poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Seks, kłamstwa i kasety video

Kaseta "Joyride" szwedzkiego bandu Roxette, koniecznie firmy TAKT; "Alfabet Urbana" sprzedany w nakładzie 650 tysięcy egzemplarzy; oraz kontiki - do kuchni i do salonu. A to tylko ledwie kilka z setek, jeśli nie tysięcy przedmiotów, które przypomina OLGA DRENDA.


Wydana właśnie przez DRENDĘ "Duchologia" to projekt jak najbardziej realistyczny. I jak najbardziej osadzony w konkretnym kontekście.

Obejmuje on lata - z grubsza rzecz biorąc - 1987-1994. Rozgrywa się natomiast w Polsce. Kraj wtedy przechodzi gwałtowne przeobrażenia, żeby nie powiedzieć konwulsje. Zmienia się ustrój, a wraz z nim społeczeństwo, kultura, obyczaje, a wreszcie meble w domu, wystrój w biurze, asortyment na półkach sklepowych, pejzaż na ulicy.

I tak dalej, i tak dalej.

NA PRZEŁOMIE EPOK

OLGA DRENDA niczego nie ocenia. Niczego też nie sentymentalizuje, choć pewnie mogłaby się odwołać do pamięci; przynajmniej szczątkowej, dziecięcej. Nie ironizuje wreszcie ani nie dystansuje się, chociaż i do tego miałaby pewnie prawo. W końcu od tamtych czasów minęło ćwierć wieku, czyli najwyższa pora na oceny, podsumowania, wnioski.

Tego jednak w tej książce nie ma.

Bo DRENDA jest antropolożką. Z uważnością i dbałością o kulturowo-społeczną otoczkę kolekcjonuje przedmioty. I na nich się skupia (upierałbym się, że są to głównie rzeczy, mimo wiele obiecującego drugiego członu podtytułu "ludzie"). Kolekcjonuje je, przypomina o właściwych znaczeniach, czasem tylko - i ma do tego prawo, wszak to nie jest dysertacja naukowa - pozwalając sobie na poziomie narracji uwypuklić zabawne paradoksy rzeczywistości, o które zresztą na przełomie dwóch epok nie jest trudno.

Ale DRENDA przede wszystkim zrobiła coś, o czym często sam z innymi moimi rówieśnikami myślałem, ale czego nigdy nikt z nas się ostatecznie nie podjął. Otóż DRENDA skatalogowała rzeczywistość czasów przejściowych, gdzie PRL-owski świat miksował się z nowym porządkiem, który potem miał nas wprowadzić do NATO, Unii Europejskiej i innych mniej lub bardziej formalnych instytucji kojarzonych ze światem szeroko pojętego Zachodu.

WZROK KASZPIROWSKIEGO

Ciekawa to była rzeczywistość, o czym - jak się okazuje z tej opowieści - zapomniałem. O ile bowiem ciągle gdzieś z tyłu głowy miałem w pamięci łóżka polowe, na których sprzedawano pirackie kasety magnetofonowe albo kultowe wtedy reklamy z polskim podkładem, o tyle zupełnie wypadło mi z pamięci wiele obrazów i szczegółów.

Na przykład seanse "psychoterapeuty [serio go tak nazywano???] Anatolija Kaszpirowskiego", który wzrokiem z charakterystyczną grzywką na Spocka ze "Star Treka" (to świetne porównanie też przypomina DRENDA) za pośrednictwem odbiorników telewizyjnych uzdrawiał ludność.

Albo meblościanki, które kiedyś stanowiły standardowe wyposażenie typowego M-3 (a tym bardziej M-2), w czasach gdy stawiano na "orientacje na życie pionowe, nie rozlewanie się po podłodze...".

Pamiętaliście o tym wszystkim, Wy, którzy jak ja na początku lat 90. mieliście kilkanaście lat?

POŚPIECH I NIEPORZĄDEK

DRENDA w "Duchologii" idzie zresztą dalej niż tylko przypominanie. Dzięki drobiazgowej dokumentacji (bo za tą książką kryją się naprawdę tysiące przeczytanych stron książek i czasopism oraz zapewne dziesiątki godzin spędzonych na rozmowach) sam dowiaduję się o wielu sprawach, o których nie miałem pojęcia.

Bardzo interesujące pod tym względem są dwa pierwsze rozdziały "Krakowskie Przedmieście zalane jest słońcem" oraz "Przytulnie".

Niesamowita wydaje się na przykład historia Felixa Ormeroda, dokumentującego "tanie podróże w czasach transformacji". Miłośnik transportu kolejowego i miejskiego z podróży po Polsce przełomu lat 80. i 90. komentuje zmieniające się barwy naszego kraju. Zwraca też uwagę, że w Polsce - w porównaniu z NRD - ludzie żyli w większym pośpiechu i nieporządku.

>> Miasta były podobne do tych w NRD, tyle że budynki bardziej brudne, a trawniki bardziej zaniedbane. Ludzie w autobusach i tramwajach siedzieli z nosami w książkach.

***

Fascynujący jest obraz Polski, który wyłania się z tej opowieści. Przyznam, że nie zdawałem sobie sprawy jak bardzo. Za to składam OLDZE DRENDZE podziękowania największe i dorzucam pamiętającą lata 90. kolekcję pustych puszek po zagranicznych (głównie niemieckich, o ile dobrze pamiętam) piwach. Kupowałem je za ciężkie złotówki na osiedlowym placu handlowym i ustawiałem z czułością i triumfem na meblościance w rodzinnym domu.

To uświadomienie/przypomnienie "jak było" to naprawdę mocny efekt, z którym zostaje się po przeczytaniu "Duchologii". I świetny punkt wyjścia do rozmowy na temat tego, co się stało z tą rzeczywistością w ciągu ćwierćwiecza.

Ale to już, wiadomo, na zupełnie inną książkę.
Karakter, Kraków 2016.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz