środa, 18 sierpnia 2021

#rozmoWyliczanki: Bill Clegg

Nie miałem na początku szczęścia z Billem Cleggiem – nie tylko z powodu pandemii, która sprawiła, że musieliśmy porozumiewać się zdalnie. Złośliwość rzeczy martwych, a w tym wypadku programów do komunikacji w sieci, sprawiła, że rozmowa była możliwa dopiero za drugim razem. Bill przebywał w swojej podmiejskiej rezydencji w Stanach Zjednoczonych, ja w swoim ciasnym wypełnionym książkami mieszkaniu w Krakowie. Na początku dołączyła do nas jeszcze Anita, ważna postać w kontekście polskich wydań książek amerykańskiego pisarza. 

Bill Clegg
(c) Van Scott-Clegg


Anita Musioł – bo o niej mowa – to szefowa Wydawnictwa Pauza, które wydało powieść Billa Clegga „Koniec dnia” (przekład Dobromiły Jankowskiej). To epicka, wielowątkowa, zanurzona w wielu kontekstach opowieść o tym, czym jest i czym może być rodzina, a także o przyjaźni i o pamięci, która nie daje spokoju. To również kawał amerykańskiej historii XX wieku, opowieść o skomplikowanych więzach oraz o przebaczeniu. 

„Koniec dnia” jest drugą wydaną w Polsce powieścią Clegga. Wcześniej, w 2015 roku, ukazała się inna jego książka, „Czy miałaś kiedyś rodzinę?”. Książkę opublikowało Wydawnictwo W.A.B., któremu w tamtym czasie szefowała… Anita Musioł. 

Bill Clegg ewidentnie ma szczęście do kobiet w literaturze. One też, jak sam przyznaje, najbardziej go interesują. 

- Życie wewnętrzne kobiet wydaje mi się ciekawsze niż mężczyzn – wyjaśnia. - Myślę, że jako gej po prostu bardziej je rozumiem. Ale na początku była ciekawość. Jackie to na pozór zwyczajna kobieta zbliżająca się do siedemdziesiątki. Większość ludzi uznałaby ją za nudną bohaterkę, ale dla mnie miała w sobie coś, co buduje historię.

Jackie, jedna z bohaterek „Końca dnia”, pojawia się również w „Czy miałaś kiedyś rodzinę?”. Jest tam tylko, jak przypomina autor, postacią peryferyjną.

- Było w niej coś, co nie dawało mi spokoju i co mnie pociągało – tłumaczy Clegg, wyjaśniając pojawienie się Jackie w najnowszej książce. – Kierowała mną ciekawość i pytanie o to, co stanie się z jej samotnością. Nie wiedziałem, że ona będzie taka ważna. Pracując nad książką, miałem otwarty plik z Jackie, ale na początku nic nie wskazywało na to, że ona tak rozkwitnie. W międzyczasie zajmowałem się wieloma innymi sprawami.

Te „inne sprawy” w przypadku Billa Clegga to przede wszystkim praca agenta literackiego. The Clegg Agency reprezentuje prawa między innymi znanych również w Polsce Ottessy Moshfegh oraz Lauren Groff. 

- Cieszę się, że ten zawód istnieje, bo chyba nie umiałbym robić nic innego. Spójrz tylko na to. – Pisarz pokazuje mi zawalony wydrukami stół. Ale nie mówi, czy wśród luźnych kartek leży przyszły bestseller czy genialne dzieło. Praca jest w toku. 


***

- Sam nie wiedziałem, że będę pisać gdzieś do około 30. roku życia. Znam doskonale te wszystkie elementy procesu pisarskiego, o których mówią autorzy. Że czasem nad czymś bardzo ciężko pracujesz i ci nie wychodzi. Że jest to bardzo samotnicza praca. Sam podchodzę do tego wszystkiego bez żadnych oczekiwań. Po prostu jestem ciekaw, co się stanie. 

Clegg podkreśla, że w pisaniu najważniejsze jest czytanie. Oraz pewien rodzaj pokory i świadomości, że to nie jest doskonały proces. Dlatego autor pozwala sobie na odłożenie tekstu, przeczekanie, nawet kilka miesięcy lub lat. Tak jak było z wątkiem Jackie w „Końcu dnia”.

- Z pisaniem bowiem jest tak, że ma ono do pewnego stopnia charakter instynktowny. Nigdy nie wiesz, co cię czeka, dopóki to się nie stanie - stwierdza.

Przykładem takiego "przypadku" jest kwestia przeszłości. Ten wątek przyszedł do Billa niejako mimowolnie.

- Dla Dany [jednej z bohaterek „Końca dnia”] przeszłość jest czymś, do czego ona nie chce powracać. Ale to nie jest dobre podejście. Nasze doświadczenia nie znikają przecież. Co więcej, to, co przeżyliśmy w dzieciństwie często jest motorem naszych działań, gdy jesteśmy dojrzali. Dotyczy to zwłaszcza takich spraw jak lęki, uprzedzenia czy zranienia. Nawet jeśli nie mamy bezpośredniego dostępu do tych zdarzeń, one są, nie znikają.

***

„Pukanie do drzwi jest słabe i niepewne” – to zdanie otwierające powieść „Koniec dnia”. Czy tak ono brzmiało od samego początku?

- Nie, ono pojawiło się później, w trakcie pracy – mówi autor, dodając, że pisanie nie jest wcale linearnym procesem. - Najpierw sporo pracowałem nad bohaterkami, wyobrażałem sobie je w różnych momentach życia. Pamiętam dokładnie, że działo się to, gdy siedziałem przy stole w kuchni w naszym domu poza miastem. Po prostu wyobraziłem sobie Jackie, jedną z bohaterek, i jak ktoś puka do jej drzwi, a ona nie ma zamiaru ani otworzyć, ani w żaden inny sposób zareagować. To oczywiście pewien luksus, gdy nie musisz otwierać drzwi, ale z drugiej strony, popatrz, to także scena wielkiej samotności. O tym mniej więcej jest to zdanie.

Dopytywany o proces twórczy autor przyznaje, że wiąże się on często także ze szczegółową dokumentacją. W „Końcu dnia” pojawiają się Marlon Brando czy Judy Garland - ikony kultury amerykańskiej z czasów młodości głównych bohaterek. Autor podkreśla, że praca nad tymi detalami przyniosła mu bardzo dużo satysfakcji. 

– Musiałem prześledzić to, jakie oglądało się programy telewizyjne, jakie sukienki na bal zakładało. Poza tym zauważyłem, że od tamtego czasu sporo się zmieniło w małych miastach. Głównie za sprawą Internetu. Sam, jak byłem małym chłopcem, nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak mogło wyglądać życie w Nowym Jorku albo jak wyglądało życie agenta literackiego. Teraz, dzięki sieci, można to sprawdzić. 

***

Rozmawiając z Billem, przyznaję, że najbardziej pociągającą bohaterką w książce była dla mnie Lupita, córka imigrantów. W jednej ze scen przebiera się ona w ubrania bogatej koleżanki poniekąd wyobrażając sobie, jakby wyglądało jej życie, gdyby stała za nią inna historia. Bill zdradził mi, że do napisania tej postaci przygotowywał się latami.

 - Lupita jest latynoską, jej osobista historia jest więc inna od tych, które przeżyłem na własnej skórze. Z drugiej strony bliskie jest mi poczucie odmienności, to, że nie mogę należeć do żadnej grupy, z nikim się identyfikować. To było najbardziej pociągające w tej postaci. Oczywiście musiałem się wiele dowiedzieć o prawach imigrantów przybywających z Meksyku do Stanów Zjednoczonych, czytałem wiele historii osobistych, a także książek akademickich.  Po napisaniu wstępnego szkicu dzieliłem się tym tekstem z ludźmi, którzy mieli podobne doświadczenia jak Lupita. O wielu sprawach nie pomyślałbym, nie wymyśliłbym ich. Dzięki temu jednak mogłem wiarygodnie uformować tę postać. Od początku miałem dla niej dużo współczucia, bardzo się z nią utożsamiałem, czuję też do niej wiele miłości.

Zatrzymując się przy miłości i uczuciach, i mając w pamięci poprzednią książkę, pytam Billa, jak obecnie definiuje rodzinę. Pisarz zaznacza, że to słowo ma dla niego wiele znaczeń. Na pierwszym miejscu wskazuje jednak swojego męża oraz bratanicę, którą razem wychowują. 

- Rodzina to pewien rodzaj siły, jedność, trzyma nas w ryzach – na przekór tego, co dzieje się na zewnątrz. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz