poniedziałek, 21 sierpnia 2017

"Lubimy siebie, ale szanujemy innych" - mówią autorzy "Jakoś to będzie"

- Wielu czytelników mówi nam, że „Jakoś to będzie” jest książką, która bardzo poprawia nastrój, pozwala zobaczyć samych siebie w innym świetle. I wbrew temu, że bardzo lubimy narzekać, na siebie też, to jednak czytając, mówimy sobie: „Faktycznie, żyję w fajnym kraju, ładnym, mamy niezły design, ciekawe tradycje, wzbogaca nas interesująca historia” - zaznacza DOROTA GRUSZKA.



MARCIN WILK: Chętnie zacząłbym od narzekania, ale chyba nie wypada.

DOROTA GRUSZKA: Wręcz przeciwnie! Narzekanie w naszej polskiej kulturze może być wspaniałe.

Jak to?

DG: No posłuchaj: „Dziś jest akurat strasznie gorąco, nie ma czym oddychać, ale wczoraj z kolei było trochę za chłodno. I wiało. Jutro? Na pewno też coś będzie nie tak”.

No właśnie!

DG: Gdy powiesz coś takiego, od razu czujesz się lepiej. To, że sobie ponarzekamy – Ty czy ja – sprawia, że od razu uwalniamy się od tych wszystkich rzeczy, które nas uwierają. Po wygadaniu się możemy spokojnie kontynuować nasz dzień.

Hm.

DANIEL LIS: Skłonność do narzekania nie jest typowo polską cechą, ale polskie jest to, co z tym narzekaniem robimy. A Polacy stosują narzekanie dość specyficznie: do nawiązania i pogłębienia relacji. To jest konwencja, w której się bardzo łatwo odnajdujemy. Gdybyś na pytanie o to, jak leci, odpowiedział, że świetnie, pewnie odpowiedziałbym „no to super, u mnie też” i zakończyłoby to błyskawicznie rozmowę. A narzekanie nas otwiera.

Zatem spróbuję. Najpierw chciałem ponarzekać, że nie piszecie o tym, co złe.

DG: W książce skupiamy się na tych pozytywnych cechach, które nas określają, są dla nas ważne, a zarazem czynią szczęśliwymi. Wybraliśmy łącznie dziesięć takich cech, które budują każdego z nas, Polaków, choć oczywiście w różnych proporcjach, bo różnimy się między sobą, czasami dość wyraźnie. Dlatego piszemy m.in. o gościnności, o rodzinności, o duchowości, ale też o ułańskiej fantazji, o zadziorności (często widocznej w języku), o poczuciu humoru czy nawet o tym wspomnianym narzekaniu. To spectrum jest dość szerokie.

Trochę takie zaczarowywanie świata?

DG: Trochę czarujemy, ale takie było założenie.
Ktoś napisał o tej książce, że to jest bajka o Polsce, jaka mogłaby być, gdyby z niej wygnano demony. Uważam, że to bardzo fajne postawienie sprawy. Bo mowa o takim kraju potencjalnym. Jednocześnie muszę podkreślić, że nie pisaliśmy niczego, co nie zostało poparte badaniami lub sondażami. Owszem więc, patrzymy przez pewien filtr, zwracamy uwagę na to tylko, co pozytywne, co może nam poprawić humor i zmienić trochę tę negatywną narrację, która teraz panuje. Ale nie ma w tej książce nic, co nie byłoby prawdą.

DL: Ale też jeżeli rzeczywiście jest tak, że się nam czułki wyczuliły na pozytywy, to w zasadzie co w tym złego? Jeżeli zacznie się zwracać uwagę na to, że ludzie są bardziej życzliwi niż nam się wydawało wcześniej, to wyzwala dobrą energię. Jest odświeżające. W jednej z recenzji zarzucono nam, że piszemy o rodzinności, ale nie wspominamy o rodzinach patologicznych. Ano nie wspominamy, patologie nie budują szczęścia po polsku.

Tworzycie taką polską koncepcję „hygge”? Ale „hygge” to jednak czasem obciach!

DG: Akurat hygge było dla nas pewnego rodzaju inspiracją. Nie odżegnujemy się od tego. Mówi się o tym, że hygge jest duńską sztuką szczęścia i jako takie usiłuje się przeszczepić na grunt nie tylko polski, ale w ogóle europejski. Tymczasem hygge, choć popularne w całej Europie, w Danii wcale nie jest tak kultywowane, jak mogłoby się wydawać. Jest nawet trochę tak, że i tam hygge jest obciachem. Coś, co się tworzy nie z wnętrza, tylko do czego używa się otoczenia: zapalasz świeczki, robisz sobie w ulubionym kubku kakao, owijasz się kocykiem i patrzysz w ogień na kominku.

A u Was nie?

DG: U nas te najważniejsze cechy, o których piszemy, w dużej mierze dotyczą wnętrza, nie są akcesoriami. Wynikają z naszej historii, kultury, którym też poświęcamy nieco miejsca, z naszej mentalności. Nie możesz tego aż tak łatwo przeszczepić na inny grunt. Bo nie wystarczy, że sobie kupisz koc z reniferem, albo bambosze z Myszką Miki.

DL: Ale można też przywitać gości, rodzinę czy przyjaciół, piekąc w domu pyszny chleb. Bardzo łatwy przepis od White Plate podajemy w książce. Sami testowaliśmy. Pycha!

Fot. Archiwum Piekarni Sarzyński / Znak
Czyli napisaliście książkę, żeby siebie - i nas tu wszystkich – trochę autoterapeutyzować.

DG: Każdy kraj ma swoje dobre i złe strony. Na początku chcieliśmy, tak po polsku, włożyć łyżkę dziegciu, ale zrezygnowaliśmy z tego. Łyżkę dziegciu można wsadzić wszędzie. Każdy rozdział w tej książce można napisać dokładnie odwrotnie. Tylko po co? Codziennie masz to w mediach.

Tu wyjątkowo polemizować specjalnie nie będę.

DL: Badania pokazują, że od lat Polacy uważają, że sprawy na świecie i w Polsce idą w złym kierunku, bez względu na to kto akurat rządzi. Może to mieć związek z tym, że wiedzę o świecie czerpiemy z telewizji czy internetu i tym, że negatywne wiadomości mocniej przyciągają uwagę. Tymczasem informacje o naszym bliskim otoczeniu czerpiemy z własnego doświadczenia. W rezultacie Polacy uważają, że służba zdrowia jest beznadziejna, policja nieskuteczna, a nauczyciele niekompetentni, ale – gdy zapytać o konkretnych lekarzy, policjantów czy nauczycieli, o tych których znamy – okazuje się, że oni akurat są w porządku. Dlatego też nie narzekamy na rodzinę, na przyjaciół, na ludzi, z którymi mamy bezpośredni kontakt. Nazywamy to optymizmem na lokalną skalę. W mediach słyszymy teraz o dwóch plemionach, które rzekomo się zwalczają, o kraju podzielonym jak nigdy wcześniej, ale jakoś tego nie widzę, idąc do sklepu. Zakładam, że ci, których spotykam, mają też inne poglądy niż ja, ale jednak funkcjonuję wśród przeważnie miłych ludzi. Może jednak więcej nas łączy niż dzieli?

W zasadzie znów muszę się zgodzić.

DG: Dzięki tej książce staliśmy się bardziej uważni. Wyszło nam na przykład w rozmowach, że powinniśmy napisać o kapliczkach, bo to ważny element polskiego krajobrazu. Na początku każdy z nas miał w głowie obraz rozstaju dróg gdzieś na wsi, gdzie stoi jakaś kapliczka, do której w niedzielę przychodzą starsze kobiety palić świeczki. Zaczęliśmy się rozglądać wokół siebie i okazało się, że w swoim otoczeniu mamy mnóstwo kapliczek, na które dotąd nie zwracaliśmy uwagi. Pisanie tej książki otworzyło nam oczy.

Fot. Miro Novak / Shutterstock / Znak
DL: Wydaje mi się, że to uważność jest kluczem do tego naszego szczęścia. Sam zacząłem zwracać uwagę na rzeczy, z których wcześniej nie zdawałem sobie sprawy. Na przykład bociany, o których nie myślałem wcześniej.

Co się z nimi dzieje?

DL: Wszyscy wiemy, że jedna czwarta bocianów w Europie jest „polska”. Zastanawiałeś się kiedyś, jaki to wysiłek, żeby tu przylecieć? Około 250 km dziennie? Łącznie nawet 10 000 km w jedną stronę? Pomyślałem, co by było gdyby któregoś roku bociany nie przyleciały. Zostalibyśmy z tymi pustymi gniazdami w każdej wsi. I wtedy dopiero byśmy to zauważyli? Jest dużo takich drobiazgów, czynności, które wykonujemy czasami nie zdając sobie sprawy z tego, że nas to jakoś charakteryzuje.

Na przykład co jeszcze?

DL: Ponad połowa Polaków wierzy przynajmniej w jeden przesąd. To może być związane m.in. z bogatą mitologią słowiańską, wszystkimi demonami obecnymi do dziś w języku: lichem, marudą, biedą. Stąd też na przykład nie podajemy ręki przez próg. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z tego, że rzeczywiście jesteśmy tak przesądni. Ale niedawno idąc do pracy, znalazłem pieniążek. Chuchnąłem na niego i schowałem do kieszeni. I sprawiło mi to o wiele większą radość, niż gdybym zrobił to jak zazwyczaj, odruchowo. Pomyślałem, że może chuchanie „na szczęście” na kawałek metalu znaleziony na ulicy nie jest szczególnie mądre, ale z drugiej strony – jeśli wprawiło mnie w dobry nastrój, to czy to aż tak źle?

DG: Wielu czytelników mówi nam, że „Jakoś to będzie” jest książką, która bardzo poprawia nastrój, pozwala zobaczyć samych siebie w innym świetle. I wbrew temu, że bardzo lubimy narzekać, na siebie też, to jednak czytając, mówimy sobie: „Faktycznie, żyję w fajnym kraju, ładnym, mamy niezły design, ciekawe tradycje, wzbogaca nas interesująca historia”. I mimo tego, że niektórzy nam zarzucają, że ta książka opisuje świat, którego nie ma, to jednak jest: możemy zabrać rodzinę na grzyby, możemy upleść wianek na wiosnę, możemy pojechać w góry, nad morze, a czasami nawet inspirują nas inne kultury obecne w tym kraju od zawsze.

Fotel RM58 VZÓR
Projekt Roman Modzelewski, producent Vzór
Fot. Tomasz Pasternak / Znak
DL: Próbowaliśmy na nowo obudzić w sobie ciekawość. Spojrzeć na nas samych tak, jak patrzymy na inne narodowości, gdy jedziemy za granicę: z takim życzliwym zdumieniem. Nawet jeżeli czegoś nie rozumiemy i coś nam się wydaje może trochę dziwne, nietypowe, zupełnie inne niż u nas, bierzemy to za dobrą monetę. Patrzymy na miejscowe tradycje, na przykład w Hiszpanii, i myślimy: „Ale super!”.

Życzliwa obserwacja. 

DL: Z roku na rok przyjeżdża do Polski coraz więcej turystów – widocznie musi im się podobać nasza kultura, to jacy jesteśmy. A jeżeli mamy cechy, które nam samym wydają się kontrowersyjne, to można się za nie samobiczować, ale można też pomyśleć sobie: „ok, tak mamy”.
Poza tym dobre cechy można pielęgnować.

Jak?

DL: Poświęcamy temu osobną część książki, ale mówiąc w skrócie: przede wszystkim warto pobudzić w sobie ciekawość i uważność, które nas prowadzą do szczęścia. Możemy też trochę się odpieprzyć od siebie samych, odpuścić sobie, nie biczować się tak bardzo. Możemy wstać rano, umyć się, uczesać, zrobić makijaż, spojrzeć w lustro i to co będzie dalej, zależy już od nas. Możemy się w sobie zakochać i wpatrywać w to lustro zapominając o całym świecie. Możemy nie lubić tego widoku i do końca życia marzyć o operacjach plastycznych. A możemy uznać, że twarz, którą widzimy jest w porządku. Wystarczająco ładna. Inna nie będzie. Tak jest z każdym z nas, ale też ze społeczeństwem jako pewną całością.

DG: Nie dowalajmy sobie samym.

DL: Wierzę, że bycie dumnym Polakiem oznacza, że wiem, kim jestem, jakie są moje cechy – te dobre i te złe, mocne i słabe strony – co je ukształtowało i bez kompleksów mogę rozmawiać z innymi. Nie boję się, że ktoś ma inne poglądy niż ja i że jego obecność czy to co myśli stanowi dla mnie jakieś zagrożenie. Chodzi też w tym o poczucie własnej wartości, które nie musi być ani zaniżone, ani zawyżone. Ono może być w sam raz. Wiemy, kim i jacy jesteśmy. Lubimy siebie, ale szanujemy innych, bo to właśnie dzięki różnicom odkrywamy, co jest dla nas samych naprawdę ważne.

"Pan tu nie stał"
Fot. Joanna Szewczuk / Znak

Beata Chomątowska, Dorota Gruszka, Daniel Lis, Urszula Pieczek
Znak
Kraków 2017

1 komentarz:

  1. Bardzo rozczulają mnie ludzie, którzy z ogromnym zapałem narzekają na to jak wszyscy naokoło narzekają i nawet nie zdają sobie sprawy, że wcale nie są lepsi od osób, które krytykują ;)

    OdpowiedzUsuń