, 2 lipca 2015

Rozdwojona jaźń

"Atlas: Doppelgangren" Dominiki Słowik chwalą recenzenci, a na okładkę książki pochwałę dał sam Paweł Huelle. Czytając tę książkę, powraca się nie tylko do lat 90., ale w ogóle - do dzieciństwa.


Jaworzno
(c) aleksander.kwiatkowski / Foter / CC BY-NC-SA
>> kiedy byliśmy mali, osiedle pełne było bogów. był bóg-bóg, jezus chrystur, matka boska, dzieciątko, duch święty, no i oczywiście bozia. bozia była bytem odrębnym, niezwykle istotnym i ściśle związanym z chlebem (najsilniej oczywiście obecna w piętkach, które miały niezwykłe zdrowotne właściwości i mnóstwo witamin). za każdym razem, kiedy kromka spadła na ziemię, trzeba ją było podnieść i pocałować, tak by bozia się nie obraziła.
>> dziadek umiał patrzeć na rzeczy - spoglądając na nie, wydobywał je, zwielokratniał, dodwał nowe wątki, pogłębiał kolory, zmieniał kształty, rozmiary i konteksty. czasem miałyśmy wrażenie, że wiele rzeczy stało się tylko dlatego, że dziadek je zobaczył.
>> imprezę kończyło się albo nad ranem, albo nad kiblem, a wódka była wtedy zupełnie inna niż teraz, smaczna i nawet ciepła pita bez przepitki.
>> czasem leżałyśmy długie bezsennie godziny w łóżkach i tylko bardzo rzadko przejeżdżające dziurawą osiedlową drogą samochody omiatały światłami nasze pokoje. światło przesączone przez gęste firanki, matczyne flagi dumy, padało gęstą, tłustą zawiesiną, pełną nierozpuszczonych grud cieni, przesuwało się powoli po ścianach, jakby coś lizało je mokrym jęzorem, zostawiając kleiste, świetliste smużki śliny, czasem wręcz człowiekowi wydawało się, że światło zostawało na ścianach chwilę, zaledwie ułamek sekundy dłużej niż powinno, ciągnęło się jak guma do żucia i powoli wsiąkało w nie, blednąc, ciemniejąc, zaskorupiało się jak zaschnięte strupy i rano można by przysiąc, że na tapetach pojawiły się nowe wzory niczym lśniące, wypukłe, mięsiste blizny, których poprzedniego wieczora wcale tam nie było.
Znak, Kraków 2015.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz