poniedziałek, 30 września 2019

#rozmoWyliczanki: Bartosz Ogórek

"Problemy aprowizacyjne skutkowały bardzo wysokimi cenami produktów, czy nawet całkowitym ich brakiem, ale także, co łatwo przeoczyć spadkiem ich jakości. Przykładem może być ilość dopuszczalnych przez władze domieszek do mąki przy wypieku chleba, okresowo wynosiła ona 50%. To oczywiście oficjalna norma, w rzeczywistości było jeszcze gorzej, a krakowianie w swoim chlebie powszednim znajdowali nie tylko wątpliwej jakości kartofle, ale też dzikie kasztany czy trociny" - mówi o sytuacji mieszkańców Krakowa w czasie I wojny światowej Bartosz Ogórek, historyk i demograf, autor książki "Niezatarte piętno? Wpływ I wojny światowej na ludność miasta Krakowa". 

BARTOSZ OGÓREK
Fot. Andrzej Banaś
Marcin Wilk: Z perspektywy, nazwijmy to, mitycznej lubimy myśleć o Krakowie przełomu XIX i XX wieku oraz początku XX wieku w pewien określony sposób – jako młodopolskiego centrum życia. A jak Kraków tego okresu wygląda z perspektywy historii społecznej czy demografii historycznej? Jak wypada na tle na przykład Wiednia czy Berlina tamtych czasów? 

Bartosz Ogórek*: Kraków tego okresu to wciąż dość niewielkie miasto jednak bardzo intensywnie rozwijane i modernizowane i przez to aspirujące do miana metropolii. Kraków jest również jedną z najistotniejszych twierdz w Monarchii Habsburgów, co akurat nie zawsze sprzyjało rozwojowi miasta. Jeżeli chodzi o liczbę ludności, to na przełomie wieków Kraków liczył niespełna 90 tysięcy ludności, zaś przed samą wojną ok. 150 tysięcy. Ta zmiana ma oczywiście związek z formalnym włączeniem gmin okalających miasto w jego granice, mówię formalnym, bo w istocie Kraków możemy postrzegać jako miejsko-wiejskie continuum już od wieków. W tym samym czasie Berlin czy Wiedeń, a więc stolice światowych mocarstw, to miasta ponadmilionowe, zupełnie inny kaliber. Choć z pewnością można zauważyć pewne podobieństwa, które rzutować będą na funkcjonowanie tych miast podczas wojny, a więc przede wszystkim zależność aprowizacji miasta od dostaw z zewnątrz. W przypadku Krakowa gros żywności pochodziło z jego bezpośrednich okolic, ale musimy pamiętać, że to naturalne zaplecze aprowizacyjne miasta leżało po części za granicą, czyli już w Imperium Rosyjskim – przykładem może być powiat miechowski, który zaopatrywał Kraków w nabiał i ziemniaki. Za element łączący Kraków z większymi miastami uznałbym również dbałość o gromadzenie i publikację różnego rodzaju danych statystycznych. Co istotne, szczegółowość i dokładność tych publikacji znacząco przewyższa zestawienia z późniejszych okresów. Dane te ułatwiać miały zarządzanie miastami, ale obecnie stanowią świetne źródło do badań dla historyka, ekonomisty czy demografa.


W wydanej niedawno nakładem oficyny Universitas Pańskiej książce "Niezatarte piętno? Wpływ I wojny światowej na ludność miasta Krakowa" czytam, że jeszcze w 1880 roku przeciętna krakowianka w momencie urodzenia miała przed sobą niespełna 26 lat życia. W 1931 roku dane statystyczne mówią już o 57 latach. Co się takiego zdarzyło w ciągu zaledwie 50 lat?

Przytoczone przez Pana wartości doskonale ilustrują proces tzw. transformacji demograficznej, który dokonał się w absolutnej większości populacji europejskich na w wiekach XIX i XX. Proces ten, którego nieodłącznym elementem jest wydłużanie się życia ludzkiego, to mówiąc w skrócie przejście od ludnościowego marnotrawstwa do wydajności. Marnotrawstwo to, obecne w społeczeństwach gospodarczo tradycyjnych, polega na tym, że bardzo wysokim liczbom urodzeń towarzyszą równie wysokie liczby zgonów. Efektem jest przyrost naturalny bliski zeru. Wydajność, charakteryzująca dzisiejsze społeczeństwa, polega na tym, że niskim liczbom urodzeń towarzyszą niskie liczby zgonów. Efektem jest znów zerowy przyrost. Mamy więc punkt wyjścia i punkt docelowy, a to co pomiędzy nimi, to właśnie transformacja demograficzna – przejście z jednej formy równowagi w drugą. Im później dana populacja przechodzi transformację, tym gwałtowniejsza ona będzie. Kraków jest tej gwałtowności bardzo dobrym przykładem, stąd tak ogromny, statystyczny przyrost długości życia mieszkańców miasta.

Warto też wiedzieć w jaki sposób demografowie mierzą przeciętną długość życia, bo nie jest to wbrew częstym opiniom średni wiek w jakim ludzie umierają. Jeżeli chcemy przewidzieć jak długo będzie żyło dziecko urodzone w bieżącym roku, to oczywiście brakuje nam danych dotyczących warunków umieralności w jakich będzie ono żyło w przyszłości. Dlatego demografowie mówią – załóżmy, że te warunki w przyszłości będą identyczne jak w roku bieżącym. Efektem tego założenia i kilku obliczeń dokonanych na podstawie danych o  strukturze ludności i liczbie zgonów wg płci i wieku jest właśnie przewidywana dalsza długość życia w momencie urodzenia (łatwiejszy angielski termin – life expectancy, oznaczane w demografii jako e0).

Ten lawinowy przyrost długości życia jest w pierwszym rzędzie spowodowany intensywnym spadkiem umieralności niemowląt. W początkowym stadium transformacji niewiele zmienia się umieralność osób w średnim wieku czy starszych, ma natomiast miejsce ogromny spadek umieralności niemowląt (powiedzmy z poziomów, gdzie ¼ wszystkich noworodków umiera w rok od urodzenia, do poziomów kilkuprocentowych), co przekłada się na podwojenie e0 w omawianym okresie.

Wraz z uruchomieniem Wodociągu Miejskiego im. Franciszka Józefa w roku 1901 poziom umieralności obniżył się o około 35 proc. Czy rozwój infrastruktury i gospodarki komunalnej miał rzeczywiście decydujący wpływ na ludność Krakowa tamtych czasów?

Z pewnością, bezproblemowy dostęp do bezpiecznej, czystej wody przekłada się na niższe poziomy zachorowalności i umieralności, jednak w perspektywie procesu transformacji demograficznej infrastruktura tego rodzaju nie była czynnikiem decydującym. Motorem napędowym spadku umieralności i wydłużania się życia ludzkiego w XIX i XX wieku była przede wszystkim poprawa odżywiania. Organizm lepiej odżywiony jest mniej podatny na choroby nawet w dość spartańskich warunkach. Poprawa ilości i jakości przyjmowanych pokarmów znajduje odzwierciedlenie w danych na temat wysokości i masy ciała człowieka w tym samym okresie. Na drugim miejscu wymieniłbym higienę, ale nie tyle nawet w sensie infrastrukturalnym (wodociąg czy kanalizacja pojawiają się w Krakowie dość późno, kiedy poziom umieralności obniżył się już ponad dwukrotnie w porównaniu z połową XIX wieku), co w sensie przepisów i świadomości – mycie rąk, warunki przygotowania i sprzedaży żywności, izolacja chorych, antyseptyka, zakaz spluwania etc. Wreszcie, bardzo ważnym elementem odpowiedzialnym za wydłużanie się życia ludzkiego są postępy medycyny. Pojawiają się one znacznie później, ale pomagają tę obniżoną umieralność utrzymać w ryzach. Ogromną rolę odgrywają tu szczepionki na choroby zakaźne, a dopiero od późnych lat trzydziestych leki. Przypomnę tylko, że upowszechnienie antybiotyków nastąpiło dopiero po II wojnie światowej.

Pisze Pan: „Świat to nie tylko polityka (…), ale przede wszystkim troska o pożywienie i zdrowie, radość z narodzin i strach przed śmiercią”. Czy Kraków w czasie I wojny światowej był miastem szczególnie trudnym do życia?

Szczególnie to bardzo subiektywna kwestia, zależy to też od tego z jaką warstwą społeczną, etnicznością czy religią mamy do czynienia – ale w ramach porównań, których udało mi się dokonać w miarę zobietywizowanymi sposobami wydaje się, że w Krakowie było nieco gorzej niż w większych miastach europejskich. Warto zwrócić uwagę, że I wojna światowa jest zwykle postrzegana jako dość nieszkodliwa dla cywili (w kontraście do swojej następczyni), kojarzy się raczej z wyczerpującymi bataliami w okopach, tymczasem odcisnęła bardzo silne piętno na życiu każdego człowieka. W języku angielskim funkcjonuje pojęcie „home front”, które dobrze obrazuje fakt, że w tej wojnie udział brali wszyscy obywatele, tylko niektórzy walczyli nie z żołnierzami w obcych mundurach a z głodem, zimnem i chorobami. Zabójczość obu frontów można oczywiście zilustrować szacunkami ofiar – ogół strat populacji Krakowa związanych ze zwiększoną przez wydarzenia wojenne umieralnością to moim zdaniem ok. 13 000 istnień ludzkich. Z tego tylko ok. 3000 to straty wojskowe, zaś pozostałe dotyczą cywilów – głównie dzieci, młodzieży i osób starszych. I wreszcie, przy każdym kryzysie bardzo istotną rolę dla jego postrzegania gra punkt wyjścia, baza porównań. W przypadku okresu tuż przed I wojną światową mam do czynienia z względnym dobrobytem, o czym świadczą choćby wysokie średnie wskaźniki konsumpcji czy płac realnych. Stąd obniżenie standardu życia podczas konfliktu było bardzo silnie odczuwalne, choć z różnym natężeniem, przez wszystkie warstwy społeczne.

Z czym były największe kłopoty aprowizacyjne?

Wypadałoby powiedzieć, że z wszystkim. Od żywności, przez paliwa, po artykuły higieniczne. Problemy aprowizacyjne skutkowały bardzo wysokimi cenami produktów, czy nawet całkowitym ich brakiem, ale także, co łatwo przeoczyć spadkiem ich jakości. Przykładem może być ilość dopuszczalnych przez władze domieszek do mąki przy wypieku chleba, okresowo wynosiła ona 50%. To oczywiście oficjalna norma, w rzeczywistości było jeszcze gorzej, a krakowianie w swoim chlebie powszednim znajdowali nie tylko wątpliwej jakości kartofle, ale też dzikie kasztany czy trociny. Dość dokładne dane mamy dla konsumpcji mięsa, ta spadła w roku 1917 w stosunku do okresu przedwojennego o ok. 80%. Oczywiście mięso nie musi stanowić podstawy diety, ma jednak poza wymiarem dietetycznym znaczenie symboliczne. Dostęp do mięsa to synonim nowoczesności i dobrobytu. Jeszcze przed wojną sprowadzano do miasta mięso argentyńskie, tak aby również mniej zamożne warstwy społeczeństwa mogły pozwolić sobie na jego zakup.

Widmo głodu powodowało, że mieszkańcy miasta musieli często porzucić czysto miejski sposób życia, np. starali się uprawiać każdy dostępny skrawek ziemi (np. Błonia zaorano i dzierżawiono pod uprawę warzyw). Pozwolę sobie przytoczyć tutaj dłuższy cytat z dzienników Michała Koya, krakowskiego adwokata, który wiosną 1917 roku pisał:
„Błonia Krakowskie są już prawie całe zaorane i dziwny dla starego krakowianina przedstawiają widok. W miejsce jednolitej – jak oko sięgnie zielonej murawy pola podzielone na działy. Na nich zawzięcie pracują najrozmaitsze typy pracowników. To wojskowe zaprzęgi prowadzone przez żołnierzy, to rosyjscy nieowlnicy zajęci kopaniem - to różni inteligentnicy - a raczej inteligentniczki w pocie czoła przekopują łopatami ziemię. Na samym zaś brzegu jednego z takich działów zobaczyłem dzisiaj w południe złożone za ziemi ubranie urzędnika tj. mundur urzędniczy czapkę oraz szpadę z rękojeścią złożone – a sam właściciel tych rzeczy zajęty był również przekopywaniem gruntu”. 
Bardzo wymowny obrazek! Zarówno w warstwie gospodarczej jak i symbolicznej. Głód zmusza krakowian do odłożenia tego co prestiżowe i nowoczesne na bok, by skoncentrować się na walce o przetrwanie.

Wreszcie o skali niedożywienia i wynikłej z niego desperacji krakowian świadczą dobitnie tzw. rozruchy głodowe w ostatnich dwóch latach wojny, podczas których mieszkańcy miasta wylegli na ulice pomimo usiłującego zaprowadzić porządek wojska, co skończyło się zresztą paroma ofiarami śmiertelnymi. Wymuszone przez problemy aprowizacyjne zmiany w diecie i stylu życia krakowian można podsumować słowami urodzonego w Krakowie światowej sławy botanika Adama Maurizio: „w tych czasach [Wielkiej Wojny] spożywający chleb biały powraca do ciemnego, zjadacz zaś chleba ciemnego – do papek i polewki ze zbóż i ziół, korzeni i trawy… słowem do pożywienia dawno pogrzebanych cywilizacji".

Na co najczęściej chorowali (i umierali) mieszkańcy i mieszkanki Krakowa?

Największe żniwo zbierały rzecz jasna choroby zakaźne (współczynniki zgonów nimi spowodowanych potrajają się), a wśród nich prym wiodły czerwonka i dur brzuszny, pod koniec wojny również grypa tzw. hiszpanka i jej powikłania, choć wydaje się, że epidemia ta nie była tak zabójcza jak na zachodzie. Nasila się również gruźlica. Ważne są oczywiście nie tylko faktyczne zachorowania i zgony, ale również obawy związane z chorobami. Tu najbardziej obawiano się cholery, jednak w dużej mierze dzięki drakońskim procedurom wdrażanym w razie jej wykrycia, liczba zachorowań i zgonów ograniczyła się do zaledwie kilku.

Z danych statystycznych wynika, że koszty życia podczas I wojny światowej w Krakowie wzrosły o wiele bardziej niż np. w Berlinie, a nieporównywalnie bardziej niż w Paryżu czy Londynie. Na czym konkretnie to polegało?

Kraków trzeba tu traktować jako część Galicji, a więc mocno eksploatowanego i niekoniecznie priorytetowego kraju wchodzącego w skład Monarchii. Zresztą, jak widać na przykładzie wymienionych przez Pana miast, państwa centralne wypadają pod tym względem znacznie gorzej aniżeli Ententa, szczególnie pod koniec wojny. Na wzrost faktycznych kosztów życia składają się dwa elementy – drożyzna spowodowana wspomnianymi już niedoborami oraz nienadążający za nią wzrost wynagrodzeń. Jeżeli spojrzymy na krakowską cenę podstawowego koszyka dóbr, czyli tego co człowiek musiał kupić żeby przeżyć na minimalnym choćby poziomie, to w  roku 1918 mamy dwunastokrotny wzrost w porównaniu do roku 1913. To są oczywiście ceny oficjalne, które bardzo często były fikcją, jeżeli przeanalizujemy ceny czarnorynkowe, to wzrost jest jeszcze sporo większy. Wreszcie musimy pamiętać, że mierzeni kosztów życia jest to tylko metoda opisu rzeczywistości, pewna konwencja, natomiast często dany produkt w ogóle nie był dostępny na rynku, mimo, że notowano jego cenę, a mieszkańcy otrzymywali na niego przydziały.

W czasie I wojny światowej zmniejszyły się też w Krakowie dysproporcje między wynagrodzeniami robotników i urzędników, na niekorzyść tych ostatnich. Z czego to wynikało? 

Pracownik etatowy tzw. budżetówki w okresach kryzysu zawsze jest na straconej pozycji, jego płaca nie jest dość elastyczna, tj. słabo reaguje na zmieniające się warunki na rynku. Podczas wojny krakowscy urzędnicy otrzymywali tzw. dodatki drożyźniane, które miały kompensować inflację, ale były one przyznawane z dużym opóźnieniem w stosunku do dynamicznie zmieniających się realiów, a po wtóre były dość niewielkie. Inaczej rzecz ma się z rzemieślnikami czy robotnikami, szczególnie tymi operującymi na własną rękę. Mogą oni dyktować cenę swoich usług, gdyż popyt jest bardzo wysoki, zaś w związku z mobilizacją kolejnych roczników mężczyzn rąk do pracy brakuje. I tak usługi szklarza czy blacharza wzrosły do roku 1916 o około 100%, zaś urzędników średniego szczebla o zaledwie 10. Oczywiście nie oznacza to, że robotnicy stają się automatycznie bogatsi od pracowników umysłowych. Jednak dysproporcje się zmniejszają, a relatywne zubożenie osób na stanowiskach urzędniczych jest znacznie większe. Dobre wyobrażenie o procesie daje zestawienie tzw. welfare ratios, czyli szacunku liczby osób jakie mogły utrzymać się na minimalnym poziomie z jednej pensji. Urzędnik średniego szczebla mógł przed wojną utrzymać ok. 12 osób, zaś pod koniec wojny zaledwie 3,5. W przypadku robotnika też mamy spadek, ale relatywnie znacznie mniejszy, bo z 2 osób do niespełna jednej. Ale wojna zbliża ludzi różnych warstw i dochodów również w sferze życia codziennego oraz symbolicznej. Przytoczę tu słowa Klemensa Bąkowskiego, syndyka miasta Krakowa, adwokata, osoby z absolutnego topu towarzyskiego i ekonomicznego tego miasta, który zanotował na początku roku 1917:
"Dotąd klepię biedę nieźle, bo oszczędzam dawnej mąki i domieszuję żarnową z ziarna żyta i pszenicy, które to ziarno przezornie kupiłem w roku zeszłym i obecnym. Służący ma ukryte w piwnicy żarna i tam od czasu do czasu miele ziarno moje i swoje. Doczekamy do lata z tem - ale czy się uda dostać na następną jesień?". 
Widzimy tu sytuację, w której pan i sługa, których roczne zarobki różnią się pewnie o kilkanaście tysięcy koron, znajdują się w zasadzie w identycznej sytuacji. Sytuacja ta wymusza ich współpracę przy nielegalnym, ale i archaicznym procederze wyrobu mąki.

Pisze Pan o trzech ewakuacjach Krakowa między wrześniem 1914 a marcem 1915. Jak Pan ocenia te akcje?

Ewakuacja Krakowa podczas I wojny światowej to dla mnie jedno z większych zaskoczeń badawczych. Skala tych akcji a także bardzo ciężkie warunki z jakimi przyszło się mierzyć krakowianom w ich trakcie każą zastanawiać się nad przyczynami niepamięci tych wydarzeń. Wspomnę tylko, że w pierwszych dwóch latach wojny z Krakowa uciekło bądź zostało przymusowo wydalonych około 25 000 osób. Wiele z nich doświadczyło życia w obozach barakowych w różnych krajach Monarchii. Długo można by opisywać realia obozów czy transportu do nich, w skrócie były po prostu nieludzkie.  Wydaje się zresztą, że kwestia ta była swego rodzaju punktem zwrotnym w stosunku mieszkańców Galicji do Monarchii. Obraz ten ma niewiele wspólnego z cukierkowym CK mitem. Z drugiej strony ewakuacja jako taka była oczywistą konsekwencją faktu, że Kraków był przecież twierdzą, która została w początkach wojny oblężona przez Rosjan. Wydaje się jednak, że głównego celu, tj. trwałego ograniczenia konsumpcji żywności przez redukcję liczby mieszkańców miasta nie udało się władzom osiągnąć. Ogromna cena jaką przyszło płacić ewakuowanym krakowianom za ten plan była więc w zasadzie daremna.

Jakie były – z perspektywy historyka społecznego – zasadnicze skutki Wielkiej Wojny dla Krakowa? 

Najważniejsze skutki można w zasadzie zamknąć w pojęciu archaizacja. Archaizacja, a więc uwstecznienie podstawowych obszarów życia ludzkiego, polega tu na czasowym zahamowaniu, a nawet odwróceniu kluczowych procesów modernizacyjnych widocznych w obszarach demografii, ekonomii czy biologii badanej populacji. Obserwujemy więc podczas wojny spadek średniej długości życia, wzrost zachorowalności i umieralności na choroby zakaźne, agraryzację miasta, spadek konsumpcji mięsa, niedożywienie, spadek masy urodzeniowej noworodków. Wszystkie te zjawiska świadczą o odwróceniu silnych przed wojną tendencji modernizacyjnych, świadczą o swoistym cofnięciu się w rozwoju. Ale wojna niesie ze sobą również skutki długofalowe. Widać to doskonale na rynku matrymonialnym, gdzie w rocznikach, które brały czynny udział w Wojnie brakuje mężczyzn. Taka wieloaspektowa analiza pozwoliła również odpowiedzieć na pytanie, która z grup ludności cywilnej ponosiła największy ciężar wojny w sensie biologicznym? Zarówno analiza skutków doraźnych, jak i długotrwałych nie pozostawiają żadnej wątpliwości, iż w najgorszym położeniu znaleźli się krakowianie liczący pod koniec I wojny światowej około 10 lat. To właśnie umieralność młodych chłopców między 7 a 13 rokiem życia wzrasta podczas wojny najsilniej w stosunku do poziomów przedwojennych. Grupa ta jednocześnie musiała się borykać z długofalowymi konsekwencjami wojny w postaci wyższej umieralności kohortowej i niższej ostatecznej wysokości ciała przez całe swoje życie.

Dziękuję za rozmowę!


*Bartosz Ogórek - ukończył studia magisterskie w zakresie historii w Instytucie Historii UJ, studia magisterskie w zakresie demografii na Uniwersytecie w Lund, stopień doktora uzyskał na Wydziale Historycznym UJ, odbył staże i kursy naukowe m.in w Max Planck Institute for Demographic Research (Rostock, Niemcy) oraz University of Michigan (Ann Arbor, USA). Laureat stypendium MNiSW dla wybitnych młodych naukowców. Obecnie pracuje na stanowisku adiunkta w Instytucie Historii i Archiwistyki Uniwersytetu Pedagogicznego im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie. Interesuje go bio-społeczny i ekonomiczny wymiar życia człowieka w przeszłości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz