sobota, 3 grudnia 2022

#rozmoWyliczanki: Lana Lux

Wydana w Polsce debiutancka powieść Lany Lux podejmuje wiele nośnych tematów: przemoc seksualną czy tożsamość ukraińską. Nie dajmy się jednak zwieść pozorom. W rozmowie z Wyliczanką autorka wyjaśnia, jak zbliżyć się do "Kukolki".


Tekst: MARCIN WILK

Początek lat 90. Ukraina. Wszyscy marzą o lepszym świecie, z którym kojarzy się najczęściej wyjazd na Zachód. Siedmioletnia Samira, bohaterka i narratorka "Kukolki", też. Gdy jej najlepsza przyjaciółka dostaje szansę na nowe życie przy adopcyjnej rodzinie w Niemczech, wydaje się, że złapała Pana Boga za nogi. Przyjaciółka obiecuje Samirze, że niebawem po nią "wróci". I że razem zaczną nowy rozdział. Los chce jednak inaczej. Samira postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Ucieka, wierząc, że będzie to początek lepszego jutra. Szybko trafia do swojej "nowej rodziny" - kompletnie innej niż ta wymarzona. Tak rozpoczyna się swoista podróż młodej dziewczyny, jej przyspieszone dojrzewanie, w którym obok przemocy i okrucieństwa jest również miejsce na miłość i czułość. 

"Ta historia wybrała mnie, to nie ja ją wybrałam" - wyjaśnia Lana Lux w krakowskiej księgarni DeRevolutionibus, gdzie spotykamy się przy okazji jej pobytu w Polsce w związku z premierą "Kukolki". "Oczywiście zalążek tej historii tlił się w mojej głowie, pociągała mnie na swój sposób. Ale nic nie wskazywało, że mi się uda". 

Pisarka w czasie, gdy pisała "Kukolkę", dobrych kilka lat temu (książka ukazała się oryginalnie w Niemczech w roku 2017), była w ciąży oraz... w tarapatach "Nie mogłam ani tańczyć, ani występować. Do tego miałam problemy finansowe. I jeszcze kilka innych. Moje życie było klapą".

Los chciał, że w tamtym czasie trafiła na warsztaty książek dla dzieci. Poszła na nie, bo chciała zilustrować pewną opowieść. Ale niewinna na pozór historia rozrosła się w fabułę o przemocy seksualnej, w "Kukolkę". I zupełnie nie nadawała się jako lektura dla najmłodszych. 

"Mimo wszystko zaczęłam pisać" - wspomina dzisiaj. "Zupełnie dla siebie. Jestem dyslektyczką, więc pisanie stanowiło wyzwanie. Wstydziłam się. I w ogóle nie miałam szans na druk, bo nie byłam po żadnej szkole pisania, a w Niemczech to podstawa, jeśli chce się być publikowanym. Ludzie śmiali się więc ze mnie, gdy mówiłam, że piszę. Gadali: przecież niedawno malowałaś, co się z tym stało? Ale – 'who cares'" - Lana Lux macha ręką i przekonuje, że nie powinniśmy się oglądać na innych. Zwłaszcza że "Kukolkę" znajomi docenili, szczególnie wtedy, kiedy okazało się, że powieść zbiera pozytywne recenzje i prowokuje do dyskusji.

Ale najważniejsze, że zaczęło się jej podobać to, co pisała. "Było to dla mnie takie WOW. Wrzucałam fragmenty do sieci, prosząc o nieocenianie gramatyki. No i wkrótce dostałam mail do redaktorki. Spodobało się. Wszystko okazało się prostsze niż sądziłam, bez odrzucania, wyczekiwania i tych innych przykrych, typowych doświadczeń debiutantów. Byłam pod wrażeniem. Ale też miałam dużo szczęścia". 

BYŁAM SMUTNA, JESTEM RADOSNA

Autorka podobnie jak Samira też pochodzi z ziem ukraińskich. Urodziła się 22 listopada 1986 roku w Dnipropetrowsku (dzisiaj: Dniepr), które wtedy było pod władzą ZSRR. Wkrótce wraz z rodziną wyjechała z Ukrainy. W 1996 roku osiadła w Niemczech. Musiała wykazać się wtedy cierpliwością. Niemcy nie rozumieli podstawowych faktów. Że Ukraina nie jest rosyjska i że to osobny kraj. 

Dziennikarze lubiący proste odpowiedzi i banalne analogie nierzadko pytają o to, ile w Samirze jest Lany Lux. Pisarka musi wtedy mówić, że zrobiła bardzo solidną dokumentację, ale to nie jest opowieść autobiograficzna. "Nie jest. Natomiast cała reszta to prawda. Ale nie znoszę pytań o to, ile jest Samiry we mnie. Zwłaszcza że byłam smutna kiedy to pisałam, a teraz jestem radosna".

Lana Lux
Fot (c) Joachim Gern

Nieporozumień podczas wywiadów pojawia się zresztą więcej. Podobne problemy są z czarnym humorem. Czytający w Niemczech nie zawsze go rozumieją. O wiele lepiej radzą sobie z nim odbiorcy z Europy Wschodniej.

Jak wyjaśnia Lana Lux, największym wyzwaniem było napisać książkę na trudny temat, nie uprzedzając się do żadnej z osób w niej występujących, nawet wobec pedofila. "Potrzebowałam być odrobinę ludzka także i dla niego, choć wiadomo, że to pedofil. Wiele osób tego nie rozumie, ale tak pracują artyści". 

UKRAIŃSKIEGO DOPIERO SIĘ UCZĘ

Niemieccy wydawcy kochają powieści napisane przez nie-Niemców. Dowodzą tego sukcesy takich twórców jak Sasa Stanisic (z wydaną również w Polsce książką "Skąd") czy Katja Petrowskaja. Lana Lux ze swoim pochodzeniem świetnie wpasowałaby się w ten trend. Tyle że kompletnie nie wpisuje się w schemat.

"Nie noszę w sobie tej opowieści, w której rodzina jest dobra, a społeczeństwo to samo zło, po czym wszystko się dobrze kończy. Nie, to nie moja historia. Rodzina nie była aż tak dobra, społeczeństwo nie było aż takie złe" - mówi Lana Lux. 

Podobnie nieporozumienia dotyczą języka. W "Kukolce" Lana Lux zostawiła na przykład wiele zwrotów rosyjskich. W Niemczech nie zawsze udaje się to właściwie odczytać. "Jak to możliwe: tu ukraińskie społeczeństwo, kultura, niepodległość, tu język rosyjski?". Lana Lux wyjaśnia, że nie wszyscy wiedzą, że rosyjski jest dla wielu zamieszkałych na Ukrainie pierwszym językiem. Sama pisarka uczy się ukraińskiego dopiero teraz. "Moi rodzice mówili po rosyjsku, więc automatycznie byłam brana za Rosjankę".

Ale w sprawach narodowości, języka i tożsamości nie ma mowy o automatyzmach. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że pisarka ma korzenie ukraińsko-żydowskie. Na dodatek teraz pisze po niemiecku. I wygląda na to, że na dobre zadomowiła się w tym języku. Poza "Kukolką" wydała również w 2020 roku prozę „Jägerin und Sammlerin“, w której opisuje zmagania bohaterki z presją oczekiwań rodzinnych. Choć istotną rolę odgrywają konteksty społeczne, autorka szczególnie dużo miejsca poświęca napięciom między matką a córką. Nie ma tam miejsca na siostrzeństwo, które pojawia się w "Kukolce".

BYŁOBY DLA MNIE DOBRE

Lana Lux w Krakowie spędziła kilka dni. Szukała tu nowych pomysłów i inspiracji. Dzień zaczynała jak zwykle, czyli od pisania. 

"Jakiś rok temu zaczęłam pisanie dla siebie. Dało mi ono poczucie wolności. Zbiegło się to z kryzysem w moim życiu. Znowu poczułam, że dotarłam do granic i zajmowałam się myśleniem, co ludzie powiedzą".

W swoim rytuale jest elastyczna. Stara się pisać rankiem, dba o to, by zapełnić dwie strony. Czasem uzyskuje efekt po godzinie, a czasem trzeba rozciągnąć pracę. Łatwo się przy tym dekoncentruje. Rozpraszają ją między innymi media społecznościowe, do których ma ambiwalentny stosunek. Gdy publikuję ten wywiad, być może znowu zawiesi swój profil.

"Najważniejsze, że mogę. To, co jest napisane, potem można poprawiać. Więc staram się być własnym coachem i być dla siebie miłą" - śmieje się. "Mam zasadę, że zaczynam od opisania przedmiotu, który mam przed oczyma. Ten przedmiot zaczyna wirować. Potem dochodzą inne skojarzenia. Może to być nastrój, wspomnienie, faktura rzeczy. Coś się zaczyna dziać. To daje mi łączność z tym, co jest dla mnie ważne".

Lana Lux w przeciwieństwie do wielu niemieckich pisarzy jest samoukiem. Nie zgadza się też z twierdzeniem, że aby pisać, należy czytać innych. Otwarcie mówi, że jest dyslektyczką, a to sprawia, że czyta wolno. Poza tym szybko się nudzi. "Naprawdę mało rzeczy jest w stanie mnie wciągnąć. To nie kwestia książek, to mój problem". Gdy jednak jakiś czas temu przeczytała prozę tegorocznej noblistki, Annie Ernaux, była zachwycona. Chciała jej więcej i więcej. I wtedy pomyślała, że powinna być bardziej odważna, wnieść siebie w swoje pisanie. Trochę już to robi, ale ma poczucie, że wciąż za mało. Chciałaby być jak Daniel Schreiber (niemiecki pisarz, autor eseju "Allein"). Odważni ludzie bardzo ją inspirują. 

"Bycie widzialnym jest czymś dla mnie superodważnym, a ja jestem dobra w ukrywaniu. Pokazywanie siebie jest bardzo trudne, ale myślę, że to byłoby dla mnie dobre".

CHCĘ SPORTRETOWAĆ SIEBIE

Podczas rozmowy z Laną Lux, nie chcę wyjaśniać wszystkich kontekstów "Kukolki", ale autorce chyba to odpowiada. Osobę piszącą porównuje do dobrego rodzica, który sprawia, że właściwie wychowane dziecko, nie będzie nigdy potrzebować opiekuna. "Chcę też przez to powiedzieć, że mam nadzieję, iż moje dziecko będzie w dobrym kontakcie ze mną nie dlatego, że będzie mnie potrzebować, ale że będzie mnie lubić". Lana Lux twierdzi, że jeśli książka - podobnie jak dziecko - może funkcjonować bez autora, to znaczy, że robota została dobrze wykonana. Ale jeśli autor musi stać nad książką, komentować ją swoim ciałem, swoją historią i wszystkim innym, to znaczy, że książka się nie udała. 

Trzecia książka Lany Lux, ta nad którą obecnie pracuje, ma być ważna dla jej bliskich i znajomych. Pisarka chce, żeby oni zobaczyli ją w tej prozie. Ale dla innych - dodaje - ma to być zwykła książka. Czytający mają docenić historię, bohaterów, dialogi. Lana Lux nie chce nić wyjaśniać i komentować, choć jednocześnie bardzo pragnie w tej prozie sportretować siebie. Czuje, że nadszedł ten właściwy czas. 


Powieść "Kukolka" Lany Lux  w przekładzie Anny Kierejewskiej wydała w Polsce MOVA.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.