sobota, 10 października 2015

Oranżada ze zgięcia dłoni

Jolanta jej na imię. Mieszka na Żeraniu, jest zwykłą dziewczyną i sama nie wie, czego chce. 

(c) forsycja / Foter / CC BY
Oddajmy jednak sprawiedliwość: Jola raczej nie ma wiele szczęścia. Rodzice - alkoholicy się rozwodzą, znikają kolejni bliscy, a ona sama idzie przez życie drogą nazbyt oczywistą, żeby móc się z czegokolwiek cieszyć i czymkolwiek porządnie radować.

Szkoła krawiecka, mąż Andrzej, ciąża. Ot, ludzkie sprawy, proste kwestie - zupełnie jakbyśmy oglądali kolejny odcinek telewizyjnego reality, w którym ludzie o szczerym sercu i prostych zamiarach wikłają się w mizerne sytuacje. A jednak jest w tym wszystkim jakaś magia, jakiś błysk, złotko i serpentyny.

Jak to jest możliwe?

Przede wszystkim dzieje się tak dlatego, że opowieść o Jolancie pióra Sylwii Chutnik przesiąknięta jest czułością. Wszystkie kanty są tu lekko stępione, a wszelaka potworność - oswajana. Styl, w jakim opisane są perypetie Jolanty i innych bohaterów - bo i im Chutnik oddaje głos, niczym we wspomnianych wcześniej programach telewizyjnych - to połączenie lekkiej kpiny ze współczuciem. Smutne pasaże przeplatają się w ten sposób z pogodnymi wtrętami. I wtedy nawet chamskie "Cześć, tłusta krowo z dupy", które wypowiada jeden z bohaterów, nie brzmi tak strasznie jak w rzeczywistości.

Dzieje się być może też dlatego, że "Jolanta" to sentymentalna podróż do końcówki lat 80. i początku lat 90. Szaroburą rzeczywistość rozweselają kolorowe mazaki, pachnące długopisy i katalogi prosto z RFN-u. Oczywiście życie na Żeraniu nigdy nie jest tak barwne jak w tych wszystkich zagranicznych folderach, ale dzięki nim, dzięki fantazjom właśnie, jakoś udaje się przetrwać, iść do przodu, przeskoczyć do kolejnego aktu tego potwornego dramatu, którego tytuł brzmi "Życie".

Znak Literanova, Kraków 2015.
Piękna to książka Chutnik, jedna z najpiękniejszych, jakie przeczytałem w ostatnim czasie. Warto było uronić kilka łez wzruszenia w związku z losem bohaterki i też w związku z nostalgią za minionym dzieciństwem. Tak się bowiem składa, że młodość Jolanty to także i moja młodość. Stąd dobrze kojarzę te zapachy, barwy i inne sprawy, o których pokolenie urodzonych w połowie lat 90. i później już nie ma zielonego pojęcia. Niestety. A może i na szczęście.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz