środa, 6 stycznia 2016

Cezary Łazarewicz: "Wciąż nie jestem w stanie pojąć Mazurkiewicza"

"Gdy sobie próbujesz wyobrazić zło, wydaje się, że musi ono być odrażające. Nie przyjdzie ci do głowy, że facet, który morduje, może być elegancki, uperfumowany, nienagannie ubrany, może głaskać dzieci na klatce schodowej, przynosić zupę sąsiadom, gdy oni zachorują. A właśnie taki był Mazurkiewicz" - mówi Cezary Łazarewicz, autor książki "Elegancki morderca".

(c) materiały prasowe / Foksal / wyliczanka.eu
Marcin Wilk: A jednak chyba jestem lokalnym patriotą. W każdym razie trochę się ucieszyłem, gdy dowiedziałem się, że napisałeś o moim mieście. 

Cezary Łazarewicz: Krakowa bardzo dobrze nie znam. Posłużył mi on jednak jako tło dla zdarzeń, które opisuję w książce. Rzecz rozgrywa się w latach 40. i 50. ubiegłego wieku. Musiałem odtworzyć atmosferę, jaka panowała w tamtych bardzo ciekawych czasach. Tuż po wojnie do tego niezniszczonego miasta przyjeżdżali przecież wszyscy z całej Polski. To był ewenement na skalę kraju.

Ale o tym wiadomo powszechnie. Ty natomiast postanowiłeś pójść za detalem.

Szczegół był mi potrzebny. Chodziło o to, by pokazać, którędy mój bohater wyszedł z sądu, w którym konkretnie miejscu stali ludzie. Nie było łatwo, bo Kraków to przecież nie mój teren. Pomogła mi bardzo Grażyna Lubińska, dziennikarka "Gazety Wyborczej", która dziesięć lat temu przeniosła się z Krakowa do Warszawy. Była redaktorką książki i zwracała uwagę na geograficzne niuanse. Wcześniej sam wertowałem mapy i czytałem opracowania z tamtego czasu opisujące życie codzienne. Bazowałem także na tekstach dziennikarskich.

Interesowała Cię jedna z najgłośniejszych spraw kryminalnych tamtego czasu - przypadek tytułowego "eleganckiego mordercy", Władysława Mazurkiewicza oskarżonego o sześć morderstw.

Tą sprawą interesowali się wtedy wszyscy. Nawet "Time" przysłał tu swojego korespondenta. Wczytywałem się w te reporterskie relacje i kanibalizowałem świetnych reporterów.
Krzysztof Kąkolewski na przykład dokładnie opisuje, jak zachowywała się twarz siedzącego na ławie oskarżonych czy jak oskarżony zagryzał sobie chusteczkę. Z kolei Zygmunt Hofmokl-Ostrowski, obrońca Mazurkiewicza, pozostawił wspomnienia. Te dokumenty były dla mnie bardzo istotne, bo rozmowy z nielicznymi świadkami tamtych wydarzeń, pamiętającymi lata 50. czy 60. nie oddają realiów. Na ogół pamiętają jakiś ogólny obraz. Używają przymiotników, a ja potrzebowałem rzeczowników. Mówią, że proces był straszny i w zasadzie tyle.

Proces był "straszny", ale ludzie zapamiętali Mazurkiewicza jako zwykłego, miłego człowieka.

Gdy sobie próbujesz wyobrazić zło, wydaje się, że musi ono być odrażające. Nie przyjdzie ci do głowy, że facet, który morduje, może być elegancki, uperfumowany, nienagannie ubrany, może głaskać dzieci na klatce schodowej, przynosić zupę sąsiadom, gdy oni zachorują. A właśnie taki był Mazurkiewicz. Ale to tylko jedna jego twarz. Z drugiej strony są te odrażające zbrodnie, o które jest oskarżony. Tyle że trudno, patrząc na jego upomadowaną fryzurę czy doświadczając jego uprzejmości, przyjąć do wiadomości, że ktoś taki może zrobić coś strasznego.

A jednak.

Gdy Mazurkiewicz zostaje aresztowany i gdy już wiadomo, że ma sześć trupów na swoim koncie, wciąż niełatwo w to wszystko uwierzyć. Ludzie w sądzie zeznają, że to był bardzo dobry człowiek, że zawsze się ukłonił, odpowiedział miłym słowem. Tak zapamiętują go i dziś.
Idę w roku 2015 na plac Biskupi, gdzie mieszkał Mazurkiewicz. Odnajduję ludzi, którzy mogliby go znać. Pytam o podłego mordercę budzącego odrazę, ale w reakcji słyszę wspomnienie o sympatycznym facecie.

Niesamowite. Z drugiej strony zastanawiasz się, jak taki ktoś może zabijać.

Myślałem nad tym, bo przecież, gdy zabijasz kogoś, to musisz przełamać w sobie barierę. Po dokonaniu zbrodni ludzie często popadają w alkoholizm i inne złe stany.

Znalazłeś coś takiego u Mazurkiewicza?

Czytałem akta spraw. Mogłem więc podejść naprawdę blisko, ale jednak nie znalazłem w nim żadnej słabości. Pewna tylko rzecz zwróciła moją uwagę. Jednej ze swoich ofiar Mazurkiewicz nie potrafił zastrzelić. Tamten bowiem patrzył na niego. Musiał się odwrócić, by morderca dokonał egzekucji. To jedno, że nie potrafił strzelić, gdy ofiara patrzyła, mogło być słabością. Więcej niczego nie znalazłem w jego zeznaniach, chociaż naprawdę starałem się go zrozumieć.

Zrozumiałeś?

Mazurkiewicza określa się mianem "seryjnego mordercy". Nie do końca się z tym zgadzam. Seryjny morderca morduje z jakiejś wewnętrznej potrzeby. Dokonuje zbrodni systematycznie. Na przykład Karol Kot był psychopatą, gdy mówił, że lubił zapach krwi, że go to podnieca itd. U Mazurkiewicza następowały przerwy między morderstwami. I chodziło tylko o pieniądze. Brał ludzi na chciwość. Roztaczał wizję łatwego zarobku, oni się na to nabierali i prędko wpadali w sidła, jakie na nich zastawiał.

W sumie nie dziwię się. 

Mazurkiewicz należał do dość wąskiego środowiska, do którego zaliczano wtedy waluciarzy (później nazywanych cinkciarzami), szulerów grających w karty, handlarzy złotem. Oni wszyscy się nawzajem znali. Spotykali się w trzech czy czterech miejscach Krakowa. Byli też swoistymi łącznikami pomiędzy II Rzeczpospolitą a PRL-em. Mazurkiewicz z jednej strony był więc przedwojennym zecerem w drukarni, a z drugiej - nauczycielem jazdy.

Nauczyciel jazdy to był wtedy "Ktoś"?

Dzisiaj to niewiele znaczy, ale wtedy takie stanowisko oznaczało dostęp do elity. Samochody mieli ludzie albo bogaci, albo z UB, albo z wojska, albo z Milicji. Mazurkiewicz wśród tych ludzi funkcjonował. Znał więc bardzo dobrze krakowską śmietankę. Obsługiwał ich. Podsuwał dolary, złoto. Był takim "panem Władkiem", który umiał załatwić to i owo.  A gdy zrobił przysługę, to się mu odwdzięczano. To była kwintesencja PRL-u.

I to też tłumaczy, dlaczego po miesiącu oskarżony o morderstwo Mazurkiewicz wyszedł z aresztu. 

On musiał mieć potężne kontakty. A nowej ówczesnej władzy nie zależało, by ścigać takich ludzi jak Mazurkiewicz. Większym zagrożeniem byli ci, którzy wierzyli w II Rzeczpospolitą albo w to, że generał Anders przyjedzie na białym koniu. Kto by się wtedy przejmował, że bankier zginął? To było nawet na rękę. Większość ofiar ginęła bez wieści, a miły załatwiacz, elegancki morderca, pan Władek, był poza podejrzeniami.

Kiedy czytałem Twoją książkę, cały czas z tyłu głowy miałem "Z zimną krwią" Trumana Capote'ego. 

Myślisz, że ja, tak jak Capote, robię ze zbrodniarza bohatera? Ktoś mi niedawno coś takiego zarzucił. Nie wiem, czy słusznie. Staram się nie oceniać swoich bohaterów. Niech świadczą o nich ich czyny. A w wypadku Mazurkiewicza są one odrażające. Nie ma tam miejsca na zachwyt. Po sześćdziesięciu latach wciąż nie jestem w stanie pojąć Mazurkiewicza.
W.A.B., Warszawa 2015.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz