wtorek, 22 października 2013

Element "wow", czyli Springer i Bieńczyk w rozmowie

Architektura może generować melancholię. Zwłaszcza gdy rozmawiają o niej Bieńczyk ze Springerem. Tak jak odbyło się to podczas jednego ze spotkań na 5. Festiwalu Conrada.
Fot. wyliczanka.eu || Od lewej: Ryszard Koziołek, Marek Bieńczyk, Filip Springer

Wymiana zdań między Markiem Bieńczykiem, eseistą i pisarzem, tropicielem melancholii a Filipem Springerem, archeologiem i fotografem, który poświęcił kilka książek polskiej architekturze nowoczesnej, musiała być magnetyzująca. Dlatego wieczorem w Krakowie w Pałacu pod Baranami pojawiły się tłumy. Przyjść warto było, bo choć podróż zaczęła się na warszawskim Grochowie, to sięgała o wiele dalej: nie tylko w geograficznym sensie.

- Na przyczułek grochowski chodziłem na randki - wyznał Marek Bieńczyk. - Tam można było śledzić życie wewnętrzne poszczególnych rodzin. Malutkie mieszkania układały się w przestrzeń zupełnie fantastyczną. Te miejsca wołały o zrozumienie.

Specyfikę architektoniczną poszczególnych miejsc powstałych po roki 1945 w Polsce stara się od kilku lat zrozumieć i opisać Filip Springer. Jego książki - "Miedzianka", "Źle urodzeni" oraz wydana niedawno nakładem Czarnego "Wanna z kolumnadą" - są raczej ostrą krytyką współczesnej architektury w Polsce. Brzydkie osiedla, kiczowaty gust, brak wyobraźni i jeszcze więcej grzechów głównych jest na sumieniu nie tylko projektantów, ale i urzędników czy deweloperów. Architektura, która widzimy naokoło, zdaje się twierdzić Springer, wiele mówi o nas samych. Wiele złego. - To, co się obecnie buduje, musi mieć element "wow". Ma wyglądać albo niesamowicie, albo być bardzo drogie. Przestrzeń jest hałaśliwa, nie ma miejsca na ciszę - mówił.

- Piękne niebezpieczeństwo tych książek polega na tym, że zapominamy o życiu - komplementował prace Springera moderujący rozmowę Ryszard Koziołek. - Mnie polska architektura powojenna interesuje o tyle, o ile daje odpowiedzi na pytanie na to, co się dzieje w naszej przestrzeni dzisiaj - mówił Springer.

Na spotkaniu, w którym uczestniczył autor kilku rozpraw o utracie, której nie można zapomnieć, musiał pojawić się też wątek tęsknoty. Marek Bieńczyk nie musiał długo szukać na mapie swojej pamięci miejsca, które go melancholizowało. Wskazał na jeden z barów mlecznych w Warszawie. Zdarzało mu się tam chodzić wraz z Marią Janion. - To było królewskie doświadczenie. Szczególne i nacechowane emocjami - wyznał eseista.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz