niedziela, 14 lipca 2013

Weekend z narkotyczną literaturą: Tomasz Piątek || naszą połówkę w luksusowych warunkach

Wśród współczesnych prozaików polskich niewątpliwie wyróżnia się Tomasz Piątek. Tak, ten sam, który jest autorem "Heroiny" (Czarne, 2002). Książki jak najbardziej unarkotyzowanej.


Rzecz dzieje się w stolicy Polski na początku XXI wieku. Tomasz odruchowo szuka kryjówek. Miejsc, gdzie może na spokojnie wypalić co ma wypalić. Szuka też znajomych z kasą. Tych bez - spławia.

Równocześnie Tomasz jest lingwistą, który potrafi diagnozować osobowość na podstawie ich mowy. Życie bez narkotyków jednak nie istnieje. To w nich widzi sens, słodycz, miłość, podstawę bytu.

Tomasz z książki Piątka niepokojąco przypomina autora "Heroiny". Tomasz, lingwistyka i heroina... A w dodatku te bardzo realistyczne opisy...

Dilerzy w ogóle są dosyć nieuchwytni. Muszą być trudni do osiągnięcia, bo to zapewnia im bezpieczeństwo. Wiedzą, że klient i tak do nich dotrze, bo klientowi bardziej zależy niż policji czy jakiejś konkurencji. Ale od czasu do czasu diler robi się nieosiągalny nawet dla najbardziej zaufanych klientów. Zapada się wtedy we własny, zupełnie osobisty świat, skomponowany z takich elementów, jak aresztowania, okaleczenia, interwencje mamy, kokainowe orgie kończące się samobójstwem lub morderstwem. I wiele innych sytuacji, które dla nas objawiają się jednym krótkim tekstem: - Cześć, to ja. Nagraj się po sygnale.
Wymiot po heroinie jest rutynowym zabiegiem higienicznym. Gładko prześlizguje się przez przełyk niczym zwinna ryba. Albo nie czuje się go wcale, albo wręcz jest przyjemny. I jest też dosyć cichy. Dlatego Arararara" nie pochodziło ode mnie, tylko od piosenkarki w telewizorze.
Kiedy Bartek bierze swojego macha, robi mi się jeszcze cieplej. Czuję, jak jego mózg robi się taki jak mój: wielki, miękki, rozkoszny i też zaczyna promieniować czymś w rodzaju miłości. Jeśli gówniarz zna takie uczucia. A zresztą, jeśli ich nie zna, teraz je pozna. Wracamy do mojego mieszkania, padamy na tapczan i kończymy naszą połówkę w luksusowych warunkach. To nie to, co pokątne jarania na różnych klatkach schodowych, jakie stałyby się udziałem Bartka, gdyby stracił dziewictwo z kimś innym. Chłopiec wymiotuje milk-shakiem, zwisając z łóżka. Czuwam nad nim, podczas kiedy on po raz pierwszy w swoim życiu pogrąża się w tej cudownej ciepłej zupie. Można to nazwać zupą żółwiową, bo takie jest dobre. I takie leniwe. Cichutko, żeby go nie zbudzić, rozkładam sobie folię. Kładę na nią następną porcję, jakieś trzy godziny. I spalam ją za jednym zamachem. To cudowne, kiedy jesteś tak totalnie szczęśliwy i spokojny, że nie czujesz nawet podniecenia przed nadchodzącą następną falą rozkoszy.
Wreszcie widzę Bartka. Leży na łóżku, zrzucił z siebie kołdrę, a na sobie ma tylko tshirt. Zbliżam się do niego i ze wszystkich hieroglifów, w jakie może wygiąć się moja postać, staram się znaleźć najbardziej pasujący do Bartka. Tak, żeby owinąć się dookoła niego, otulić go własnym ciałem. Oczywiście, nie obudzę go. Moje pieszczoty uspokajają, a nie podniecają, moje pocałunki są bardzo delikatne, łagodne. Mam taki dar, że tam, gdzie całuję, nie powstają żadne ślady i nic nie podrażnia nawet tak wrażliwej istoty jak Bartek. Co więcej, pod moimi ustami znikają drobne zaczerwienienia i siniaczki, które znalazłem u niego na udzie. Szukam najbardziej wrażliwych punktów do muskania, aby jeszcze bardziej je odświeżyć. Chłopiec nie pojękuje ani nie kręci się. Każdy mój pocałunek pozostawia mu na ciele małe źródło ciepła, które Bartka delikatnie rozgrzewa.  Chucham mu też w odbyt, jak w balonik, żeby wypełnić go od środka tym, co jest lepsze niż jakiekolwiek inne przeżycie.
Czytaj także o "Ćpunie".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz