piątek, 14 października 2016

Spóźniona lekcja historii

Dziś jest Dzień Nauczyciela. Dobrze się składa, bo przyszły do mnie stare podręczniki do historii. I od razu stałem się trochę sentymentalny.


Moim nauczycielem historii w liceum (V Liceum Ogólnokształcącym w Krakowie) był legendarny prof. MAREK EMINOWICZ. Uwielbiany i budzący grozę jednocześnie.

Miał osobliwe metody nauki. Stawiał na przykład wszystkich pod ścianą i kolejno odpytywał. Jeśli ktoś udzielił poprawnej odpowiedzi, mógł startować na ocenę wyżej. Jeśli ktoś nie wiedział, siadał z pałą. Najpierw "ołówkową", za tydzień już "długopisową".

Nie muszę dodawać, że pytania były najtrudniejsze w świecie. I że mało kto przechodził w tym teleturnieju do następnego etapu.

Prof. Eminowicz jednak kochał historię i w głębi serca chciał, byśmy i my ją pokochali. Co najmniej tak jak on. Podsuwał więc nam wybitne biografie, akademickie podręczniki, specjalistyczną literaturę. Najlepszą, o czym przekonałem się po latach.

Nie umiałem wtedy tego docenić. Dopiero teraz tak naprawdę historii się uczę - być może tak jakby życzył sobie tego prof. Eminowicz. Zadaję pytania, doczytuję, szukam. A także porządkuję trochę rozbałaganioną i nieuporządkowaną wiedzę.

Dlatego z ogromną radością odpakowywałem paczki z podręcznikami do historii dla liceum ogólnokształcącego. To legendarne już księgi, napisane przez wybitnych historyków (Gierowski, Leszczyński), od wielu lat nie obowiązujące już w szkołach ponadpodstawowych.

A szkoda. Gdy dzisiaj je bowiem czytam, doceniam klarowność, a zarazem precyzję języka, jakim są pisane. Przejrzysty wykład, czytelne mapki i czarno-białe zdjęcia. Nic więcej nie było potrzebne. Żadnych fajerwerków, upiększaczy i innych.

Tylko - no właśnie. Czemu ja doceniam to wszystko po tylu latach dopiero?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz