środa, 4 grudnia 2013

Jak myślisz?

Hildegarda stwierdzająca, że pszczoła bywa mądrzejsza od cesarzy, pies Ciapek jako odciśnięcie idei, Jezus żądający odrzucenia myślenia - takie rzeczy to tylko u Manueli Gretkowskiej.

Świat Książki, Warszawa 2013.
Właśnie ukazała się jej nowa książka. Nie, nie żadne science fiction czy rozpisana na błyskotliwe felietony powieść z kluczem. "Marysiu, jak myślisz?" to historia fantastyczna (owszem) i błyskotliwa (jak najbardziej), ale napisana z myślą o młodym czytelniku.

Mama narratorki, tytułowej postaci, traci pracę w bibliotece. Innego zajęcia nie ma. Co to będzie? Co to będzie? Bezrobocie? Niby tak. Ale o co chodzi w bezrobociu? Że pieniędzy może będzie mniej? No tak. Ale chyba są zapasy. Zwłaszcza czasu, którego pojawia się całe mnóstwo. Tak rodzi się znakomity pomysł, by wybrać się w podróż w czasie i przestrzeni. A nade wszystko w wyobraźni. A jako że mama jest bibliotekarką, Marysia z braciszkiem i psiakiem, Ciapkiem, wyruszają do świata znanego z książek.

Zaczyna się od scen, w których Ciapek skacze po pięknym ogrodzie. To Biblia i lemury. I fascynująca opowieść o ewolucji. Bo o tym jest Biblia.

Kolejna opowiastka - dziejąca się w Lascaux (na terenie przyszłej Francji) też jest poniekąd o ewolucji. "Ewolucja jest formą grzeczności, ustępowania miejsca lepiej przystosowanym" - tłumaczy przytomnie małej Marysi mama. W sumie... prawda!

Bo przytomność, czyli taki rodzaj szukania prawdziwości w sytuacjach życiowych, to cecha mamy. Także i w następnych rozdziałach, gdy mowa o boskiej tęczy w Grecji czy Talesie z Miletu. O tym ostatnim mama Marysi mówi, że "jest bardzo sławny i trzeźwy". Powiedziałabym, że trzeźwiejszy od reszty popijających ciągle wino Greków".

Trzeźwość czuje się także, gdy słyszy się Heraklita mówiącego: "Jestem człowiekiem rozumnym. Jedząc więcej, niż potrzebujesz, cierpisz na ból żołądka. Gromadząc więcej niż konieczne do życia, cierpisz na głupotę".

Książka Gretkowskiej - pomysłowo zilustrowana przez Magdalenę Wosik - to w gruncie rzeczy wezwanie do tego, by korzystać z rozumu. Z tego, by - pstryk! - włączyć myślenie. I w ten właśnie, prosty i dostępny przecież wszystkim, sposób ułatwić życie. Sobie, a także otoczeniu. Bo jak się dla siebie łatwiej żyje, to i otoczenie nie musi zmagać się z trudnościami, które nam dolegają.

Proste? Niby tak. Pod warunkiem, że wykład o tym wszystkim jest przejrzysty i jasny. Temu zadaniu sprostała Gretkowska, która głównymi bohaterkami uczyniła Marysię i jej mamę. To dziewczyny robią bowiem wykład o świecie, filozofii i zdrowym rozsądku. Towarzyszy im pies. Tyle, że nie jest on kolejnym gadżetem kupionym przed świętami, ale przyjacielem i istotą, nad której prawami trzeba się pochylić równie poważnie, co nad prawami człowieka.

Bardzo podoba mi się narracja "Marysiu, jak myślisz?". Nie tylko dlatego, że podzielam światopogląd w niej wyrażony. Także dlatego, że jest ona przejrzysta i zajmująca. Jakby Gretkowska doskonale czuła i rozumiała, że w mówieniu do dzieci nie chodzi tylko o to, by zabłysnąć nowoczesnym gadżetem czy znajomością współczesnego świata popkultury. Ale że ważne jest również utrzymanie uwagi, intensywność. Historie w "Marysiu, jak myślisz?" ciągną się bowiem jak guma do żucia. Albo jak dobrze rozpuszczony ser. I to, co wydać się może dorosłym za długie - tu działa doskonale. I jest naprawdę bardzo fajne. Żeby nie powiedzieć - spoko.

Książkę będą czytać dzieciaki, ale kupią ją im dorośli. Tym drugim więc podpowiem, że to - bez kitu - bardzo dobry pomysł na prezent. Dla wszystkich tych, którzy chcą, by ich dzieci nie bały się genderu, filozofii i myślenia. Bez uprzedzeń. Bez ceregieli. I bez ściemy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz