Wiecie, gdzie jest Timor Wchodni? Nie?! To może i dobrze. Po przeczytaniu książki Mateusza Janiszewskiego niekoniecznie będziecie chcieli się tam wybrać.
Zaczyna się wręcz narcystycznie. Od głównego bohatera i zarazem narratora, który jednak pisze o sobie w trzeciej osobie. Jakby był obcy. Obcy zresztą jest. Ma inny kolor skóry, inny akcent, inne podejście. I inny start. O innej mecie nie mówiąc. Jest przybyszem z dziwnego odległego świata i nigdy nie będzie jednym z nich. Choć przecież znajdzie się pomiędzy nimi. I doświadczy ich historii.
Ich, czyli tych z Timoru Wschodniego, bo o nim jest ta książka. Od XVI wieku był portugalską kolonią. W latach 70. ubiegłego wieku Europejczycy opuścili wyspę. Wkroczyły wtedy indonezyjskie wojska. I zaczęła się wojna. Choć formalnie została zakończona kilkanaście lat temu, sytuacja wcale nie uległa poprawie. Nawet wstawiennictwo niektórych ludzi z Zachodu, z Noamem Chomsky na czele, który opublikował esej "Why Americans Should Care about East Timor", nic nie pomogło.
