czwartek, 29 kwietnia 2010

114 stron

Katarzyna T. Nowak, córka TEJ Doroty Terakowskiej i TEGO Macieja Szumowskiego, a także siostra TEJ Małgorzaty Szumowskiej pisze TAKIE książki! A to o Mamie ("Moja mama czarownica"), a to o nieznośnej lekkości bytu ("Kobieta w wynajętych pokojach"), a to o dramacie niezdrowych relacji. Tego ostatniego zagadnienia dotyczy wydana właśnie fabuła "Kasika Mowka" (Wydawnictwo Literackie, 2010). Fabuła straszna w sumie, bo odsłaniająca horror domowych nieporozumień.


Tytułowa bohaterka, mała dziewczynka, to geniusz. Mnóstwo czyta, w mig łapie, używa mądrych słów. Za mądrych jak na swój wiek. Niestety inteligencja nie idzie w parze z tzw. inteligencją praktyczną. Emocjonalnie dziewczynka zostaje zorganizowana przez specyficzny stosunek babki, która stara się - dosłownie - wyręczać we wszystkim Kasikę. Staruszka kroi za nią chleb, kąpie ją, a nawet - kiedy trzeba - zakazuje chodzenia do szkoły. Chroni Kasikę jako największy skarb. Stara się jej pomóc, ale ta pomoc staje się koszmarem. Skumulowane na jednym obiekcie emocje, dobre i złe, stają się jak tajfun. Tajfun, który niesie zniszczenie...

Wielu czytelników będzie się wzdrygać podczas czytania. Nie jest łatwo i przyjemnie. Ani miło. Poza tym to krótka opowieść. Moim zdaniem nawet czasem nie do końca doopowiedziana (niektóre wątki chciałoby się rozwinąć), ale soczysta i wyrazista. Z mocną puentą. Taką, która odbiera ochotę na cokolwiek. I skłania do przemyślenia naszych relacji z innymi. I, czasem, nadmiernej troski, gdzie dobre intencje zbyt łatwo i szybko zlewają się z wyobrażonymi strachami.

Rozmawiałem o bohaterkach z Autorką. Wywiad dzisiaj ukazał się w "Magnesie". Oto fragment:

(...)- Porozmawiajmy chwilę o głównych bohaterkach. Od razu zresztą widać, że relacje między małą dziewczyną a babcią są, delikatnie mówiąc, dziwne. Ani z jedną, ani z drugą nie chce się czytelnik zaprzyjaźniać. Raczej coś go odpycha.

- Ja też nie lubię Kasiki. Na pewno nie zaprzyjaźniłabym się z nią.

- A gdybyś była w szkole, miała inteligencję Kasiki i, dajmy na to, Twoja nauczycielka kazała Ci scharakteryzować swoją babcię - co byś powiedziała o niej?

- Że to bardzo mądra, ciepła kobieta. Zaborcza, ale nauczyła mnie pisać.

- Babcia jednak mówi o Kasice "outsiderka". Wyjaśnia jej też, że to "komplement". Autorka uważa podobnie?

- Zdecydowanie! Zresztą wolę aspołeczność. Pseudouprzejmość mi nie odpowiada. Wolę być nieuprzejma, ale szczera.

- No to ciekaw jestem, co - gdybyś była babcią Ania i miała zaufana przyjaciółkę, której mogłabyś się zwierzyć ze wszystkiego - byś powiedziała o Kasice?

- Że to potworek...

- No właśnie. Swoją drogą w książce pada zdanie, że "dla psychologów wszystko jest proste". Miałem wrażenie, że tym zdaniem trochę odbierałaś możliwość naprawy relacji babci i wnuczki. Jakby nie było innej fabuły dla nich...

- Problem polega na tym, że ja nie wierzę psychoterapeutom. Wszystko podpinają pod teorie. Ludzi nie da sie tak sklasyfikować, sorry.

Byłam raz na psychoterapii. Pani wciąż mówiła: "ależ miałaś prawo, to nie twoja wina, żyłaś nieświadomie". Dla mnie to bzdury. Jakoś nie wybaczyłam, choć nie zachowywałam się tak jak Kasika. Trzy-czwarte tej książki to fikcja. Niemniej jednak, jak napisałam w biografii Mamy, boli mnie do dziś, że nie umiałam odwzajemnić miłości mojej babci. To mieszanka miłości z nienawiścią, nie życzę tego nikomu. Żaden psychoterapeuta ci tego nie potrafi wytłumaczyć, tak byś się poczuł komfortowo. Zresztą poczucie komfortu nie służy chyba ani pisaniu, ani wybaczaniu samemu sobie. O tym TRZEBA myśleć.(...)

Więcej TU (dostęp płatny).

O pisaniu i książce Katarzyna T. Nowak mówi również w tym filmiku:

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

dwa razy dwa jest cztery

Anna Alter w książce "Moja córka, doktorrr astrofizyk" (Wydawnictwo Literackie, 2010) balansuje na granicy absurdu i powagi. Bo pisze w zasadzie o traumatycznych sprawach - tożsamości poholokaustowej i bolesnych konfliktach wewnątrzrodzinnych - ale czyni to z humorem i dystansem. Tak też mówi o tym w wywiadzie:

- Ależ zazdrości nie ma i nie było. Dla mnie to było oczywiste, że Krzysztof jest geniuszem. Coś jak dwa razy dwa jest cztery. Zresztą mama często mi przypominała, że ja istnieje dzięki niemu. On chciał małą siostrzyczkę, więc ja się pojawiłam. O co miałam być zazdrosna? Raczej powinnam mu być bezkreśnie wdzięczna. Bez niego bym nie istniała.

- Co też Pani opowiada!

- Mówię poważnie. Nie wiem, czy pan zdaje sobie sprawę z tego, jak wtedy było...

- Próbuję uruchomić wyobraźnię.

- A zatem po takim przeżyciu jak wojna - dla mojej matki - nie było przeszłości. Ona po prostu została wykasowana. Świat zaczął się dla niej ode mnie i mojego brata. A zwłaszcza od mojego brata. To on był dla niej całym światem, ziemią, kosmosem. To, co chciałam przekazać w książce, to perspektywa dziecka. Pragnęłam osadzić naszą małą historię na tle dużej historii. I odpowiedzieć, gdzie jest tu sens.

- No i gdzie tu jest sens, skoro nic nie było powiedziane wprost?

- W małych skrawkach opowieści. U każdego dziecka bowiem jest tak, że świat składa się z kawałeczków. Tak samo jak i u mnie. Poza tym u nas był jasny podział: mój brat działał, a ja obserwowałam. Miałam zatem więcej okazji do tego, by spokojnie patrzeć na to wszystko. W głowie układają się wtedy powoli różne rzeczy. Na początku się nic nie wie, ale im się dorasta, tym świadomość się napełnia. Powojenne dzieci, do których ja należę, pracują na tym poziomie ze szczególną intensywnością.

Więcej TU.

A, poza rozmową, naprawdę polecam książkę. Zwłaszcza rodzeństwu, które często stoi w cieniu bardziej "doiwestowywanych" braci i sióstr. ;-)

sobota, 24 kwietnia 2010

poczynając od wieku XVII...

Charles Taylor to autor ekskluzywny. Kanadyjczyk. Ale, co ważniejsze, jeden z najbardziej cenionych obecnie filozofów. W Polsce znany m.in. z monumentalnego dzieła "Źródła podmiotowości. Narodziny tożsamości nowoczesnej". Kilkanaście dni temu pojawiła się natomiast jego praca z roku 2004 "Nowoczesne imaginaria społeczne" (Znak, 2010).


Taylor rzeczywistość społeczną traktuje nieco inaczej niż socjologowie. Nie buduje schematów ani wielkich konceptów. Przygląda się jej raczej z powolną uwagą historyka wrażliwego na ludzkie potrzeby kulturalne i religijne - czyli, de facto, na człowieka pojedynczego. Równocześnie zaznacza też wspólnotowość jednostki; jej dążenie do kontaktu i relacji z innymi.

W rozumieniu "imaginarium społecznego" - jak wyjaśnia sam Taylor - "chodzi o sposoby, w jakie ludzie wyobrażają sobie swoją społeczną egzystencję, jak przystosowują się do innych, jak toczą się sprawy między nimi i bliźnimi; to także oczekiwania, które zwykle się spełniają, oraz głębsze normatywne koncepcje i obrazy, leżące u ich podstaw".

Aby lepiej zrozumieć, czym jest imaginarium społeczne, należy się więc cofnąć do konstytucji nowoczesności i jej szczegółowej charakterystyki. Taylor bardzo skrupulatnie ją kreśli, zatrzymując się przy poszczególnych składowych, np. wykorzenieniach, ekonomi, sferze publicznej, suwerenności. Czyli wszystkiego, co stanowi o jakości współczesnego życia społecznego.

Najciekawsze jednak są, jak się zdaje, rozważania końcowe z tej książki. Taylor mierzy się bowiem tam z tym, co budzi kontrowersje i prowokuje żywe dyskusje. Mowa między innymi o obecności i nieobecności Boga (a także definiowaniu "świeckości" czy tego co się nazywa "sekularyzacją") oraz o europejskiej perspektywie widzenia nowoczesności. Swoją drogą Taylor zaleca "prowincjonalizację" Europy. Chodzi o przyjęcie innych, niż te europejskie, perspektyw postrzegania nowoczesności. Bardzo pouczające.

"Nowoczesne imaginaria społeczne", choć są pracą niebywale precyzyjną i na swój sposób spójną, w wielu miejscach budzą wątpliwości. Chciałoby się spytać Taylora na przykład, jak sobie wyobraża "nową przestrzeń dla Boga w świecie"; kto miałby być, jego zdaniem, współcześnie "kozłem ofiarnym"; gdzie tkwią szanse a gdzie zagrożenia w "nowoczesnych imaginariach społecznych" charakteryzujących się, jak sam pisze, "aktywnością" i "refleksyjnością"...



Czytajcie (i słuchajcie) zatem Taylora. Byle ostrożnie. ;)

piątek, 16 kwietnia 2010

prawie 45 lat pracy z chorymi ludźmi [wywiad z Vittorino Andreolim]

Niecały rok temu pisałem o TEJ książce. Wtedy też powstał wywiad z jej autorem, włoskim psychoterapeutą Vittorino Andreolim. Ale na swój czas musiał poczekać. Aż do teraz.

Marcin Wilk: W swojej książce napisał Pan, że jest „Don Kichotem cierpienia”. Co to właściwie znaczy?

Vittorino Andreoli: Odnosi się to do mojej profesji. Jako psychiatra znam cierpienie z bezpośredniego doświadczenia – od ludzi, których leczę. Czasem jest to walka z wiatrakami. Dlatego Don Kichot. Staram się jednak na to cierpienie spojrzeć w szerszym kontekście. W swojej książce rozważam na przykład „maski cierpienia”. Jestem bowiem przekonany, że cierpienie może być specyficznym przejawem kondycji ludzkiej.

Kondycji ludzkiej?! Dość przykra musi być ta kondycja...

Bywa przykra. Zwłaszcza w momencie, w którym odmawiamy sobie życia. To bardzo szczególna chwila. Dam panu przykład. Schizofrenik podziela przekonanie, że świat jest mu obcy. Nie rozumie go, a więc go odrzuca. Co więcej, jest przekonany, że w tym świecie bardzo trudno nawiązać z kimkolwiek relacje. Węszy wszędzie wrogów. W rezultacie zamyka się w sobie. Jest to zatem rodzaj egzystencji, w której nie ma nikogo. To również życie, jakby świat na zewnątrz w ogóle nie istniał. Straszne, prawda? Ale tacy ludzie istnieją. I ta schizofrenia stanowi o smaku ich życia. W tym sensie jest to kondycja ludzka...

...a raczej gorzki smak cierpienia, chciał Pan powiedzieć.

To oczywiście bardzo ekstremalna sytuacja. Inny przykład, kiedy psychiczne cierpienie staje się przejawem kondycji ludzkiej, to depresja. Ktoś będąc w depresji, czuje, że nie jest w stanie zrobić niczego pożytecznego. Jest przekonany zwłaszcza o tym, że cokolwiek robi dla świata, w którym żyją ludzie, których kocha, jest to zawsze coś złego. Wtedy pojawia się poczucie winy. Chore poczucie winy (o pozytywnym powiem później).

Zdrowi ludzie tego nie rozumieją i być może sobie nawet takiej sytuacji nie wyobrażają. Życie w takim stanie jest potwornie trudne. Dlatego ludzie prawdziwie cierpiący na depresję szczerze marzą o tym, by umrzeć. Często też podejmują samobójcze próby...

Więcej TU.

czwartek, 15 kwietnia 2010

wzajemna zależność Osób Trójcy Świętej

Mówią o nim "czeski Tischner". Bo w ten sam sposób, niejako pod prąd, ale i z zaangażowaniem oraz troską, mówi o sprawach kościelnych.

Tomasz Halik opublikował w Polsce swoją kolejną książkę, "Dotknij ran" (Znak, 2010).


Pretekstem do całej opowieści jest - dwuznaczna w kontekście imienia autora - historia "niewiernego" Tomasza. Halik nie boi się bowiem zadawać prowokujących pytań o stan naszej duchowości i autentyzm religijności. Pytań dość niewygodnych, bo dotyczących poziomu otwarcia na Innych, strachu przed utratą mocnych fundamentów i oparcia w instytucjach. W jego wywodzie wątki osobiste splatają się więc z ogólnoludzkimi, a argumenty teologiczne sąsiadują z tzw. opowieściami z życia wziętymi.

Halikowi chodzi, mówiąc w ogromnym skrócie, o to, by dotrzeć do granic niewiary i sceptycyzmu. Z tej perspektywy widać bowiem, jego zdaniem, cały horyzont. Przy okazji sprawdza też jakość i siłę z jednej strony wewnętrznego stanu, a z drugiej - intelektualnej gotowości do sprzeciwiania się autorytetom. Sprzeciw wobec autorytetów, prawdziwy i głęboki, może z kolei zrodzić pewność w sobie (nie mylić z: pewnością siebie). Ważniejszą i głębszą z perspektywy wiary prywatnej. A nie tej na pokaz.

Przekonuje mnie Halik w wielu miejscach, mimo że jestem - szczerze powiedziawszy - o wiele mniej zaangażowany w poszukiwanie sensu wiary i religijności niż on. Trafiają jednak do mnie np. jego opowieści o odmianach ateizmu i ich atrakcyjności tym większej, im bardziej one dialogują z wiarą. Podoba mi się też, że Halik odwołuje się często do, nieobecnych na ogół w pismach innych teologów albo po prostu deprecjonowanych, postmodernistów.

Trudna to lektura, ale dająca do myślenia. W sumie dobra na ten czas...

środa, 14 kwietnia 2010

urodziłem się w 1967 roku

W ostatnim "Magnesie" wywiad z Gazmendem Kapplanim, autorem "Krótkiego przewodnika przekraczania granic" (Czarne, 2009). Rozmowa w zasadzie o tym, że losu sobie nie wybieramy. Ale wybieramy to, co sami z tym losem chcemy zrobić.

- "Krótki przewodnik przekraczania granic" to przewrotny tytuł jak na książkę o losie. Na początek więc muszę Pana spytać wprost, o Pański los.

- Urodziłem się w 1967 roku w Albanii w mieście, które jest zupełnie inne od Krakowa - miasta kościołów i określonej duchowej atmosfery. W moim kraju nie było kościołów, a religia była zakazana. Moje imię nie nawiązuję do żadnego patrona. Zostało wymyślone w tym samym okresie i pochodzi od słów albańskich i łacińskich: radość i duch. W skrócie Gazmend to więc "radosny duch". Natomiast jeśli mowa o nazwisku, to jest ono zupełnie albańskie, choć pochodzi z arabskiego. Przypuszczalnie oznacza "tygrysa". Śmieję się z tego wszystkiego, ponieważ jestem zodiakalnym Lwem, a to z kolei oznacza, że mam w sobie całą dżunglę. Los zapisany w imieniu i nazwisku nauczył mnie dostosowywać się do każdej skrajnej sytuacji. W ten sposób na przykład, gdy przenosiłem się z Albanii, która była krajem ateistycznym, do Grecji, gdzie Bóg był na każdym kroku, nie zastanawiałem się długo: jak to jest, że moi współpasażerowie czynią znak krzyża równocześnie bez porozumiewania się między sobą. Przy okazji wyjaśnię, że moja książka nie jest wcale autobiograficzna. Oczywiście pewne wątki z tekstu pokrywają się z wątkami mojego życia, ale testem na prawdziwość tej narracji nie jest autobiografizm.

- A zatem co?

- Zrozumienie syndromu granic. To ów syndrom przecież określa charakter bohatera. Przede wszystkim chodzi więc o granicę systemu totalitarnego. Polska też zresztą miała to doświadczenie. Jedna z moich ulubionych książek, "Podróże z Herodotem" Ryszarda Kapuścińskiego, zaczyna się od fragmentu o transcendentalnym uczuciu przekraczania granic. Mowa oczywiście o granicach stalinizmu.

Trzeba sobie zdawać sprawę, że bohater mojej książki pochodzi z bardzo małego i bardzo wyizolowanego kraju. Jego marzeniem jest wyobrazić sobie i zobaczyć, jak wygląda świat poza granicami. Nie chodzi mu zatem tylko o to, by wyemigrować, ale i by przełamać niepokojące tabu, które się nazywa granicą. Przekracza zatem tę fizyczną, oczywistą barierę, by zmierzyć się z innymi granicami, które są niewidoczne, ukryte, sprytnie zaprojektowane: tego, że jest obcy, tego, że nie rozumie obcego języka, a również i tego, że ma problemem z tożsamością.

Więcej TU (dostęp płatny).