sobota, 6 lutego 2016

7 x tłumacze

"W Polsce o przekładzie pisze się wtedy, gdy z jakiegoś powodu otacza go aura skandalu" - twierdzi Małgorzata Łukasiewicz. Takie sformułowanie jest skandaliczne, więc niech to będzie wystarczający powód, by napisać o tłumaczeniach.


(c) usplash.com
Pretekst jest fantastyczny, bo stosunkowo niedawno pojawił się tom rozmów "Przejęzyczenie". Zofia Zaleska pyta wybranych tłumaczy o ich pracę nad tekstem, czytelnicze fascynacje, sytuację na rynku wydawniczym. Nic dziwnego, że przy okazji pada wiele zapadających w pamięć fraz i sformułowań.

Oto kilka wybranych:

Carlos Marrodan Casas:
"Od pierwszego zdania tłumaczę na nowo. Chyba wszyscy tłumacze mają to do siebie, że żadnego z przetłumaczonych zdań nie traktują jako ostatecznego. To jest nasza zawodowa obsesja i fobia. Obcując z tekstem, jesteśmy cały czas w napięciu, w poszukiwaniu alternatywnej, lepszej wersji.
Przy każdym przekładzie w końcu trzeba jednak postawić kropkę, podjąć decyzję, że praca jest skończona. Ale nigdy – przynajmniej w moim wypadku – nie obywa się to bez wątpliwości i gdyby nie bezpardonowe ponaglenia wydawców, pewnie nad wszystkim pracowałbym dużo dłużej".

Ireneusz Kania:
"Znam kilka języków orientalnych, języków martwych, którymi dziś już się nie mówi – nie mówię w sanskrycie i po hebrajsku, bo mi to nigdy nie było do niczego potrzebne, po chińsku też tylko czytam. Swobodnie porozumiewam się w jakichś dziesięciu językach europejskich. Nie uważam, żebym miał jakiś specjalny talent do nauki języków, mam za to inną specjalną cechę, którą rzeczywiście mogę się pochwalić, to cecha z pogranicza sportu i sprawności intelektualnej: ogromna wytrzymałość. Mam dobrą kondycję psychiczną i fizyczną, a wynika to w dużej mierze z tego, że przez dziesiątki lat uprawiałem zawodniczo sporty".

"Każdy z nas marnuje nieprawdopodobną ilość czasu! Przy czym za marnowanie nie uważam na przykład chwil lenistwa, włóczenia się przez wiele godzin po lasach czy polach, bo to robiłem i do dzisiaj robię. Zmarnowany czas to czas stracony na głupoty, na idiotyczne rozrywki, na bezpłodne rozmowy z delikatnie mówiąc średnio inteligentnymi ludźmi, na mnożenie nieciekawych kontaktów towarzyskich i podtrzymywanie ich z fałszywego poczucia lojalności".

Michał Kłobukowski:
"Ja sam przez długi czas trwałem w przekonaniu, że bardzo trudno jest zostać tłumaczem literackim. Kiedy zaczynałem współpracować z czasopismami, wyobrażałem sobie, że miną lata, zanim dostanę pierwszą książkę do zrobienia. W moim przypadku stało się to znacznie szybciej, ale znałem kilka osób ze swojego pokolenia, które niekoniecznie z braku talentu, ale po prostu z powodu braku zapotrzebowania na aż tylu tłumaczy, musiały zająć się czymś innym. Dziś jeśli ktoś zna język (niekoniecznie bardzo dobrze), ma chęć i zapał, albo po prostu został bez pracy, a wydawca akurat potrzebuje kogoś, kto przetłumaczy coś szybko i niedrogo, to zostaje tłumaczem z łapanki".

Andrzej Jagodziński:
"Dziś kompletnie nie docenia się roli tłumaczy w kształtowaniu języka polskiego. W przypadku kształtowania języka czeskiego ich rola była na przykład szalenie istotna – przekłady literatury francuskiej w okresie międzywojennym czy tłumaczenia literatury angloamerykańskiej pod koniec lat pięćdziesiątych i w latach sześćdziesiątych niesłychanie wzbogaciły nie tylko samą literaturę czeską, ale i język czeski. W Polsce tłumacze mają podobne zasługi, a dziś nikt o tym nie mówi i nie pamięta. Ostatnimi tłumaczami, o których wspominało się u nas w tym kontekście, byli chyba Julia Hartwig i Artur Międzyrzecki. Pamiętam, że mówiło się, że ich przekłady Amerykanów i Francuzów miały ogromny kulturotwórczy potencjał i wpłynęły na literacką polszczyznę. Ale to było w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, potem już nic takiego nie słyszałem. Nie mam wystarczających kompetencji, aby stwierdzić, czy kiedyś bardziej doceniano rolę przekładu w kształtowaniu rodzimej literatury, ale na pewno wyżej ceniono pracę tłumaczy".

Teresa Worowska:
"(...) aby dobrze zrozumieć intencje autora, pojąć, co nim kierowało, kiedy tworzył dany tekst, trzeba się z nim w pewnym momencie zidentyfikować. U mnie dzieje się to na początkowym etapie pracy, kiedy przepuszczam tekst przez siebie i tworzę jego pierwszą wersję po polsku. Na tym etapie staram się maksymalnie wczuć w autora, zastanowić, co w danej chwili myślał i dlaczego. I tu otwieram nawias, aby wyjaśnić, dlaczego jestem biografistką – zdaję sobie sprawę z tego, że niektórzy teoretycy literatury uważają, że na tekst należy patrzeć w oderwaniu od biografii twórcy, uważnie słucham tych argumentów, ale sama mam odmienne doświadczenia. Od wielu lat obcuję intensywnie z jednym autorem – myślę tu o Máraim – i tłumacząc jego książki i dzienniki, obserwuję, jak rozwijała się jego twórcza droga, jak kształtowały się jego postawy, jak różne myśli i skojarzenia powracały do niego i zmieniały się pod jego piórem po latach. Studiowanie biografii tego pisarza bardzo mi pomogło przy pracy nad tłumaczeniem jego utworów, pozwoliło mi wspomniane zmiany dostrzec i właściwie odczytać".

Małgorzata Łukasiewicz:
"Wyobraźmy sobie, że krytyka przekładu istnieje, czuwa, jest rozwiniętym działem życia literackiego. Krytyka przekładu z moich marzeń – wszystko jedno, czy ostatecznie schlasta przekład na kwaśne jabłko, czy wychwali go pod niebiosa – jest bardzo poważną wyprawą w głąb dzieła. W głąb, bo nie zatrzymuje się na powierzchni, na fabule, ideach i charakterach. Sięga aż do dna, do materii słowa. Pokazuje, jak to jest zrobione. Taka krytyka przekładu jest znakomitą interpretacją dzieła, czyli tak naprawdę bardzo dobrym sposobem uprawiania krytyki literackiej w ogóle. Dlatego trzeba się rozstać z powszechnym przesądem, że pisanie o przekładzie jest interesujące tylko dla fachowców. Jest interesujące dla wszystkich, którzy chcą pobyć trochę dłużej z daną książką i dowiedzieć się o niej czegoś ciekawego. Niestety na razie w Polsce panuje zwyczaj, że o przekładzie pisze się wtedy, gdy jest on fatalny, licząc na to, że zrobi się z tego dziki skandal".
Czarne, Wołowiec 2015.


3 komentarze:

  1. Ja akurat zwracam uwagę na pracę tłumacza. Nawet nie znając oryginału, jestem w stanie wyczuć, kiedy tekst był wymagający i tłumacz z niego wybrnął, a kiedy nie. Choć oczywiście trudno rozstrzygnąć wiele niuansów, zawsze jest to ocena "na wyczucie" (mówię o sobie, nie jestem filologiem, znam tylko angielski i rosyjski - a i to zbyt słabo). Na pewno łatwiej wyczuć przekład toporny - kalki składniowe, "słownikowe" słownictwo... W każdym razie nie jestem specjalistą, ale na tyle jest to dla mnie istotne, że mam nawet kilka przekładów ulubionych:

    - Roberta Sudoła przekład "Ulvertonu" Adama Thorpe'a - tuzin opowiadań o zróżnicowanym stylu, od korespondencji przez wspomnienie, notatki, pamiętniki, słowotok, scenariusz. Moja prywatna Kaplica Sykstyńska sztuki przekładu.
    - Stanisława Kasprzysiaka przekład "Geparda" (w starszym błędnym tłumaczeniu - "Lamparta") Giuseppe Tomasiego di Lampedusa - chyba jedyna znana mi obca książka, która sprawia wrażenie, jakby była arcydziełem literatury polskiej. Cudo.
    - Michała Kłobukowskiego przekład "Na południe od Brazos" Larry'ego McMurtry'ego. Niejeden powie, ze to nic wielkiego, ale nastrój tej powieści, charaktery bohaterów, humor językowy jest w wielkim stopniu zasługą mojego imiennika. Zresztą Kłobukowski dostał za nią nagrodę Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich.

    Imponuje mi też, że niemal wszystkie powieści Jamesa Ellroya przekładały na polski kobiety. Trudno o bardziej "męskiego" pisarza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  2. Mam podobnie. Nie będę sypał nazwiskami, bo też przeważnie ich nie zapamiętuję (do wyjątków należą przekłady Filipa Łobodzińskiego, przy których czasem zastanawiam się, czy mistrzowskie posługiwanie się językiem jest większą zasługą danego autora, czy może jednak tłumacza). Czasem jednak, zupełnie nie znając oryginału, widać kiedy tłumaczenie kuleje, bo słowo dobrane po polsku jest np. nieadekwatne do emocji, które miało wyrazić, albo np. wskazuje na brak obeznania z odpowiednikami struktur administracyjnych w Polsce (gdy tłumacz szuka ich polskiego odpowiednika i robi to źle). Rażące zaniedbania widać gołym okiem, dlatego ja również chciałbym, aby krytyka literacka dotykała języka i tłumaczenia - może nawet bardziej niż zamysłu fabularnego.

    OdpowiedzUsuń