środa, 18 listopada 2015

Paullina Simons: "Mojego tatę kochałam najmocniej na świecie"

"Kiedy mam zobaczyć się żyjącą w Rosji, zaczyna mnie boleć brzuch. Szczerze mówiąc, gdy wróciłam stamtąd w roku 1998, czułam się zdruzgotana. Gdyby nie mój ojciec, pewnie bym została tam, była jednym z tych alkoholików, którzy poją się methanolem i biorą kwas" - mówi Paullina Simons, amerykańska pisarka rosyjskiego pochodzenia, autorka "Sześciu dni w Leningradzie".

Paullina Simons
(c) flick.com//photos/paullinas/

Marcin Wilk: Wygląda na to, że wspomnienia są Twoją siłą. Nadzwyczajnie dużo pamiętasz z czasów, gdy byłaś 10-latką. Jak to jest w ogóle możliwe?

Paullina Simons: Moje dzieci padłyby ze śmiechu, gdyby usłyszały, że pamięć jest moją siłą. Wciąż powtarzają mi, że nie potrafię zapamiętać jednej prostej rzeczy. I że nie pamiętam, czym się różnią jabłka, tytułów filmów czy tego, o czym rozmawialiśmy w ostatnią niedzielę podczas spaceru w parku. No i naprawdę nie pamiętam tak wiele, jak bym chciała, o moim życiu w Rosji. Ale masz rację. Mam dość silną pamięć, zwłaszcza jeśli chodzi o widoki i zapachy. To rodzaj pamięci zmysłowej, która mnie nigdy nie zawiodła. Korzystałam z niej, pisząc "Sześć dni w Leningradzie".

Jaki zapach, a może widoki utkwiły Ci w pamięci z Leningradu z roku 1973?

Mam przed sobą obraz niezbyt ruchliwego miasta. Nie ma tam żadnych tłumów czy pośpiechu wielkiej metropolią. Nie słyszę muzyki czy radości mieszkańców. Na początku lat 70. dużo spacerowałam z rodzicami. Byłam mała, więc sporo się bawiłam w parku, czasem z przyjaciółmi, czasem sama. Potrafię przywołać zapach metra i smak lodów z czarnej porzeczki. Potrafiłabym też rozpoznać zapach piwa mojego ojca i jego wódki. To samo dotyczy jego przyjaciół. Unosi się w mojej zmysłowej pamięci także dym papierosowy. No i przedszkole i ta woń szpitalna, chlor... Kojarzy mi się to z czasem, w którym zostałam opuszczona przez najbliższych mi ludzi. Mój ojciec był wtedy w więzieniu, mama chodziła do pracy, a ja byłam posyłana do sowieckiego przedszkola, gdzie nikt mnie nie kochał.

A jednak przeczytałaś wtedy całego Czechowa i Verne'a, mając zaledwie 10 lat. Próbuję sobie wyobrazić, co właściwie zrozumiałaś z tych dzieł wtedy, zwłaszcza z Czechowa.

Nie zapominaj też o Dumas, Dickensie i Hugo...

No ładnie.

Cóż, Verne był prosty. To była literatura przygodowa. Czechow wcale nie należał do moich ulubionych autorów. Jego pisanie miało w sobie coś suchego. Za mało się tam dla mnie działo, jako dziecko szukałam czegoś innego: akcji przede wszystkim. Dickens za to opowiadał wspaniałe historie o małym porzuconym chłopcu. Dumas był najlepszy, najwspanialszy, najbardziej inspirujący. Wiesz, że moją pierwszą miłością był D'Artagnan?

Coś podobnego!

Tak! A to, o czym przeczytałam w "Nędznikach", mając dziewięć, może osiem lat, ciągle tkwi we mnie, po dziś, chociaż przecież tyle razy, już jako dorosła, czytałam ponownie tę książkę. Perypetie Jeana Valjeana i Cosette, jego desperackie pragnienie zatrzymania jej za wszelką cenę i odsunięcia jej od Mariusa, odwaga Enjolrasa, śmierć Gavroche'a, świeczniki płonące pod koniec życia Jeana Valjeana... To wszystko wywarło na mnie wrażenie i określa to, kim jestem obecnie. To nie są wspomnienia, to ukształtowało moją tożsamość. Mój tata miał rację. Inni ludzie poważali czasem jego decyzję i to że pozwalał mi czytać te wszystkie książki. Ale on się uparł. Twierdził, że będę rozumieć to co zrozumiem a wszelkie inne treści, te niewłaściwe, przeznaczone dla dorosłych, po prostu przelecą przez moją głowę. Nie pomylił się. Faktycznie tak było (na przykład nie zdawałam sobie sprawy z tego, że Fantine była prostytutką, ponieważ nie wiedziałam, kto to jest prostytutka).

Cieszę się, że rozmawiamy o klasyce, bo ona chyba wywarła na Ciebie naprawdę ogromny wpływ. Zwłaszcza ta rosyjska, prawda?

To co kochasz, zawsze ma nad tobą władzę. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że przeczytałam Dostojewskiego czy "Annę Kareninę" Tołstoja, gdy byłam już dorosła. Wpływ tych lektur na mnie miał więc bardziej intelektualny charakter. Ale po dziś dzień podziwiam i zazdroszczę Dostojewskiemu umiejętności analizowania każdego najdrobniejszego szczegółu psychologicznej warstwy zachowań charakterów. Miał do tego pióro - niezależnie od tego, czy to jest kwestia istnienia Boga czy odpowiedzi na pytanie, dlaczego któryś z jego bohaterów zbyt długo wyleguje się w łóżku. Mam wrażenie, że obecnie czytelnicy nie są już tak cierpliwi w wielu kwestiach. Teraz wymagają akcji i dojścia do finału o wiele szybciej niż za czasów, gdy swoją prozę tworzył Dostojewski.

Może to więc dobry moment, by spytać Cię o to, co znaczy w Twoim przypadku zdanie "Ameryka była życiem po śmierci"?

To akurat bardzo proste i odnosi się do czegoś bardzo jasnego po czasie, w którym doświadczałeś bardzo trudnego życia bez światła.

A jednak, z tej swojej nowej perspektywy, na swoje rodzinne miasto mówisz wciąż Leningrad, nie Sankt Petersburg. Dlaczego?

Wyjaśniam to w książce. Leningrad jest dla mnie nazwą miasta, które doświadczyło śmierci i głodu podczas wojny. To zmieniło oblicze tego miejsca na zawsze.

Gdy czytałem o Twoim Leningradzie, myślałem o "nostalgii". Co to słowo znaczy dla Ciebie?

Nostalgia niesie w sobie tak wiele znaczeń, że nie sposób ich wyliczyć w jednym zdaniu. Gro z nich faktycznie odnosi się do historii, którą poruszam w książce "Sześć dni w Leningradzie". Jest to więc tęsknota za domem, ale także tęsknota za młodością i życiem, które miało się wtedy, gdy było się bardzo młodym. To także smutek związany z ludźmi, których trzeba było zostawić za sobą, tęsknota za zmarłymi, smutek upływającego czasu i przemijania, melancholia za tym, co pozostało gdzieś i do czego nie można już wrócić. Nostalgia to słowo, które oznacza wszystkie te rzeczy dla mnie jednocześnie, a nawet coś więcej, zwłaszcza gdy myślę o mojej rosyjskiej rodzinie. Większość z tych ludzi już przecież nie żyje.

Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron Twojej książki czytelnicy zorientują się, że nie piszesz wcale tylko o sobie, nostalgii, wspomnieniach. Dotykasz także spraw społecznych czy kultury. Zastanawiam się, czy przed pisaniem książki o Leningradzie, specjalnie się w tym zakresie przygotowywałaś?

Przed wyjazdem nic specjalnie nie czytałam. Jechałam do Leningradu bez żadnych uprzedzeń. Gdy wróciłam, coś się uruchomiło. Wpłynęły na to opowieści mojego ojca i jego przyjaciół. Wtedy zaczęłam pisać. Szukałam obrazów na określenie tego, co zobaczyłam. W trakcie pracy nad książką wiele się nauczyłam.

A teraz, gdy ktoś pyta Cię o Leningrad, to, co mówisz?

...że się zmienił na lepsze. Jest czystszy, ma trochę więcej świeżego powietrza, jest bardziej kolorowy. I zawsze zachęcam, by pojechać tam i zobaczyć miasto na własne oczy. Dobrze jest mieć własny ogląd. Oczywiście część miasta pozostała taka jak dawniej. Przyjaciel mojego taty ciągle mieszka tam, gdzie mieszkał, a budynek, w którym żyje, nadal wygląda tak samo, jak wyglądał w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych, gdy ja tam mieszkałam. Zderzenie się z taką rzeczywistością bywa wyzwaniem, ale może warto temu podołać. Jakoś lżej jest na duszy, gdy konfrontujemy się czasem z czymś trudnym. Poza tym naprawdę warto zobaczyć piękny Leningrad - Sankt Petersburg to perła Północy.

Jako motto swojej książki użyłaś cytatu z Menandera: "Żyjemy nie tak jak byśmy chcieli, lecz tak jak możemy". Odnosi się to do Twojego życia po opuszczeniu Związku Radzieckiego czy także do życia, do którego zmuszeni są Twoi przyjaciele wciąż żyjący w Twoim Leningradzie?

Do jednego i drugiego. Życie, jakie usiłowaliśmy zbudować w Ameryce, różnie się układało. Czasem nam się powodziło, czasem nie. Dostawaliśmy na przykład mniej niż planowaliśmy czy mieliśmy nadzieje dostać. Oczywiście odnosi się to także w dużej mierze do tego, jak żyją nasi przyjaciele w Rosji. Oni potrafią zrobić coś z niczego. Mają tak wiele do zaoferowania, jedzą, piją, śmieją się z przyjaciółmi jak zwyczajni ludzie, ale nie zawsze dostają to, czego pragną.

Wróćmy do Twojego Papy, czyli taty, który wywarł na Ciebie olbrzymi wpływ. Nazywasz go jednym z bohaterów świata i stawiasz obok Jana Pawła II, Margaret Thatcher i Ronalda Reagana. Niesamowite!

Mojego tatę kochałam najmocniej na świecie. Nigdy nikogo tak nie pokochałam jak jego. I, tak, on miał olbrzymi wpływ na to, kim byłam i kim się stałam. Jego akceptacja znaczyła dla mnie bardzo wiele, podobnie jak brak akceptacji z jego strony. Byłam najbardziej dumna na świecie, gdy on był ze mnie dumny. Chciałam zostać prawnikiem, bo on powiedział, że byłabym w tym dobra. Chciałam zostać agentem CIA, ponieważ on powiedział, że to poważne zajęcie, dobre dla mnie. Urodziłam dzieci, bo wiedziałam, że sprawi mu radość, gdy będzie miał kogo zabierać na ryby. Chciałam pisać książki takie, które jemu się podobałyby. Jego śmierć położyła się cieniem na moim życiu. Nie podniosłam się po niej nigdy. I już nigdy się nie podniosę.

Wyobrażasz sobie, że mieszkasz w Rosji? Ciekaw jestem, jakie książki byś wtedy pisała? 

Kiedy mam zobaczyć się żyjącą w Rosji, zaczyna mnie boleć brzuch. Szczerze mówiąc, gdy wróciłam stamtąd w roku 1998, czułam się zdruzgotana. Gdyby nie mój ojciec, pewnie bym została tam, była jednym z tych alkoholików, którzy poją się methanolem i biorą kwas. Nie przypuszczam, bym stała się pisarką, raczej nie miałabym też dzieci. Byłabym nikim. Albo wylądowała w więzieniu, albo była martwa, albo dogorywała jako alkoholiczka. Mój tata dał mi Amerykę, a Ameryka dała mi całą resztę.

1 komentarz:

  1. Świetny wywiad! Przeczytałam z przyjemnością.
    Paullina Simons to moja ulubiona ŻYJĄCA autorka. Już się cieszę na jej kolejną, nową powieść, która ma być wydana w maju.

    OdpowiedzUsuń